Logo
Magazyn

W smugę cienia, w dojrzałość

3.11.2026, 11:48 Wersja do druku

Program 61. edycji wrocławskiego festiwalu Wratislavia Cantans został osnuty wokół powieści „Smuga cienia” Josepha Conrada. Pisze Magdalena Talik w „Odrze”.

fot. mat. teatru

Już zapowiadający imprezę świetny plakat autorstwa Bartosza Kosowskiego w symboliczny sposób oddaje przesłanie płynące z książki Conrada: odwrócony do widza plecami człowiek zanurzony po pas w wodzie spogląda w dal. Mówiąc o tej plastycznej kompozycji dyrektor artystyczny festiwalu Andrzej Kosendiak podkreślał, że w życiu każdego człowieka przychodzą takie chwile, kiedy wiele wydarzeń mamy już za sobą, a przed nami rysuje się przyszłość, której nie znamy. Jak w powstałej ponad sto lat temu powieści Conrada, w której młody oficer musi nie tylko udowodnić swoją dojrzałość i odpowiedzialność jako kapitan załogi, ale także zmierzyć się z własnymi obawami i stawić czoło wyzwaniom niesionym przez życie. Dyrektor Kosendiak potraktował tę książkę jako punkt wyjścia do ciekawego, dość konsekwentnie zaprogramowanego muzycznego rejsu. Ale to była jedynie podpowiedz dla festiwalowych bywalców, niekoniecznie obowiązkowy kompas, którym należało się kierować.

Tegoroczny festiwal Wratislavia Cantans im. Andrzeja Markowskiego miał mocne, choć nieco odmienne otwarcie i zamknięcie - inauguracja z koncertowym wykonaniem opery Satnson i Dalila op. 47 Camillea Saint--Saensa okazała się wieczorem muzycznie porywającym, natomiast finał z VI Symfonią a-moll „Tragiczną" Gustava Mahlera, choć w wykonaniu solidnej Staatskapelle Dresden, był ostentacyjnie zuchwały, ale w sposób może nazbyt oczywisty. Minęły już wprawdzie czasy, kiedy tradycyjnie festiwal otwierało dzieło oratoryjne, najczęściej wykonywane we wnętrzu katedry św. Marii Magdaleny, ale rozpoczynająca tegoroczną edycję koncertowa wersja Samsona i Dalili francuskiego kompozytora, jak i prężnego organizatora życia muzycznego Paryża drugiej połowy XIX wieku, mogła być dla wielu melomanów wyborem nieco egzotycznym. Ale jak już wspomniałam, była to dobra inauguracja.

Dzieło Saint-Saensa przygotował z zespołem NFM Filharmonii Wrocławskie], Chórem NFM, Slovenian Philharmonic Choir i solistami znakomity niemiecki dyrygent młodego pokolenia Thomas Guggeis, obecny dyrektor muzyczny Oper Frankfurt. Po tym występie stwierdzam, że trzeba koniecznie zanotować sobie nazwisko tego artysty i śledzić kolejne jego projekty. W sali głównej NFM absolutnie zachwycił, pozostając w całym wymiarze partytury czujnym na wszystkie muzyczne niuanse Samsona i Dalili, zwłaszcza koloryt dzieła Saint-Saensa, jego niezwykle wysublimowaną harmonikę, genialne wprost wykorzystanie możliwości orkiestry. Pod jego batutą wrocławski zespół błyszczał i zachwycał lekkością, finezją, wyczuleniem na wszystkie detale. Muszę jednak dodać, że choć obydwa chóry stanęły na wysokości zadania i wzbogaciły mocno to wykonanie, soliści prezentowali zmienną formę. Zawiodła na przykład wykonawczyni partii Dalili, wyczekiwana we Wrocławiu gruzińska mezzosopranistka Anita Rachvelishvili (pamiętamy jej wybitną kreację w Carmen Georgesa Bizeta na scenie La Scali przed ponad dekadą), wyraźnie zmagająca się z jakimiś problemami zdrowotnymi. Nikolai Schukoff jako Samson sprostał zadaniu, ale to dwaj inni soliści - Philippe-Nicholas Martin jako Arcykałpłan Dagona i Peter Kellner jako Abimelech, byli w fenomenalnej wokalnej dyspozycji. Koniec końców, wieczór i tak należał do wyjątkowo udanych.

Na festiwal powrócił Giovanni Antonini, przez lata dyrektor artystyczny. Tym razem wystąpił w podwójnej roli - najpierw z własnym zespołem II Giardino Armonico, następnie jako flecista dołączył do Wrocław Baroque Ensemble w projekcie wykonania (ale również nagrania) bachowskich kantat na flet podłużny. Przygotowany przez niego z Giardino program zatytułowany Si dolce el tormento/Tak słodka jest udręka (zaczerpnięty z monodii Claudia Monteverdiego) składał się z włoskiej muzyki XVII wieku (wspomnianego Monteverdiego, Tarąuinio Meruli, Daria Castello czy Marca Uccelliniego) i utworów, których starodruki znajdują się w zbiorach wrocławskiej Biblioteki Uniwersyteckiej. Nie zabrakło wielu intrygujących kompozycji, zarówno stricte instrumentalnych (frajdę sprawiła melomanom brawurowa gra kornecistów Andrei Inghisciano i Davida Bruttiego), jak i wokalno-instrumentalny€h. Takich choćby, jak zjawiskowa monodia Meruli Or che tempo di dormire w postaci kołysanki, jaką Matka Boża śpiewa Dzieciątku Jezus, przewidując jego przyszłe męczeństwo. Solistka, sopranistka Angelica Antonini może nie zachwyciła równie mocno jak niegdyś koncertująca z II Giardino Armonico Anna Prohaska, ale repertuar został odpowiednio przygotowany pod jej głos.

Na festiwalu pojawił się też uwielbiany we Wrocławiu dawny szef artystyczny festiwalu Wratislavia Cantans, Brytyjczyk Paul McCreesh, który zaprezentował swój flagowy projekt, ale w nowej odsłonie. W 1990 roku zarejestrował on ze swoim zespołem Gabrieli Consort & Players nagranie Koronacji wenec- Maestro Jerzy Maksymiuk oraz NFM Filharmonia Wrocławska podczas koncertu jubileuszowego z okazji dziewięć-dziesiędolecia urodzin i siedemdziesiędoleda pracy artystycznej wybitnego dyrygenta. Fot. Sławek Przerwa/NFM kiej 1595 roku, czyli rekonstrukcję mszy, jaka odbyła się w bazylice św. Marka w Wenecji 27 kwietnia 1595 roku z okazji koronacji doży Marina Grimaniego, a po ponad dwudziestu latach wrócił do tego przedsięwzięcia. Na albumie własnej marki Signum Classics przedstawił nową koncepcję, która przewidywała większą wierność historyczną, ale przede wszystkim liturgiczną wobec ceremonii z 1595 roku. Co ważne, i to wybrzmiało podczas koncertu w katedrze św. Marii Magdaleny, w nowej wersji Koronacji McCreesh wykorzystał znacznie więcej solowych partii (choćby O sacrum convivium Andrei Gabrielego), ograniczając większe chóralne fragmenty. Koncert miał też formę prawdziwego nabożeństwa z procesją, w której artyści szli wzdłuż głównej nawy świątyni. I choć katedra św. Marii Magdaleny niejednokrotnie, za sprawą akustyki, nastręczała artystom niemałych problemów, McCreesh, wyjątkowo przywiązany do wnętrza tego kościoła, zawsze umiejętnie rozmieszcza tu zespół, który jest, jeśli nie doskonale, to całkiem dobrze słyszany przez melomanów.

Wokalną ucztą podczas tegorocznej edycji festiwalu Wratislavia Cantans miał być recital wrocławskiego barytona Andrzeja Filończyka, który od kilku dobrych już lat święci triumfy na wielkich scenach operowych świata (z Metropolitan Opera na czele), ale nie towarzyszy mu taki rozgłos medialny jak karierom Piotra Beczały czy Aleksandry Kurzak. Być może to się zmieni, bo Filończyk częściej występuje w Polsce, dając się poznać w różnorodnym repertuarze. Tym razem zdecydował się na recital pieśni (przede wszystkim Stanisława Moniuszki i Mieczysława Karłowicza, towarzyszył mu pianista Sasha Yankevych), ale choć koncert miał swoją atmosferę i widownię - przyjaciół, dawnych pedagogów z Akademii Muzycznej - zdecydowanie lepszy byłby wybór arii operowych, w których Filończyk prawdziwie błyszczy.

Największym objawieniem tego festiwalu okazało się wykonanie w katedrze św. Marii Magdaleny opery „Dydona i Eneasz" Z. 626 Henry' ego Purcella w wersji koncertowej przez Accademię Bizantinę, Chór Capella Cracoviensis, solistów pod dyrekcją niezrównanego Ottavia Dantone. Zawarta w libretcie tragiczna historia królowej Kartaginy {która zakochuje się w wodzu trojańskim i decyduje się na śmierć, kiedy ukochany Eneasz ją porzuca) w absolutnie porywającej obsadzie naprawdę intrygowała, momentami bawiła i przede wszystkim wzruszała (nie tylko za sprawą legendarnego finałowego lamentu Dydony When I am laid in earth). Zasługa w tym zwłaszcza fenomenalnej Arianny Vendittelli w partii królowej i Charlotte Bowden jako towarzyszącej jej damy dworu Belindy. Mauro Borgioni jako Eneasz w niczym im nie ustępował, podobnie jak Delphine Galou pełna łajdackiego uroku w roli Czarownicy. Ottavio Dantone doskonale rozumie dzieło Purcelła, nadmiernie go nie dramatyzuje (to przecież maska, zapowiadająca dopiero operę), a znakomicie i ożywczo prezentuje wszystkich bohaterów i ich losy.

Dramaturgii nie zabrakło także w koncercie jubileuszowym z okazji dziewięćdziesięciolecia urodzin i siedemdziesięciolecia pracy artystycznej Maestra Jerzego Maksymiuka, który do Wrocławia (i na festiwal) zawitał po raz kolejny, tym razem z wyjątkowo wymagającym repertuarem - poematem La Mer/Morze Claude'a Debussyego, czterema interludiami z opery Peter Grimes Benjamina Brittena i wreszcie Symfonią psalmów Igora Strawińskiego. Pod batutą Maestra Maksymiuka zagrała NFM Filharmonia Wrocławska, a przygotowanie tak wspaniałej, rytmicznie fascynującej muzyki Brittena, jak i niezwykłej kompozycji Strawińskiego było dowodem, że Maestro wciąż dyryguje niezwykle dynamicznie, zachwyca się wielką muzyką i nie traci dla niej entuzjazmu ani miłości. Symfonia psalmów z Chórem NFM w jednej z głównych ról była jego artystycznym triumfem. Wyeksponował nie tylko dramaturgię dzieła, ale także Strawińskiego jako genialnego stylistę, który porusza się swobodnie w historii muzyki i naśladuje czasem wielkich mistrzów, ale zawsze przy tym zachowuje własny charakter komponowanych dzieł. Taka interpretacja utworu, który na festiwalu doczekał się kilku dobrych wykonań, z pewnością zostanie zapisana w poczet tych najbardziej trafiających w sedno.

Obecny szef artystyczny festiwalu, Andrzej Kosendiak, tym razem poprowadził wymarzony projekt bachowski - to wykonanie i nagranie kantat na flety podłużne (stąd zaproszenie Giovanniego Antoniniego, który te utwory uważa za szczytowe osiągnięcie literatury na ten instrument). W NFM zabrzmiały trzy kompozycje Gleichwie der Regen und Schnee vom Himmelfalłt BWV 18, Es ist nichts Gesundes an meinem Leibe BWV 25 oraz Herr Christ, der einge Gottessohn BWV 96 Bacha. Zwłaszcza w tej ostatniej z kantat można było podziwiać prawdziwy kunszt Antoniniego--solisty, który wyznacza znakomite standardy wykonań muzyki barokowej. Jego kreacja znajdzie się również na płycie Wrocław Baroąue Ensemble wytwórni Alpha.

Z kolei wśród wykonawców w kantatach bachowskich błyszczał szczególnie sopran Dennis Orellana, głos absolutnie sensacyjny! W wieczór finałowy 61. edycji festiwalu Wratislavia Cantans zabrzmiała VI Symfonia a-moll „Tragiczna" Gustava Maniera, jedno z najbardziej enigmatycznych dzieł tego kompozytora. Najważniejszą atrakcją wieczoru była obecność Staatskapelle Dresden, który to zespół (jeden z najstarszych w Niemczech i z największymi tradycjami) właśnie otworzył 478 sezon, koncertuje więc od prawie pięciu stuleci! Noblesse oblige, stąd cała linia znakomitych szefów artystycznych i dyrygentów, którzy współpracowali z niemiecką orkiestrą (Heinrich Schiitz, Carl Maria von Weber, Richard Wagner, Karl Bóhm, Herbert Blomstedt, Giuseppe Sinopoli, Christian Thielemann). Obecnym szefem artystycznym (od 2024 roku) jest włoski dyrygent Daniele Gatti. Przygotował Tragiczną Mahlera z wielkim rozmachem. Ale tym, których w Mahlerze rozkochał Claudio Abbado i jego niezwykłe, pełne finezji wykonania symfonii, interpretacja Gattiego mogła wydawać się propozycją z zupełnie innej, nieprzyjaznej galaktyki muzycznej. Takiej, w której brak cierpliwości, wysublimowanych brzmień, stopniowego budowania napięcia i dramaturgii, a także umiaru. Mimo słabszego finału tegoroczną edycję, pełną znakomitych wykonań, zaliczyłabym do naprawdę udanych.

Tytuł oryginalny

W smugę cienia, w dojrzałość

Źródło:

Odra 2026/11

Sprawdź także