O "500 stron plus – bibliofilskim dodatku scenicznym" w stołecznym Klubie Komediowym pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Przez chwilę miałem wrażenie, że wszystkie asocjacje, odniesienia i żarty zrozumieli na całej widowni jedynie Doktor Eliza i Pan Janek, ale – nie, to nieprawda. Myślę, że wystarczyło choćby trochę uważać w szkole na polskim, żeby z grubsza wiedzieć, o co twórcom chodziło i - z czego mają bekę. Zatem dość podstawowe przygotowanie pozwala widzowi zaśmiać się w stosownym momencie zrozumiawszy usłyszany dowcip, ew. - zrobić z siebie idiotę śmiejąc się w miejscu wybitnie nieśmiesznym, co – dodajmy - na tej akurat widowni jest wybaczalne a nawet pożądane. Z drugiej jednak strony – jeśli czytanie to wasz wróg, odczuwacie wobec tej czynności obrzydzenie bądź choćby idiosynkrazję – darujcie sobie. To nie o Was ta szanta. Sic.
Tym razem za najsłodszy uznałem song o feminatywach oraz pogawędkę polonistki z barmanem, na przeszkodzie szczęścia których stanęły mielizny naszej mowy ojczystej. Ale całe przedstawienie – jak to w KK bywa – jest zwiewne, znakomicie napisane i takoż zagrane/zaśpiewane, z uroczą (jak zawsze), pełną dezynwoltury konferansjerką Michała Sufina.