EN
14.01.2022, 09:27 Wersja do druku

Bembergować bembergiem w berg? Spastykować? Na początku było bunburzenie!

"Bunbury. Komedia dla ludzi bez poczucia humoru" Oscara Wilde'a w reż. Kuby Kowalskiego na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie. Pisze Piotr Wyszomirski w Gazecie Świętojańskiej.

fot. Natalia Kabanow

Czekałem na ten spektakl pełen nadziei. Ucieszyła i zaciekawiła mnie informacja o powrocie do Sopotu Rafała Ryterskiego. To b. dobry sygnał z Teatru Wybrzeże, świadczący, mam nadzieję, o pewnej, oczyszczającej autorefleksji (więcej tutaj). Byłem też ciekaw, jak są praktycznie wprowadzane wątki LGBTQ do polskiej muzyki współczesnej (więcej tutaj), bo wiem, że to wprowadzanie pionierskie i konsekwentne, ale chciałem się przekonać nausznie, bo okazja była wyjątkowa. I wreszcie spotkanie z Lordem Paradoksem, z którego „Portretu Doriana Graya” wynotowałem chyba w okresie młodzieńczym najwięcej sentencji, a Lord Henry był wręcz, obok Groucho Marxa, moim idolem.

Przydatne fakty

„Bunbury. Komedia dla ludzi bez poczucia humoru” to nowe tłumaczenie Macieja Stroińskiego tekstu znanego wcześniej pod tytułem „Brat marnotrawny” albo „Bądźmy poważni na serio” (w Polsce był też grany musical pt. „Mój przyjaciel Bunbury” inspirowany sztuką Wilde’a). Po angielsku to „The Importance Of Being Earnest” i tutaj zaczynają się problemy. „Earnest” to z jednej strony imię (Ernest) jak i słowo (przymiotnik „poważny”), a w tej nieprzetłumaczalnej grze słów można jeszcze zahaczyć o czasownik „to earn”, czyli zarobić.

Premiera „The Importance of Being Earnest, A Trivial Comedy for Serious People” miała miejsce w lutym 1895 r., a więc na dwa miesiące przed aresztowaniem. Oscar Wilde, dzisiaj ikona ruchu LGBT i niezależności, słynny biseksualista i pederasta, został oskarżony o homoseksualizm i spędził w więzieniu dwa lata, gdzie podupadł na zdrowiu. Zmarł w podrzędnym hoteliku w Paryżu trzy lata po wyjściu na wolność w wieku 46 lat, obecnie spoczywa na cmentarzu Père-Lachaise. W 1950 r. do jego grobowca włożono prochy kochanka Robbiego Rossa, któremu „z wdzięcznością i miłością” Wilde zadedykował „Bunbury’ego”. Jak podają źródła, wieczór premiery był zarazem punktem kulminacyjnym jego kariery teatralnej jak i początkiem osobistego dramatu. Połączenie życia z twórczością w tym przypadku mogłoby przynieść w efekcie dzieło zaskakująco ważne, ale reżyser Kuba Kowalski postanowił ograniczyć się do tekstu sztuki i próby wywołania śmiechu oraz umiejętnego rozbawienia. Reżyser ma pełną rację, mówiąc, że to zadanie samo w sobie jest bardzo trudne (zobacz więcej od 5:27).

Spektakl to potwierdza, zaśmiałem się „lapidarnie” kilka razy, choć premierowi śmiecherzy starali się mocno. Na pewno nie rechotałem jak na „Awanturze w Chioggi”, ale oczywiście komizm jest pojęciem szerokim, o czym filozofował choćby Henri Bergson. „Komedie” Teatru Wybrzeże, nie licząc mistrza gatunku Aignera, to temat dłuuugi…

„Rzecz rozgrywa się współcześnie, pierwszy akt u pana Moncrieffa w jego londyńskim mieszkaniu, drugi w ogrodzie majątku Woolton, trzeci w Woolton na pokojach” – czytamy w didaskaliach. Dwóch młodych mężczyzn, John Worthing (zwany też Jasiem – w tej roli Robert Ciszewski), sędzia pokoju, pan na Woolton w hrabstwie Hertford i jego stołeczny przyjaciel Algernon Moncrieff, zwany też Aldżim (Marcin Miodek) wymyślili sobie skuteczny patent na bycie kimś innym. Stateczny John na wsi, a w stolicy wyzwolony Ernest to pomysł Worthinga, inwalida Bunbury na wsi i Aldżi na imprezach i salonach – tak się bawi z życiem młody Mooncrieff. Kręci się to wszystko przyjemnie do momentu, gdy Jaś zakochuje się z wzajemnością w Gwendalenie, baronównie Fairfax (Magdalena Gorzelańczyk) zwanej także Leną a Aldżi w Cecylii Cardew (Agata Woźnicka), zwanej też Celiną, wychowanicą u pana Worthinga. Problem pojawia się, gdy Lena informuje, że wyjdzie za mąż tylko za mężczyznę imieniem Ernest. Następują zawirowania, ważną rolę strategicznie odgrywa w całej historii ciotka Aldżiego Lady Augusta Bracknell (Robert Ninkiewicz).

Z pozoru to absurdalna satyra na wiktoriańską klasę próżniaczą, ale gdy spojrzymy na to uważniej, to wychodzi coś zaskakującego. Absurdowanie jest jedną z najskuteczniejszych form obrony przed konsekwencjami postawienia kropki w procesie szukania odpowiedzi na podstawowe pytanie dotyczące naszej egzystencji. To azyl, w którym możemy się skryć, by praktycznie nie rozpatrzeć jedynego, prawdziwie poważnego problemu filozoficznego, o którym pisze Albert Camus w „Micie Syzyfa”. Bunburzenie to niewinna forma bembergowania bembergiem w berg, to może nieco płaskie, ale jednak spastykowanie. Wilde, Gombrowicz („Kosmos”), von Trier („Idioci”)? Tak, jak najbardziej, choć wiele ich dzieli, ale z pewnością łączy absurd.

Genderowa psychodela

Gdyby „Bunbury” był „uchwycony” inaczej, gdyby aktorzy byli prowadzeni inaczej, gdyby wybrzmiały bon moty (głównie Augusty Bracknell), rzecz nie byłaby tylko absurdalnie głupia. Bo gdy Wilde chwalił się, że udało mu się wreszcie napisać coś bez sensu, nie znaczy, że tak było! Autor „Portretu Doriana Graya” był przewrotnym dandysem, lwem salonowym, „wpuszczał w maliny” uczestników spotkania, ośmieszał śmiesznością znaną nam z filmu Patrice’a Leconte’a, w którym ośmieszenie potrafiło doprowadzić nie tylko do wykluczenia z życia salonowego, co było straszną karą dla ludzi, którzy nie mieli nic innego do roboty, ale nawet do samobójstwa (polecam cały film tutaj)

fot. Natalia Kabanow/mat. teatru

Kowalski poszedł swoim tropem. Powstał spektakl ociekający erotyzmem oraz sygnałami i gestami nieheteronormatywnymi. To nie dziwi, bo postać Wilde’a może implikować jak najbardziej takie podejście do tematu. To swoisty hołd dla bardzo ważnej postaci w historii ruchu LGBT, a duża część współczesnej kultury wielkich miast odnosi się do problematyki tożsamości i wykluczenia. Realizatorzy podlali to modną w ostatnich sezonach estetyką kampu, która może w tym przypadku budować dodatkowy poziom sensów.

Plusy dodatnie

Inżynierowie teatralności starają się, by ożywić ramotkę. Bardzo dobry ogólny pomysł na siebie ma Robert Ninkiewicz, wachlarz w jego dłoni niczym lancet tnie kwestie na cząstki i rytmizuje wypowiedź. Jest trochę pomysłów na kroczki, gesty, mikrochoreografię. No i oczywiście grepsy, szczególnie te ze stowarzyszeniem penisa. Kontrabasista sentymentalnie przypomina mi toruńskie, uliczne spotkania z Tomaszem Krzemińskim.

Ogień na scenie pojawia się wraz z obecnością Magdaleny Gorzelańczyk, Roberta Ninkiewicza i Marcina Miodka. Ta trójka trzyma spektakl i robi różnicę. Gorzelańczyk to żywioł, energia większa od chaosu Polskiego Ładu; Ninkiewicz to wysmakowanie i rafinada, Miodek potwierdza niezwykłe zdolności mimiczne i pantomimiczne, choć bardzo chciałbym zobaczyć go w czymś bardzo na serio.

Narzekalnia

Nie udźwignął roli Robert Ciszewski, nie przekonuje Agata Woźnicka. Trochę mi żal Anny Kociarz i Marka Tyndy: to za płaskie dla nich role, właściwie oparte na mruganiu do widza. Bardzo ryzykownym pomysłem okazało się zaśpiewanie fragmentu narkotykowego hymnu czasów Lata Miłości – konkurowanie z Grace Slick to wokalne samobójstwo. Domyślam się, że proces przebiegał pod mocnym wpływem, ale piosenka na koniec nic nie robi oprócz miłych wspomnień uczestników pracy nad „Bunburym”. Cały fragment do wyrzucenia.

fot. Natalia Kabanow/mat. teatru

Rok bez penisa rokiem straconym

Nie zdziwiłbym się, gdyby powstały uczone opracowania i dysertacje nt. penisa w Teatrze Wybrzeże, bo jego obecność intryguje i zastanawia. W zeszłym roku w spektaklu Jana Klaty był bogiem, aktorzy modlili się słowami „Ojcze nasz” do dumnie wyprostowanego, wielkiego prącia, u Kowalskiego modlitwy nie ma, ale inne jak najbardziej: obłapywanie, pocieranie, ocieranie się, lizanie – aż dziw, że sztywny niczym pal Azji bohater nie zareagował adekwatnie. Czy to ostatni, niczym zajazd na Litwie, penis na Scenie Kameralnej? Czy w przyszłym roku przybędzie nowy?

Spektakl offowy i praktyczny

Scenografię stanowią trzy obiekty: prącie oparte na czterech jądrach, wariacje półdupkowe i zwisająca z sufitu gruba, przezroczysta folia jednoznacznie kojarząca się w tym towarzystwie ze spermą. To bardzo offowa, praktyczna i funkcjonalna scenografia, łatwo da się ją przewieźć do dużych miast, gdzie na spektakl czekają spragnieni odbiorcy kampowych psychodeli dalecy od bunburactwa. Spermę można zwinąć w rulon, do środka wsadzić trzon prącia, a jądra i żołądź powinny wejść do półdupków, gdzie zmieszczą się także kostiumy. Bagażóweczka starczy, koszty niewielkie, dostępność zapewniona, bardzo praktyczny pomyślunek, szczególnie jak na dzisiejsze, trudne czasy.

Tytuł oryginalny

Bembergować bembergiem w berg? Spastykować? Na początku było bunburzenie!

Źródło:

Gazeta Świętojańska online
Link do źródła