Logo
Magazyn

50 lat temu zmarł Kazimierz Rudzki, aktor, konferansjer, „człowiek o kamiennej twarzy”

2.02.2026, 08:59 Wersja do druku

W kultowym dziś serialu „Wojna domowa” był ojcem, który nie rozumiał swego nastoletniego syna; w rzeczywistości z trudem tolerował twórczość – a zwłaszcza wygląd – Czesława Niemena. 2 lutego1976 r. zmarł Kazimierz Rudzki, konferansjer i aktor, którego zwano „człowiekiem o kamiennej twarzy”.

fot. Muzeum Kinematografii w Łodzi/ mat. Filmu Polskiego

„Gdybyś mógł zobaczyć Kaziu te tłumy w katedrze i na cmentarzu!” – napisała Helena Głowacka, siostra aktora i redaktorka książki „Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim” (1981). „Obok najbliższych, przyjaciół i kolegów artystów, widziało się zatroskane twarze ludzi, którzy znali Cię tylko z radia i telewizji, rzadziej z teatru: mocno przetrzebiona przez wojnę i czas stara inteligencja warszawska, rzemieślnicy, którzy przy pracy nastawiali radio, gospodynie domowe, krzątające się przy jego dźwiękach, kierowcy taksówek i ciężarówek, udający się w daleką drogę, i wielu, wielu innych, jak ten maszynista, który w czasie pogrzebu zatrzymał przejeżdżający w czasie pogrzebu parowóz i, zanim ruszył, pożegnał Cię kilkoma przeciągłymi sygnałami” – dodała.

„Paradoks Kazimierza Rudzkiego polega na tym, że cieszył się on ogromną popularnością i był postacią powszechnie znaną i lubianą, choć w ciągu dwudziestu lat zagrał ledwo dwadzieścia ról teatralnych i niewiele więcej ról filmowych” – napisał Jacek Ziemek w artykule pt. „Rudzki to styl” (e-teatr, 2005).

„W każdej roli był przede wszystkim sobą – Kazimierzem Rudzkim, z tym swoim intelektualnym, spokojnym, nieodpartym komizmem” – wspomniał krytyk August Grodzicki. „Osobowość aktorska wyrastała całkowicie z osobowości człowieka” – wyjaśnił.

W telewizyjnym filmie pt. „Ja gorę!” (1968) duch szlachcica Pogorzelskiego (Jerzy Turek) prześladowany przez innego potępieńca skarży się Autorowi - Rudzkiemu - że gdyby przez ostatnie dwa lata życia, nie żył w cnocie, to by teraz w piekle siedział. „A wtedy ten przeklęty nudziarz nie mógłby powiedzieć: »panie Pogorzelski, pan tu gorzesz a ja gorę!«. Bo by to przecież żadnego sensu nie miało!”. „Nie, no oczywiście! Taki nonsens mógłby go tylko zawstydzić” - skomentował po swojemu Rudzki.

Największą rozpoznawalność dała mu chyba rola ojca Pawła w serialu „Wojna domowa” (1965) - urzędnik ciągle rozliczający delegacje do Kielc, Kutna i Radomia, w wolnych chwilach brał się za wychowanie syna nastolatka, którego oczywiście nie rozumiał.

Ponoć aktor nie potraktował tej roli zbyt poważnie, faktycznie jednak wyrosła ona po części z jego osobowości, bo właśnie wtedy oblał na egzaminie Czesława Niemena - w 1965 r. Rudzki był szefem komisji weryfikacyjnej przyznającej uprawnienia estradowe.

„Zadawano mi pytania z dziedziny teatru, o której nie miałem pojęcia” – wspominał Niemen w filmie dokumentalnym „Nasza generacja” Jacka Sawickiego (TVP, 1995). „A kiedy poproszono, żeby coś zaśpiewał, stwierdzili, że ja właściwie nie mam też pojęcia o śpiewaniu” – dodał.

10 lat później, 2 listopada 1975 r. w telewizyjnym programie „100 pytań do Czesława Niemena” odbył się swoisty ciąg dalszy tamtego egzaminu - jednym z pytających był profesor Rudzki. „Nie daje mi spokoju pana wygląd” – powiedział. „Bo ja nie widzę powodu, by człowiek wciągnięty w orbitę pop music miał wygląd muzykalnego popa… Proszę się nie gniewać, jest pan miłym człowiekiem… Czy to jest potrzebne?… To znaczy, czy pan już nie widzi siebie jako, przepraszam, normalnego…” – dociekał. „A co to znaczy normalny?” – bronił się Niemen. „O tak, wiedziałem, że pan to powie, czułem tak…” – skomentował poirytowany Rudzki. „Na czym pan był ostatnio w teatrze?” - zadał następne pytanie. „Nie pytam, z kim?… Na czym… Jaką sztukę pan oglądał?” – doprecyzował. A usłyszawszy, że artysta obejrzał ostatnio „Zabobonnika” Franciszka Zabłockiego, do którego to spektaklu skomponował muzykę, powiedział: „Rozumiem, poszedł pan jako współautor…”. „Ale poza tym, chodzi pan do teatru?… Bo do tego zmierzam w moim pytaniu” – egzaminował profesor.

„Kazimierz Rudzki nienawidził Czesława, i (…) ilekroć mógł mu zrobić krzywdę, wymyślić przeszkodę, tylekroć to robił” – ocenił Dariusz Michalski w filmie Krzysztofa Magowskiego pt. „Sen o Warszawie” (2014).

Gwoli sprawiedliwości przyznać trzeba, że swego siostrzeńca, Janusza Głowackiego, Rudzki uważał za aktorskie beztalencie i ponoć przyłożył rękę do jego wyrzucenia ze szkoły teatralnej.

Urodził się 6 stycznia 1911 r. w Warszawie jako syn Bronisława i Anny ze Szklawerów. „Był Warszawiakiem z dziada, pradziada. Samo nazwisko Rudzki, tak jak Herse, Jabłkowscy, Pakulscy, Łopieńscy, Gessner, było nieodzowną częścią pejzażu i »smaku« dawnej Warszawy” – wspominał Jan Knothe, architekt, pisarz i dyplomata, który poznał Rudzkiego podczas wojny, w Oflagu IIC.

„Miłość Kazia do Warszawy ujawniła mi jeszcze jedną »wadę« jego charakteru. Nie umiał przejść obojętnie obok niechlujstwa, nieprzemyślanych decyzji, lekceważenia drobiazgów” – napisał kolega szkolny Stanisław Jankowski „Agaton”, późniejszy cichociemny i stołeczny architekt. „Nie ograniczał swej pasji naprawiacza świata do Warszawy” – podkreślił. Podczas pewnego pobytu w Kazimierzu nad Wisłą Rudzki zauważył, że na Górze Trzykrzyskiej widnieją tylko dwa krzyże. Odnalazłszy trzeci - który też był na szczycie, ale leżał - zainterweniował u proboszcza oraz w ratuszu. I dwa dni później „liczba stojących na górze krzyży odpowiadała ściśle historycznej nazwie wzgórza”. „Najbliższej niedzieli staliśmy z Kaziem przy jednym ze straganów na Rynku, gdy zajechał sznur czarnych limuzyn. Z najbardziej okazałej wysiadł Prezydent Bierut w towarzystwie dwóch osób. Staliśmy opodal, więc Bierut, który znał Kazia z teatru, radia i telewizji, a mnie z trasy W-Z i z MDM, podszedł do nas, przywitał się uprzejmie i zamienił kilka słów” – wspominał Jankowski. „Nazajutrz skoro świt Kazio był w kamienicy na Rynku. – Dobrze, żeście się z tym krzyżem pośpieszyli, towarzysz Bierut przyjechał sprawdzić osobiście” – dodał.

„Troszczył się o przedmioty, ale przede wszystkim troszczył się o ludzi. Zwłaszcza o takich, którzy nie umieją sobie dać rady” – podkreślił Stanisław Jankowski, przywołując przykłady chorego kolegi z oflagu, szatniarki z teatru i dozorcy, któremu telewizja nie zapłaciła za wynajęcie mieszkania do kręcenia filmu.

Po maturze, zdanej w 1929 r. w Gimnazjum Ziemi Mazowieckiej, Kazimierz Rudzki zaczął studia w Wyższej Szkole Handlowej w Warszawie. Od 1932 r. był słuchaczem Instytutu Reduty, później (1933-34) odbył służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy Łączności w Zegrzu. Od 1935 r. studiował pod okiem m.in. Aleksandra Zelwerowicza i Leona Schillera na Wydziale Reżyserskim Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej - dyplom obronił w marcu 1938 roku.

We wrześniu 1939 r. był żołnierzem – do niemieckiej niewoli dostał się po bitwie pod Kockiem. Czas wojny spędził w obozach jenieckich - najpierw krótko w Weilburgu nad Lahnem (Hesja), a od sierpnia 1940 w Woldenbergu (obecnie Dobiegniewo w Lubuskiem). „Oflag IIC, największy obóz jeniecki z okresu II Wojny zasłynął m.in. z artystycznej aktywności przetrzymywanych w nim jeńców. To właśnie tam Kazimierz Rudzki był jednym z inicjatorów powstania jenieckiego teatru, który wystawiał widowiska rewiowe i dramatyczne; pod jego artystycznym kierownictwem powstawały też przedstawienia lalkowe” – napisał Andrzej Pazda na stronie Stowarzyszenia Woldenberczyków.

„Moja sytuacja żywnościowa nie była najlepsza. Ojciec rozstrzelany w Palmirach, matka zginęła w obozie, siostra z trudem dawała sobie radę, żeby utrzymać siebie i syna” – pisał Rudzki w 1970 r. w liście do redaktora Macieja Szumowskiego z telewizji Kraków. „I nagle, chyba gdzieś w roku 1942, zacząłem otrzymywać przesyłki żywnościowe ze… Śląska Górnego, a więc z… Reichu, od nie znanego mi górnika z Trzebini z kopalni »Zbyszek«… I do końca obozowej historii – co jakiś czas przychodziła skromna, ale jakże cenna paczka od tego nadawcy… Chleb, trochę tłuszczu, kostki maggi etc.” – wspominał.

Już po wojnie Rudzki odszukał owego górnika, Józefa Prymkę z Trzebini. „Okazało się, że na… plebanii losowano nazwiska jeńców podanych przez Czerwony Krzyż, jako najbardziej potrzebujących, i jego córeczka wylosowała ppor. Kazimierza Rudzkiego z Oflagu IIC” - wyjaśnił aktor.

Po wojnie, w grudniu 1945 roku, wystąpił jako konferansjer w koncercie Miry Zimińskiej pt. „Wielka odwilż” w łódzkim Grand Hotelu. „O ile publiczność przyszła przede wszystkim na Zimińską i częściowo na mnie, o tyle wychodziła pod urokiem Rudzkiego. Był rewelacyjny. Rozsiewał race humoru jakby podświadomie” - wspominał Ludwik Sempoliński, który wcześniej musiał przełamać opory Rudzkiego. „Wymawiał się brakiem nastroju, brakiem garderoby, brakiem rutyny, a poza tym chciał się poświęcić tylko reżyserii” - dodał.

W lutym 1945 r. przez dwa tygodnie Rudzki współpracował z Warszawską Szkołą Dramatyczną Janusza Strachockiego, później w Toruniu przez dwa miesiące organizował Teatr Ziemi Pomorskiej. Po czym trafił do Łodzi - w Wytwórni Filmowej Wojska Polskiego pracował jako asystent reżysera. Na sezon 1945/46 zaangażował się jako reżyser do Teatru Wojska Polskiego w Łodzi, w tym samym sezonie związał się jako reżyser i konferansjer z łódzkim Teatrem Syrena - w 1948 r. razem z nim przeniósł się do Warszawy, do 1955 r. był jego aktorem i reżyserem, a w latach 1950-54 także dyrektorem. Od 1955 r. grał w Teatrze Współczesnym w Warszawie.

„Jako aktor teatralny był postacią kontrowersyjną. Miał licznych i zagorzałych zwolenników, wielbicieli, miał i przeciwników, zwłaszcza w środowisku aktorskim, które widziało w nim raczej utalentowanego dyletanta aniżeli zawodowego aktora” – pisał o nim Erwin Axer w „Ćwiczeniach pamięci” (2006). „Lubiano go, szanowano, ale częstokroć uważano za dziwaka, który wspaniale opanowawszy szereg zawodów i zajęć, bawi się jeszcze od czasu do czasu aktorstwem” - dodał. „Ja sam, który będąc od lat jego przyjacielem, byłem zarazem przez lat wiele jego dyrektorem i obsadzałem go - zbyt rzadko może w stosunku do jego chęci, ambicji i zapewne możliwości - miałem do jego aktorstwa stosunek ambiwalentny” – ocenił Axer. We Współczesnym Rudzki zagrał m.in. w „Zaproszeniu do Zamku” i „Pierwszym dniu wolności” (1959), „Knocku czyli tryumfie medycyny” (1960), „Karierze Artura Ui” (1962) oraz „Lekkomyślnej siostrze” (1971). W „Grze” (1975) wykreował swą ostatnią rolę - Konferansjera.

W 1953 r. zorganizował Wydział Estradowy PWST i został jego dziekanem. W latach 1954-57 był prorektorem uczelni, a później (1966-69) dziekanem Wydziału Aktorskiego. Swą karierę akademicką skwitował kiedyś żartem, że profesorem był wyłącznie dlatego, by Bohdan Łazuka mógł zostać magistrem. „Kazimierz Rudzki - aktor konferansjer, pedagog, człowiek. W teatrze był bardziej postacią niż wielkim aktorem. Natomiast jako konferansjer? - właściwie na nim skończył się w Polsce ten zawód. Zostali jedynie zapowiadacze” – napisał Bohdan Łazuka w książce pt. „Trzymam się” (1993). „Nigdy nie wywyższał się ponad publiczność. Obdarzony ogromem erudycji odwoływał się do niej z urzekającą nieśmiałością, jakby nie chcąc urazić tych na widowni, co… mniej wiedzą” - dodał.

Na kinowym ekranie zadebiutował w „Eroice” (1957) Andrzeja Munka rolą podporucznika Turka, w której wykorzystał swoje doświadczenia jenieckie. „Pierwszy wizerunek Rudzkiego i najbardziej zachowany w pamięci – to właśnie ten z obozu. Rogatywka, wojskowy płaszcz i do tego trochę zbyt cywilny szalik. Takuteńki, jak go oglądali później wszyscy w filmie i na scenie” – ocenił Jan Knothe. Po premierze filmu – przypomniał Andrzej Pazda - inny architekt Zbigniew Wilma, syn znajomych Rudzkiego, powiedział: „Panie Kazimierzu jak pan to znakomicie zagrał!”, co aktor z właściwym sobie spokojem i kamienną twarzą skwitował: „Zbyszku, pięć lat próbowałem”.

Prawdziwą kreacją Rudzkiego stała się też epizodyczna rola angielskiego oficera, kpt. Ralfa Peacoocka, w komedii „Jak rozpętałem II wojnę światową” (1969) wyreżyserowanej przez Tadeusza Chmielewskiego.

Nazywany „człowiekiem o kamiennej twarzy” Rudzki doskonale umiał wykorzystywać oryginalny wygląd. A im bardziej komiczne słowa wypowiadał, tym większą zachowywał powagę. „Znawcy sztuki aktorskiej porównywali jego aktorstwo do sztuki Aleca Guinessa, sam Erwin Axer sytuował je blisko Bustera Keatona, Harolda Lloyda czy Louisa Jouveta” – napisał Tomasz Mościcki (culture.pl, 2010). „Z całą pewnością do takich porównań skłaniał sposób bycia Rudzkiego na scenie i ekranie: wysoka asteniczna sylwetka, szczupła twarz ozdobiona potężnym nosem i wąskimi ustami, umiejętne dozowanie gestu, wręcz asceza środków wyrazu, co sprawiało, że drgnienie kącików ust, czy słynne »podwójne spojrzenie Rudzkiego« - dwukrotne przyjrzenie się obserwowanej scenie, przedmiotowi czy partnerowi, szybki ruch głową i mrugnięcie powiekami - dawało piorunujący aktorski efekt” - ocenił. „Mówiono, że w rolach lokajów, dyplomatów, intelektualistów Rudzki gra ludzi mądrzejszych od swojego otoczenia i dystansujących się od niego swoją mądrością” – przypomniał Mościcki.

Rudzki występował w kabaretach Szpak (1955), Wagabunda (1955–57) oraz Pod Egidą (1971–74). „Ulubiony chwyt Profesora polegał na tym, że siedząc między publicznością, protestował przeciwko produkcjom na estradzie. Kiedy zdarzało się, że ktoś nie wtajemniczony »kupował« żart i uciszał niesfornego widza, zabawa była najlepsza” – wspominał Jan Pietrzak, w książce „Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim”. „Żelazną pozycją pana Kazimierza była wypowiedź nawiązująca do tradycji polskiego kabaretu. Nie zawsze chciał o tym mówić, zżymał się, bo wolał brać za temat współczesność. Jednak dla całości programu ukłon w stronę tradycji był bardzo korzystny. Pozwalał publiczności uświadomić miejsce kabaretu literackiego w polskiej kulturze, był dobrą odskocznią dla spraw bieżących. A któż to mógł uczynić lepiej od Niego?” – napisał Pietrzak.

Kazimierz Rudzki zmarł w Warszawie 2 lutego 1976 roku - równo kwartał po emisji pamiętnych „100 pytań do Czesława Niemena”. Miał 65 lat. Został pochowany na Powązkach Wojskowych.

Źródło:

PAP

Sprawdź także