W teatrze był jednym z ulubionych aktorów Mikołaja Grabowskiego, a w kinie fenomenalna okazała się jego współpraca z Mariuszem Trelińskim. Niewiele pamiętam z niezbyt udanego filmu „Egoiści”, ale kreacja Frycza pozostaje wybitna. Pisze Piotr Gociek w „Do Rzeczy”.
Było to powitanie podwójne: tak naprawdę zwróciłem uwagę na talent Jana Frycza po dwóch spektaklach Teatru Telewizji; w 1985 r. zagrał Hamleta u Jana Englerta, później w „Ferdydurke” w reżyserii Macieja Wojtyszki. Szczególnie o tym ostatnim przedstawieniu dyskutowano długo i gorąco. Był to czas, kiedy Gombrowicza odmrożono w PRL, i oto oglądaliśmy wreszcie zakazany owoc, a Frycz jako Syfon był wspaniały.
Zdarzyło mi się potem widzieć Frycza na żywo, na scenie, i było to doświadczenie niezwykłe: „Kordian”, „Amadeusz”. Mieliśmy w drugiej połowie XX w. szczęście do wybitnych aktorów, ale szeroka publiczność oklaskująca ich za role w serialach i filmach kinowych często nie miała pojęcia, jakimi żywiołami są na teatralnych deskach. Był taki Łomnicki, był Zapasiewicz, a Frycz wcale od nich nie odstawał. Trzeźwo patrzył na blaski i cienie zawodu aktora. „Powiedziałbym nawet, że w tym zawodzie pasma klęsk budują człowieka bardziej niż sukcesy” – powiedział kiedyś w wywiadzie Jackowi Wakarowi.
W teatrze był jednym z ulubionych aktorów Mikołaja Grabowskiego, a w kinie fenomenalna okazała się jego współpraca z Mariuszem Trelińskim. Niewiele pamiętam z niezbyt udanego filmu „Egoiści”, ale kreacja Frycza pozostaje wybitna. „Pożegnanie jesieni” to z kolei jeden z najlepszych zapomnianych polskich filmów okresu III RP. Dla młodszej publiczności Frycz to przede wszystkim Dario z serialu „Ślepnąc od świateł” – lepszego niż książka Żulczyka, na podstawie której powstał. Frycz jest tu przedstawicielem zła wcielonego: jest przerażający w sposób prawdziwy, nie ma tu żadnej gloryfikacji postaci gangstera, nie ma bajek o szlachetnym bandziorze. Oto facet, który skręciłby ci kark między jednym kęsem kolacji a drugim i nawet nie spojrzałby potem na leżące obok stołu zwłoki.
„W szkole byłem złym uczniem” – opowiadał w 1995 r. na łamach „Przekroju” – „wagarowałem, ale zawsze przyświecał mi konkretny cel, np. zdokumentowałem sobie wszystkie kaplice w Katedrze Wawelskiej”. Syn inżyniera górnictwa, w którego domu mówiło się o węglu i matematyce, przeniósł się dzięki aktorstwu do innego świata, gdzie grał najważniejsze postacie z teatralnej klasyki – od Irydiona po Hamleta, od Kordiana po Cyda.
Zmarł 15 sierpnia 2026 r.