EN
14.02.2022, 09:53 Wersja do druku

Bez namaszczenia

„Śmierć Jana Pawła II” wg scenar. Pawła Dobrowolskiego i Jakuba Skrzywanka w reż. Jakuba Skrzywanka w Teatrze Polskim w Poznaniu.  Pisze Adam Domalewski w portalu Teatrologia.info.

fot. Magda Hueckel

W zabarwionym religijnie języku funkcjonuje pojęcie „majestat śmierci”. Powraca ono w mediach w słowach kaznodziejów, również tych świeckich, przy rozmaitych tragicznych okazjach. Spektakl Jakuba Skrzywanka Śmierć Jana Pawła II wyraźnie stara się uchwycić i uwidocznić problematyczność tego konceptu przez spojrzenie za kulisy majestatycznego obrazu śmierci papieża, w której za sprawą mediów brał wówczas udział – przynajmniej z naszej ówczesnej perspektywy – cały świat.

Głównym elementem przedstawienia, za pomocą którego twórcy starają się upomnieć o intymną i nieupiększoną wizję umierania papieża, jest rekonstrukcja jego ostatnich dni, począwszy od Niedzieli Wielkanocnej 27 marca 2005 roku. Najbardziej oczywistym przeciwieństwem majestatycznego umierania ma być w tej perspektywie śmierć widziana fizjologicznie – pełna bólu, bezsilności i, co nie mniej istotne, przeżywana w samotności. Agonia papieża (w jego rolę doprawdy ofiarnie wciela się Michał Kaleta) okazuje się niezwykle poruszająca i jakoś jednak niespodziewana, choć przecież odsłania się przed nami obraz cierpienia, którego można się domyślać: obserwujemy ciężko schorowanego człowieka powoli tracącego przytomność umysłu oraz władzę nad ciałem i jego wydzielinami. Realistycznie zainscenizowane sceny jedzenia posiłku przerwanego napadem kaszlu czy też obmywania i przewijania obłożnie już chorego papieża robią wielkie wrażenie, na co bez wątpienia ma wpływ fakt zepchnięcia tego typu obrazów na obrzeża współczesnej kultury, niechętnie zajmującej się nie tylko starością, ale i śmiercią w ogóle. Ten głęboko ludzki portret cierpiącego człowieka (nie tyle właśnie papieża, co człowieka) u kresu życia jest jednym z centralnych elementów przedstawienia, a oprócz tego zawiera w sobie rzeczywiście uniwersalny apel – nie odwracajcie wzroku (chciałoby się wręcz powiedzieć – nie lękajcie się!) i zobaczcie tę „prawdę nieartystyczną” o umieraniu. Byłby on zresztą poniekąd zgodny z kierunkiem wyznaczonym przez Jana Pawła II, który jako pierwszy papież pozwalał się ukazywać jako pacjent szpitala.

Ale to tylko jedna strona tego przedstawienia. Druga nie pozwala zapomnieć, że wydarzenia dzieją się w Watykanie, gdzie zarządza się przekazem dotyczącym stanu odchodzącego papieża. Przy całej pieczołowitości przedstawianej na scenie rekonstrukcji (którą oparto na wielu różnych źródłach pochodzących ze wspomnień osób towarzyszących Janowi Pawłowi II, uzupełnionych o lekarskie konsultacje oraz uważną lekturę komunikatów Stolicy Apostolskiej wydawanych w tamtym czasie), ta część jest tendencyjnym wyobrażeniem twórców o tym, jak w praktyce wyglądała opieka nad papieżem w czasie jego ostatnich dni. W tym kontekście uderza bezduszność osób znajdujących się w jego najbliższym otoczeniu, przechodząca co najwyżej w chłodny lekarski profesjonalizm.

Oglądamy więc na przykład zmuszanie papieża do niemożliwego dla niego wysiłku odczytania fragmentu wielkanocnego przemówienia – nieudaną próbę generalną poprzedzającą, w interpretacji twórców spektaklu, słynne ostatnie pojawienie się Wojtyły niemogącego wydobyć z siebie słowa w papieskim oknie. Poza samym wystawieniem papieża na widok publiczny okrutne jest zwłaszcza zachowanie arcybiskupa Stanisława Dziwisza (Andrzej Szubski). Osobisty sekretarz papieża wobec agonii Jana Pawła pozostaje absolutnie niewzruszony – postanawia choćby za wszelką cenę doprowadzić do poświęcenia dwóch koron maryjnych, mimo że umierający biskup Rzymu jest już całkowicie bezsilny, udręczony i pogrążony w samym sobie. Jak dowiadujemy się z napisów wyświetlanych co jakiś czas na dwóch ekranach po obu stronach widowni, fakt poświecenia tychże precjozów został w 2005 roku podany do wiadomości publicznej w oficjalnych komunikatach Stolicy Apostolskiej. Z dzisiejszej perspektywy twórcy oceniają tamten akt skrajnie negatywnie. W innej scenie Dziwisz, zamiast podjąć jakąkolwiek rozmowę albo po prostu być przy umierającym przyjacielu, proponuje odczytanie fragmentu 10 rozdziału II Księgi Królewskiej, mówiącego o konflikcie Jehu i Achaba… Odczytywane na scenie słowa Starego Testamentu brzmią tak beznamiętnie i złowieszczo, jak tylko można to sobie wyobrazić. Krótko po śmierci Jana Pawła II arcybiskup intonuje zaś pieśń Ciebie Boga wysławiamy – to inny fakt potwierdzony w różnych świadectwach, w scenicznej wersji wydarzeń świadczący o zagłuszaniu żałoby i burzeniu przez papieskiego przybocznego podniosłości chwili jego odejścia.

fot. Magda Hueckel

Krytyka instytucji Kościoła i jego przedstawicieli jest dobitna ze względu na szczególne okoliczności, w których znalazły się obecne na scenie postaci–osoby (w programie spektaklu w większości wymienione z imienia i nazwiska). Oprócz Dziwisza grono polskich duchownych towarzyszących Wojtyle tworzą jeszcze drugi sekretarz ks. Mieczysław Mokrzycki (Piotr B. Dąbrowski) oraz dwie siostry – Tobiana Sobótka (Barbara Krasińska) oraz Eufrozyna Rumian (Monika Roszko). Wszyscy oni okazują się jakoby bezradni wobec przerastającej ich sytuacji. Choć nie są może pozbawieni empatii, to jednak pozostają całkowicie emocjonalnie „zablokowani”, zwłaszcza jeśli chodzi o fizyczny kontakt z tracącym siły papieżem. Jan Paweł II umiera osamotniony i pozbawiony prawdziwej troski i czułości. Co więcej, jak uprzytamniają twórcy spektaklu, już po śmierci jego zwłoki zostały poddane wielogodzinnym zabiegom (szczegółowo opisanym na wspomnianych ekranach), które przeciętnego, nieświadomego ich skali widza przyprawiają o dreszcze. Scenicznym ekwiwalentem dla procesu konserwowania zwłok papieża jest jazgotliwa kompozycja muzyczna Karola Nepelskiego, drażniąca i dysharmonijna. To także nie pozostawia złudzeń co do oceny ceremoniału papieskiego pochówku – wystawny pogrzeb głowy Kościoła skrywa nieprzyjemną prawdę o konieczności głębokiej ingerencji w jego doczesne szczątki. Za kulisami, z dala od obiektywów kamer szczątków tych nikt nie traktuje zresztą ze specjalnym namaszczeniem. Tanatokosmetolożka (Kornelia Trawkowska) wykonuje swoje zadanie – nałożenie na twarz papieża makijażu – przy dźwiękach dyskotekowej muzyki. Majestat papieskiej śmierci po raz drugi uznany zostaje w ten sposób za iluzję i brutalnie obnażony – tym razem nie z powodu samej fizjologii umierania, ale ze względu na jakoby nonszalancki stosunek osób znajdujących się najbliżej martwego Jana Pawła II.

Spektakl Skrzywanka ogląda się z przejęciem i z trwogą jak każdy obraz ludzkiej agonii. Niewątpliwie jest to w dużej mierze zasługa powziętej teatralnej formy. Rekonstrukcja papieskiego umierania odgrywana jest tak, jakby nie śledziły jej oczy publiczności. Aktorzy są pogrążeni w skupieniu, często szepczą, wiele słów wypowiadanych jest zresztą po włosku i w ogóle nietłumaczonych. Nad sceną góruje metalowa konstrukcja w kształcie kopuły Bazyliki św. Piotra. Kostiumy dokładnie odwzorowują kroje strojów nakładanych przez osoby duchowne. W centrum cały czas znajduje się postać Jana Pawła II – spowitego w cierpieniu, konającego, a późnej martwego. Nastrój powagi i realizacyjna konsekwencja tego przedstawienia nasuwają skojarzenia z głośnym spektaklem O twarzy. Wizerunek Syna Boga wyreżyserowanym przez Romeo Castellucciego i pokazywanym również w Polsce, już ponad 10 lat temu na Festiwalu Dialog we Wrocławiu.

W tamtym przedstawieniu naturalistyczny obraz starca niepanującego nad własną fizjologią i wystawiającego na próbę miłość opiekującego się nim syna również stawał się punktem wyjścia do odrzucenia chrześcijaństwa. Cały horyzont sceny wypełniał wizerunek Chrystusa z obrazu Antonella de Messiny Salvador mundi, atakowany później i niszczony kamieniami przez grupę chłopców.

fot. Magda Hueckel

Śmierć Jana Pawła II nie jest może spektaklem z tak dużą dozą jawnych przekroczeń, ale posiada niewątpliwie podobną moc oddziaływania oraz zbliżony potencjał znaczeniowy, bardzo szeroki, bo rozpościerający się od negacji uznanych wizerunków świętości (w przypadku poznańskiego przedstawienia – uznanego za świętego już za życia Jana Pawła II, wkrótce potem wyniesionego na ołtarze) po ich paradoksalną obronę. Postać Jana Pawła II nie staje się tu przedmiotem kpiny czy polemiki, przeciwnie – chodzi o przywrócenie wagi (i powagi) jego śmierci w wymiarze cielesnym i osobistym, w kontrze do zawłaszczającej kościelnej pedagogii, przed ktorą młodzież broni się niekiedy śmiechem.

Ten aspekt także się w spektaklu pojawia. Właśnie tego rodzaju komentarza, bardziej publicystycznego, ale niewątpliwie istotnego, dostarczają kilkukrotnie wyświetlane w czasie przedstawienia krótkie nagrania wideo, w których anonimowi rozmówcy (reprezentujący raczej artystyczne środowisko) opowiadają o swoim stosunku do papieża oraz wspomnieniach wiążących się z jego śmiercią. Te krótkie wypowiedzi łączy jedno – w zamierzony sposób wprowadzają w tkankę przedstawienia szyderczy humor. Zgodnie z nimi z nauczania Jana Pawła II oraz całej jego osoby dla młodszego pokolenia nie zostało niemal nic, starsze pokolenie ma zaś do niego stosunek nabożny. Te nagrania to jednak tylko kontrapunkt i zapowiedź finału, w którym widzowie zostają włączeni w papieską ceremonię pogrzebową w roli żałobników. Wydawać by się mogło, że to zbyt prosty chwyt, ale w tym układzie nabiera on prawdziwego ciężaru. O to, co zostało ze zdesakralizowanej figury Jana Pawła II, zostaje zapytany każdy z widzów z osobna. W jaki sposób przejść teraz obok leżącego na scenie aktora upozowanego na papieża? Podporządkować się dyspozycjom twórców spektaklu czy odmówić udziału w ceremoniale? Po tym wszystkim co widzieliśmy na scenie? Po rozdzierającym spektaklu cierpienia i osamotnienia?

Interakcyjne zakończenie odsłania też niepewność, jaką wywołuje dziś postać Jana Pawła II. Ta niepewność przybiera formę swoistej „bylejakości” – w przechodzeniu grup widzów wokół katafalku nie ma już przecież precyzyjnej choreografii, podniosłość ustępuje miejsca nagłemu rozprężeniu. Nie będzie też braw, wszyscy powoli rozchodzą się do szatni. I ta konsternacja czy dezorientacja jest naprawdę bolesna i przejmująca. I mówi bardzo wiele o tym, co wydarzyło się w Polsce i w Kościele w ciągu minionych 17 lat.

Tytuł oryginalny

Bez namaszczenia

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła