„Chłopcy z Placu Miarki” Katarzyny Błaszczyńskiej w reż. Bartłomieja Błaszczyńskiego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Małgorzata Jęczmyk-Głodkowska na stronie „Z Pierwszego Rzędu”.
Kilka lat temu ze względów zawodowych wróciłam do lektury „Chłopców z Placu Broni”. Z odległej podstawówkowej przeszłości pamiętałam niewiele poza tym, że książka mi się podobała. Zaskoczyło mnie, jak odmiennie odebrałam ją jako osoba dorosła, pracująca na co dzień z młodymi ludźmi. Uderzył mnie przede wszystkim wątek przemocy wobec Nemeczka; ale nie ze strony przeciwników – Czerwonych Koszul, a jego własnej grupy, do której tak bardzo chciał należeć. Był jedynym szeregowcem, którego traktowano z wyższością i wzgardą. Jedynym, który musiał ciągle stawać na baczność i salutować pozostałym, którego karano poprzez wpisywanie nazwiska małymi literami do czarnej księgi. Dlaczego? Był najmłodszy, najmniejszy i najsłabszy. To wystarczyło. Pozostali, starsi i silniejsi, dostawali uznanie „na wejściu”. On musiał na nie zasłużyć. Przyszło za późno.
Kiedy dowiedziałam się, że powieść Ferenca Molnara na potrzeby Sceny Kameralnej Teatru Śląskiego adaptuje Katarzyna Błaszczyńska, byłam bardzo ciekawa efektu. Uznana aktorka, dramaturżka i scenarzystka jest m.in. autorką monologów bohaterek „Lobotomii” na Scenie w Malarni (gra w tej sztuce także jedną z głównych ról), scenariusza do poruszających „Bękartów Bernadetty” – spektaklu dyplomowego Szkoły Aktorskiej Teatru Śląskiego oraz do intymnego portretu „12 godzin z życia kobiety” prezentowanego w Teatrze Rozrywki. Jej pisarstwo charakteryzuje uważność na słowo, unikanie łatwych ocen oraz szczerość i uczciwość wobec odbiorców.
W „Chłopcach z Placu Miarki” autorka przenosi akcję w czasy i miejsca bliższe współczesnemu, lokalnemu widzowi. Wydarzenia rozgrywają się na tytułowym Placu Miarki, ale wspominane są także ulica Plebiscytowa, Wita Stwosza, wieża spadochronowa w Parku Kościuszki. Taki zabieg podkreśla uniwersalność poruszanych zagadnień, istotnych dla młodych ludzi (i nie tylko dla nich) zarówno w Budapeszcie w 1889 roku, jak i w bliższych naszym czasom Katowicach: budowania wspólnoty, chęci przynależności do grupy, konieczności opowiedzenia się po stronie dobra lub zła, znaczenia odwagi i lojalności.
Błaszczyńska dokonuje jeszcze jednego istotnego przekształcenia – dodaje perspektywę dorosłego Janosza Boki. Mężczyzna w garniturze i płaszczu, z aktówką w dłoni, wraca na plac z czasów dzieciństwa. Staje pod oknem szarej kamienicy, nawołuje przyjaciela. I oto po chwili na podwórku pojawia się znów drużyna chłopaków, gotowa, by razem walczyć o własny skrawek świata i bronić go przed wrogiem. Spojrzenie dziecka/nastolatka każe widzieć w przeciwnikach wyłaniające się z dymnych oparów diabelskie stworzenia o nadnaturalnych umiejętnościach. Ale już za chwilę nadejdzie moment, który nieodwołalnie oddzieli bezgrzeszne lata od dorosłości i po którym nic już nie będzie takie samo.
Obecność dawnego, teraz dorosłego przywódcy chłopców otwiera pole do nowych interpretacji. Co można było zrobić inaczej, by nie doszło do tragedii? Czy młodzi Boka i Feri Acz mogli być na tyle świadomi, by przewidzieć konsekwencje swoich działań? Pytania pozostaną bez odpowiedzi. Czasu nie da się cofnąć, a sumienia – oczyścić z wyrzutów.
Wyjęcie powieści z zastanych ram szkolnej lektury nie szkodzi strukturze znanej od lat fabuły. Reżyseria Bartłomieja Błaszczyńskiego nadaje wydarzeniom wagę, rytm i wartkość. Scenografia Soni Singsavang pomaga wydobyć to, na co, czytając kiedyś powieść, nie zwracałam uwagi: bohaterowie to nie dzieciaki wożone przez rodziców po lekcjach na balet, rytmikę, pianino, piłkę i Bóg wie, co jeszcze. To te, które nie mają innej alternatywy poza placem, rozciągającym się między zaniedbanym przystankiem, szarym murem zalepionym wyblakłymi plakatami i od lat nieodnawianą, pokrytą graffiti ścianą kamienicy. Światło Bartłomieja Jana Sowy i współczesne rytmy Jakuba Adamiaka wymieszane z dźwiękami miasta budują świat pomiędzy surową, niepiękną codziennością i mrocznym surrealizmem (sceny, w których pojawia się Feri Acz).
Boka w stonowanej interpretacji Michała Rolnickiego, zawieszony między przeszłością i teraźniejszością, w chwili, gdy zbliża się bitwa o plac, staje się znowu wodzem grupy sprzed lat, czego unaocznieniem jest założenie kraciastej kurtki i spodni – stroju chłopaków z Miarki. Niezwykle wiarygodna Katarzyna Błaszczyńska w roli Nemeczka wydobywa jego niespodziewaną odwagę, dziecięcy upór i siłę w pokonywaniu słabości. Jej Nemeczek jest jednocześnie zwyczajny i tragiczny, a przy tym bardzo współczesny,. Zaciekawia Marcin Szaforz jako Feri Acz, który dopiero pod koniec sztuki zdejmuje diabelską maskę i ukazuje zmęczoną twarz dojrzałego mężczyzny z poczuciem winy. Świetną robotę aktorską wykonują Arkadiusz Machel i Michał Piotrowski. Każdy z nich gra po kilka ról członków obu drużyn, a przemiana jednego w drugiego odbywa się często bez opuszczania sceny, za pomocą drobnego rekwizytu, gestu czy zmiany sposobu chodzenia.
Szkic sceniczny „Chłopców z Placu Miarki” otrzymał pierwszą nagrodę przyznawaną przez młodą publiczność podczas Festiwalu Otwarcia w Teatralnym Instytucie Młodych Teatru Ludowego w Krakowie. Nie dziwi mnie to – młodzi ludzie cenią autentyczność i bezpośredniość, a w inscenizacji ze Sceny Kameralnej (premiera 30 stycznia br.) ich nie brakuje. To starannie zrealizowana propozycja, w której nastoletnia widownia odnajdzie najważniejsze wątki znanej powieści, a ta starsza, dzięki wprowadzeniu innej perspektywy, będzie mogła odczytać ją na nowo.