12.03.2021, 17:22 Wersja do druku

Z fotela Łukasza Maciejewskiego: Kempa / Bednarczyk. Zwycięstwo

"Spóźnione odwiedziny" / fot. Bartek Barczyk / mat. Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie

Wiem, wiem, Iwona Kempa jest dzisiaj na fali. Ciężko na to zapracowała, i należy się jej.

Nie znam tylko pierwszych przedstawień Iwony Kempy, toruńskich, poznańskich, klarował się wtedy styl. Zacząłem uważniej śledzić jej teatr dopiero od Krakowa, od czasów Słowaka. Bo to były klejnoty, perły, albo hessowska „gra szklanych paciorków”.

Chodziłem do Miniatury na Kempę, chłonąłem Kempę, jej teatr był dla mnie ważny, często o nim pisałem, wydawało mi się, że go czuję – tak jak czuje się widz wchodzący w alchemiczną koniunkcję z artystą. Miałem tak z Iwoną Kempą.

Zaczęła zresztą w Krakowie od „Rozmów poufnych” Bergmana, i zrobiła wtedy najlepszego Bergmana jakiego ktokolwiek zrobił w Polsce i przed nią, i po niej. Nie było chyba lepszego Bergmana w polskim teatrze.

Musiała odejść od Słowaka daleko, żeby jednak wrócić. I znowu jest blisko, tak blisko.

„Spóźnione odwiedziny” to tylko rozmowa. W zasadzie bez scenografii (ale ta scenografia jest przecież fantastyczna). Dialog, gadanie, rzygi, spazmy, histerie, złości, nienawiści. I skurcz w przełyku, ale taki, na który naprawdę nie ma remedium.

Bo był sobie chłopiec. Miał imię, miał nazwisko. Może malował paznokcie, może chodził w stringach. Na pewno się zabił. I teraz, jego rodzice, a także rodzice chłopca który przyszedł z nimi, przychodzą żeby rozmówić się ze sobą, z losem, z tą tragedią. Zacementować wyrzuty sumienia. Przyjąć konfesję.

Nie chcę pisać zbyt wiele, bo chciałbym żebyście to zobaczyli przede wszystkim dla Dominiki Bednarczyk. Dominika zagrała w prawie wszystkich krakowskich przedstawieniach Iwony Kempy, a chciałbym, żeby w ogóle grała we wszystkich jej spektaklach. Nie wiem na czym polega, na jakimś tajemnym być może artystycznym kodzie genetycznym, ale zawsze, zawsze u Kempy Bednarczyk rozkwita, a teatr Kempy rozkwita w Bednarczyk. A w tym przedstawieniu jeszcze chyba mocniej, chociaż akurat termin rozkwit to nie jest właściwe określenie. Chodzi właśnie o przekwit, o więdnięcie. O rewoltę z zaklejonymi ustami.

Matka więdnie, i kobieta więdnie, bo zdiagnozowała ból, więdnie bo brzydzi się hejtem, homofobią, bo to wszystko właśnie zabrało jej syna, bo nie da się tutaj żyć, jeść, spać. Bo w tym kraju nic się już nie da.

Dominika mówi nam to wszystko. A Iwona Kempa pozwala jej powiedzieć, pozwala zagrać.

Obok Jacka Poniedziałka w „Powrocie z Reims” dla mnie to najwybitniejsza kreacja tego sezonu.

Tytuł oryginalny

Z FOTELA ŁUKASZA MACIEJEWSKIEGO: KEMPA / BEDNARCZYK. ZWYCIĘSTWO

Źródło:

AICT Polska
Link do źródła