EN
16.11.2022, 17:12 Wersja do druku

Aktorka, aktoreczka, aktorzyca

fot. Dominika Kluźniak

Co mnie skłoniło do tego, żeby pisać o aktorkach? Otóż, idę sobie ulicą, pani mnie rozpoznaje i mówi przyjaźnie: „O, jak miło, witam naszą aktoreczkę!”. Uśmiecham się miło, pozdrawiam panią, idę dalej, ale w głowie już się kłębi… Dlaczego „aktoreczka”? To zapewne nic złego, ale we mnie od razu uruchamiają się dziwne konotacje: aktoreczka-komediantka – coś mniej niż aktorka? 

To nie wina tej pani, ona nie miała nic złego na myśli. Dlaczego więc poczułam się wrogo nastawiona do tego zdrobnienia? Może dlatego, że nigdy nie słyszałam, żeby do mojego kolegi aktora ktoś powiedział kiedyś aktoreczek albo aktorek… I nie chodzi mi o płeć ani o feminizm. Po prostu nie słyszałam o istnieniu takich zawodów, jak lekareczka, nauczycieleczka, czy pani taksóweczka. Czy ta aktoreczka to dlatego, że czasami jesteśmy zabawne, robimy w rozrywce, w komedii i że ten zawód może się wydawać trochę niepoważny (te wszystkie kostiumy, makijaże, bankiety)? Z drugiej strony jest to przecież zawód bardzo ceniony przez społeczeństwo, a aktorzy cieszą się szacunkiem, bywają autorytetami. A więc może to był po prostu wyraz sympatii przejawiający się takim zdrobnieniem i chyba tylko ja mam jakiś problem. Pewnie tak. Zostanę przy takiej konkluzji, ale skoro już zaczęłam myśleć o aktorkach, to pomyślę sobie dalej.

Kim są aktorki każdy wie, ale kim są aktorki dla siebie i wobec siebie?

Są tylko koleżankami z pracy albo są kumpelami, a czasami nawet przyjaciółkami. Łączą je wspólne (czasem wesołe, czasem trudne) przeżycia związane z pracą nad czymś, łączą je wspólne projekty, czas spędzony razem rankami, nocami, wieczorami.

Łączą nas też wspólne garderoby – ważne miejsce na naszej mapie! I latami prowadzone w nich rozmowy – czasem o niczym, a czasem o wszystkim, o naszych odczuciach, przeżyciach, radościach, kłopotach. Latami obserwujemy siebie nawzajem za drzwiami garderób, widzimy jak zmieniają się nasze ciała, jak zmieniamy się my i nasze przekonania, nastroje, jak dorastają nasze dzieci, jak cieszymy się z czegoś razem lub popłaczemy sobie wspólnie, lub po prostu troszkę ponarzekamy. Bezwzględnie jest to jakaś wspólnota, a czasami tylko lekko zdystansowana obecność. 

A lata mijają i wspólnych doświadczeń przybywa. Czasami łączy nas fantastyczna, bezstresowa robota, ale czasami wychodzimy z niej z syndromem przypominającym PTSD (oczywiście nie chcę nas porównywać do żołnierzy na wojnie, ale ogromne „zmęczenie bojowe”, przeżycie z lekka traumatyczne się zdarza!). No bo jak opisać te momenty ogromnego, wspólnego stresu, napięcia, myśli zanurzonych w obszarach tak trudnych i skrajnych, że samo nawet dotykanie ich jest trudne… taka praca zbliża. Ostatnio pomyślałam sobie (grając z koleżanką scenę, której nie byłam w stanie do końca ogarnąć umysłem), że moje dziecko pyta mnie hipotetycznie wieczorem: „Mamo, co robiłaś dzisiaj w pracy?". A ja mu hipotetycznie odpowiadam: „A, w sumie, no… z koleżanką zabijałyśmy na niby człowieka w lesie…”.

Oczywiście, że tak bym nie powiedziała, ale szczera odpowiedź musiałaby tak właśnie brzmieć. Trudno i dziwnie robić wspólnie takie rzeczy w pracy. Z koleżanką…

Ale na szczęście nie jesteśmy tylko specjalistkami od wyobrażonych traum, potrafimy też ze śmiechem wspominać zwariowane momenty pracy, śmieszne tak bardzo, że są jak zakazany śmiech w kościele. Łączy nas właśnie śmiech i płacz, ale też postawy, priorytety i wybory życiowe. I stosunek do pracy.

Niestety, to samo również nas dzieli.

Kiedy wybieramy rodzinę, jesteśmy z gangu tych, które nie mają chyba zbyt poważnego stosunku do pracy, teatr nie jest, o zgrozo, misją. Miło sobie żyjemy, pieniążki zarabiamy, ale do historii nie przejdziemy (kto powiedział, że musimy?). Kiedy zaś wybieramy oddanie się sztuce, kiedy wybieramy niebycie matkami, jesteśmy z gangu tych, które mają ciśnienie na notkę w encyklopedii, z grupy tych bardziej na serio, bez poczucia humoru… Oczywiście, nie ma sensu oceniać (generalnie ocenianie nie ma sensu!), który sposób na życie jest lepszy, jednak każda z nas dobrze wie, w której jest grupie i często na podstawie tych grup tworzymy podgrupy. Ale czy tak jest tylko wśród aktorek? Nie sądzę.

Ale! Zapomniałam, wśród nas jest jeszcze jeden typ – aktorzyca! Nie lubię tego słowa, jest brzydkie i mam z nim złe skojarzenia: że to takie koleżanki, których się troszkę boimy i przesadnie się z nimi nie kumplujemy, które są świetne w fachu, ale jakby ciut nieprzystępne, które w elegancki, lekko pasywno-agresywny sposób dają Ci do zrozumienia, że powinno się stać na scenie pół kroku za. ZA nimi. Istnieje jednakże druga strona medalu (jak miałby wyglądać medal składający się tylko z jednej strony?), aktorzyca to po prostu wspaniała aktorka! Zawsze rewelacyjna, z techniką w małym paluszku, oddana sztuce sercem, ale i rozumem, tak zwana wyjadaczka. Aktorzycę możesz podpatrywać i się od niej uczyć, bo ona czasem szepnie kulturalnie i dyskretnie podrzuci radę.

A właśnie, à propos rad – lubię ten moment, kiedy starsze aktorki wciągają młode w życie zespołu i teatru, kiedy na starcie oferują im dyskretną opiekę i poczucie bezpieczeństwa. Sama tego doświadczyłam. I nigdy koleżankom tego nie zapomnę.

Ale to też nic nowego ani specyficznego tylko dla naszego zawodu. Czym więc jeszcze różnimy się od nauczycielek, bizneswomen lub triatlonistek?

Otóż, o dziwo, my aktorki, często całujemy się w policzek na powitanie, nawet jeśli ledwo się znamy…

Dominika Kluźniak


  

Źródło:

Materiał własny