EN
14.05.2022, 10:44 Wersja do druku

Przy okazji, do kolacji. O „Mężu i żonie” Teatru Polonia w reżyserii Krystyny Jandy rozmawiają Skrzydelski z Morozem

Moroz: Krystyna Janda znowu reżyseruje.

Skrzydelski: I zero w tym ironii, bo przecież jej „Wiśniowy sad” z warszawskiego Teatru Polskiego, wystawiony pół roku temu, nie był rozczarowaniem. Więcej – jak najbardziej wart był dyskusji. Ale tym razem Janda występuje w dość typowej dla siebie reżyserskiej roli i na swojej scenie pokazuje kolejną rzecz łatwą, miłą i radosną.

Wybór „Męża i żony” Fredry warto podkreślić. Bo to Fredro Jandy – a to już właściwie termin specjalny. Janda dba o to, by hrabia był w jej firmie obecny. „Pana Jowialskiego” w reżyserii Anny Polony i Józefa Opalskiego oglądaliśmy w 2010 roku, a „Zemstę” w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza trzy lata później. W tym pierwszym tytule Janda grała Szambelanową, w drugim zaś nie występowała, jednak przede wszystkim liczy się to, że w ogóle stara się dbać o tego autora jako szefowa sceny. Poza tym w „Ślubach panieńskich” (reż. Jan Świderski) jako Aniela w Teatrze Ateneum praktycznie debiutowała w roku 1976. No i w końcu fakt dla dzisiejszej sprawy najważniejszy: grała w „Mężu i żonie” Elwirę u boku Janusza Gajosa w stołecznym Powszechnym niemal trzydzieści lat temu (reż. Krzysztof Zaleski).

Moroz: Jednym słowem naszego klasyka komedii zna jak dziś rzadko który z teatralnych twórców. Pytanie tylko, czy ma to znaczenie dla tej realizacji. Można tylko powiedzieć, że to atrakcyjny wybór repertuarowy.

Skrzydelski: I dalej już, panie redaktorze, zaczynają się schody.

Moroz: I następuje lekkie zdziwienie.


Całość rozmowy - w Magazynie e-teatru

Źródło:

Materiał własny