Logo
Magazyn

50 lat teatru, 30 Konfrontacji Teatralnych

17.10.2025, 11:08 Wersja do druku

Rozmowa z Januszem Opryńskim, reżyserem spektaklu „Wojna i pokój", który w piątek 17 października zobaczymy na finał 30. Konfrontacji Teatralnych.

fot. mat. Festiwalu Interpretacje

Skąd teatr w Twoim życiu?

To się stało w VIII Liceum Ogólnokształcącym, dzięki już nieżyjącej profesor Elżbiecie Żwirkowskiej. Byliśmy w kole teatralnym, najbardziej formujące mnie były wyjazdy na głośne spektakle w Polsce. Jako szesnastoletni chłopak obejrzałem „Apocalypsis cum figuris" Jerzego Grotowskiego, „Biesy" Andrzeja Wajdy, norwidowskie spektakle Adama Hanuszkiewicza czy bardzo dobre realizacje Różewicza w Teatrze Osterwy, prowadzonym wówczas przez Kazimierza Brauna. W tamtym czasie nawet nie marzyłem o robieniu teatru, poszedłem za to na filologię polską, która po dwóch latach zaczęła mnie nużyć. Wtedy doszło do spotkania z istniejącym już Teatrem Provisorium i tak się zaczęło.

To był teatr polonistów?

Tak, powstał w opozycji do Teatru Gong 2 Andrzeja Rozhina. W 1975 roku ściągnął mnie do teatru Jacek Brzeziński, dlatego też w tym roku przypada 50-lecie mojej pracy artystycznej. Zacząłem od inscenizacji „Ferdydurke", spektakl nazywał się „ W połowie drogi". Potem zrobiliśmy spektakl „Nasza niedziela", który nie dostał zgody cenzury.

Najważniejszy spektakl w czasów Provisorium?

Najdojrzalszym spektaklem było wówczas „Nie nam lecieć na wyspy szczęśliwe" według tekstów Brzozowskiego, Dostojewskiego, Mandelsztama, za który między innymi aktorzy zostali aresztowani, stan wojenny zrobił swoje.

Następnie przyszedł moment, że w Teatrze Provisorium zostałeś ty i jeden aktor?

Jak chłopcy wyszli z więzienia, graliśmy „Nie nam lecieć na wyspy szczęśliwie 2". Dalej zrobiliśmy jeszcze „Wspomnienia z domu umarłych" według książki „Inny świat" Herlinga Grudzińskiego. Potem był pożegnalny spektakl „Ogrody", rozstanie z aktorami, zostałem sam z Jackiem Brzezińskim, zrobiliśmy spektakl „Z nieba przez świat do samych piekieł". Dołączył wtedy do nas Jan Maria Kłoczowski, wygraliśmy tym spektaklem Edynburg, zrobiliśmy jeszcze „Współczucie".

I tu dochodzimy do współpracy z „Kompanią Teatr"?

To było tak, że Witold Mazurkiewicz nie dostał przedłużenia angażu w Teatrze Andersena, w proteście odeszli także Jarosław Tomica i Michał Zgiet, razem założyli „Kompanię Teatr", robili spektakle dla dzieci, także dla dorosłych, mieli próby w Centrum Kultury. Ich spektakl zobaczył Jacek Brzeziński, powiedział mi: Słuchaj, oni są wspaniali. Połączyliśmy się, zrobiliśmy „Dżumę" Camusa a potem „Ferdydurke", która nas obwiozła po całym świecie.

Co dalej?

Jakby skracając to wszystko, najpierw był etap Provisoriurm, potem etap z Kompanią Teatr, a w trzecim etapie poszliśmy swoimi drogami. Ja poszedłem drogą swoich ulubionych lektur. Zacząłem od „Idioty" Dostojewskiego, potem zrobiliśmy bardzo istotny spektakl „Punkt zero. Łaskawe".

Za który dostałeś „Laur Konrada"?

Spektakl dostał wiele nagród w Polsce. A te moje realizacje to przede wszystkim Dostojewski, bo to „Idiota", bo to „Bracia Karamazow", „Biesy". Potem zrobiłem w Opolu „Mistrza i Małgorzatę" Bułhakowa, teraz „Wojnę i pokój". Jakąś klamrą zamykam teraz te 50 lat. Napisałem adaptację „Płomieni" Brzozowskiego, będę robił to w Teatrze Polskim w Warszawie, premiera w styczniu 2026. Jakoś szczęśliwie te księgi „zbójeckie", ważne dla naszej młodości, miałem szansę interpretować na różnych scenach.

Jak ci się udało zaprosić do współpracy wielkie nazwiska polskiego teatru?

Po prostu mi zaufali. W teatrze alternatywnym nauczyłem się idei wspólnoty, rozmawiania o spektaklu, budowania wspólnej wypowiedzi. Być może aktorzy, o których pytasz poczuli, że mogą być bardzo kreatywni, że to będzie ich materiał. Dlatego wracają do mnie. Tu osobnym doświadczeniem, za które jestem bardzo wdzięczny, jest praca z Andrzejem Sewerynem nad spektaklem „Lear". Dziś wiem, że tyle reżysera, co jego aktorów. Próbuję ich zaprosić do mojego świata, ale ten świat to oni wypełniają. To jest dla mnie fantastyczny proces, kiedy mogę pomóc w uruchomieniu tego wypełniania, a czasem kiedy nie przeszkadzać. Ci wybitni aktorzy niosą sobie wiele reżyserskich światów. A ja z tego w jaki sposób korzystam.

Wspomnijmy Konfrontacje Teatralne, które miały lepsze i gorsze okresy. I znów mamy mocną artystycznie i budżetowo jubileuszową edycję?

Tak. Minęło z nimi 30 lat. Nie ukrywam, że to zmiana władzy miała na to wpływ. Ostatnio nie byliśmy rozpieszczani przez Ministerstwo Kultury, a wręcz przeciwnie. Było też mniej pieniędzy na kulturę w mieście i to razem musiało odbić się na poziomie festiwalu. Po tych 30 latach mam takie poczucie, że ja mogę oddać festiwal, bo są ludzie, którzy to poprowadzą. Z festiwalu narodzili się znakomici ludzie techniki na czele z Piotrem Szamrykiem. Dziewczyny, które potrafią organizować festiwal: Ewa Molik, Ksenia Duńska, Małgorzata Drozd, Barbara Sawicka oraz Piotr Pękala. Jestem z tego dumny. W tym roku mamy fantastyczny odzew od publiczności, wszystkie spektakle zostały wyprzedane. Lublin ciągle jest głodny teatru.

Skąd pomysł na „Wojnę i pokój"? 

Tołstoj zawsze był przeciw wojnie. W zeszłym roku Agora wydała nieznane eseje Tołstoja „Kłamstwo patriotyzmu". To jest wszystko tak dzisiejsze. Ja to jeszcze wzbogaciłem o „Wojnę peloponeską" Tukidydesa i fragmenty „Iliady". To jest moja autorska próba widzenia wojny. Żyjemy w wojnie, ona jest za miedzą. Bardzo się cieszę, że mogę ten spektakl pokazać w Lublinie, w piątek 17 października o 19 w Sali Operowej Centrum Spotkania Kultur.

Jakie jest przesłanie twojego najnowszego spektaklu?

Dość smutne. Ludobójstwo zaczęło się z początkiem cywilizacji ludzkiej. Straszne, że to się nie zmienia, nie zmienia się to, że człowiek zabija. I to jest niezmienne. Mamy to w genach.

Zróbmy przerwę od teatru. Lublin będzie Europejską Stolicą Kultury. Na czele instytucji stoi doświadczony Paweł Potoroczyn. Czy planujesz współpracę? 

Mieliśmy już spotkania. Paweł dość dobrze zna środowisko lubelskie. Z pełną nadzieją patrzę na to, że człowiek o takim doświadczeniu poprowadzi nas ku ESK. Wydaje mi się i powtarzam to Pawłowi, że chyba najważniejsza rzeczą jest to, co będzie po tej Stolicy? Możemy zaprosić największe sławy, najlepszych filharmoników, najlepsze teatry, największych śpiewaków, ale Europejska Stolica Kultury powinna trwale coś zostawić. Na przykład zostawia nowych, wyszkolonych ludzi, którzy nie boją się świata, jadą tam pracować, ale jadą z Lublina. Z tej prowincji. Byłoby też dobrze, żeby na bazie ESK powstała w Lublinie, dobra, międzynarodowa instytucja. Najłatwiej jest wydać pieniądze na wielkie sławy. Ale to mija. To mija. Powinniśmy opowiadać naszą historię w świecie. Myślę, że Paweł Potoroczyn dobrze to rozumie.

Plany artystyczne? 

Brzozowski, „Płomienie" w Teatrze Polskim w Warszawie. Rafał Rozmus będzie pisał muzykę, wkrótce zaczynam próby, będę miał w składzie największych aktorów, łącznie z Andrzejem Sewerynem. Chcemy spektakl dedykować ludziom walczącym o wolność na całym świecie.

Co po Brzozowskim?

Monodram „Lear" z Andrzejem Sewerynem cieszy się niesłabnącym powodzeniem, na spektakl w Warszawie przychodzi po 800 osób. Z Andrzejem Sewerynem mamy plany zrobić „Dawnych mistrzów" Thomasa Bernharda. Trochę pracy jest, zobaczymy czy podołamy.

Marzenia?

Żeby „Płomienie" dobrze wyszły, żeby zrobić spektakl z Andrzejem Sewerynem.

Czy dziś jesteś człowiekiem szczęśliwym?

Mogę powiedzieć, że jestem człowiekiem spełnionym.

Źródło:

Dziennik Wschodni nr 83

Autor:

Waldemar Sulisz

Data publikacji oryginału:

17.10.2025

Sprawdź także