23.09.2020, 16:21 Wersja do druku

Ten Bowie nam się należał

mat. teatru

Musical „Lazarus” – ostatnie, obok płyty „Blackstar”, dzieło Davida Bowiego – można od 26 września oglądać we wrocławskim Teatrze Capitol. Reżyser Jan Klata uważa, że pandemia i polityka nadają mu nowy kontekst.

Fabuła „Lazarusa", w którą wplecione zostało 18 piosenek Bowiego, opowiada o kosmicie, który przybył na Ziemię z misją znalezienia ratunku dla pozostawionej na pustynniejącej planecie - domu rodziny. Ale utknął w Ameryce, wegetuje w luksusowym apartamencie, odizolowany od świata, zamknięty we własnej głowie, we wspomnieniach i marzeniach o ucieczce w gwiazdy, choćby jego rakieta miała być jednocześnie jego trumną.

Jan Klata podczas prób nad musicalem we wrocławskim Capitolu zauważa wiele analogii do naszej rzeczywistości. - Sytuacja polityczno-społeczna zmierza w takim kierunku, tak nam tu wszystko brunatnieje, że surrealistyczna wizja, żeby się z tej naszej cudownej Polski wystrzelić w kosmos, przynosi pewną ulgę, żeby nie powiedzieć nadzieję - ironizuje. A poważniej dodaje: - Bowie i Enda Walsh stworzyli sytuację izolacyjną, opowiadają o abdykacji z bycia w relacjach z innymi osobami, pogrążaniu się w wielopiętrowych wizjach. I o próbach przełamywania tego potem, o irracjonalnym, wydawałoby się, pragnieniu, żeby zbudować rakietę i wrócić do siebie, [jeszcze na dodatek, żeby tam, gdzie się wróci, nie zastać totalnej ekologicznej katastrofy, nie zobaczyć swoich bliskich wysuszonych na wiórek. Klata- nazywany didżejem polskiego teatru, bo swoją metodę reżyserską nazywa „skreczowaniem mentalnym", a muzyka w jego spektaklach odgrywa tak wielką rolę, że czasem można je wziąć za rozciągnięte wideoklipy - jest wielkim fanem Bowiego. „Lazarus" to jego drugie podejście do spotkania z tym artystą. - To było w środku mojego pięcio- czy sześcioletniego okresu bezrobocia po studiach - wspomina. - Gruchnęła wiadomość, że David Bowie przyjedzie po raz pierwszy do Polski, Był 1997 r., Bowie był po płycie „1. Outside", w świetnej formie. Koncert miał być w Gdańsku, jakimś cudem uzbierałem na bilet, ale szybko mi oddali pieniądze, bo koncert został odwołany z powodu nikłego zainteresowania publiczności. Jeśli ten Bowie ma się pojawić w Polsce 26 września trudnego bardzo roku 2020, będzie to coś nie tylko unikatowego, ale od dawna nam się należącego - tłumaczy.

Sprzedaż biletów mimo pandemii idzie tym razem dobrze. - Publiczność wychodzi chyba z tego samego założenia, co Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, że dobry artysta to martwy artysta - komentuje Klata w swoim stylu. I dodaje, że z Marcinem Czarnikiem, odtwórcą głównej roli, czytają i oglądają teraz wszystko, co dotyczy Bowiego i trafili między innymi na wywiad, którego artysta udzielił na kilka lat przed śmiercią. - Poproszony o wskazanie jednej cechy, która by go definiowała, wskazał ciekawość. Ciekawość nowego. Podzielam to ciągle jeszcze i oby jak najdłużej. I jest to jakoś fascynujące, że robimy jedno z jego ostatnich dzieł w czasach, gdy w naszym kraju ciekawość czegokolwiek nowego stała się niezwykle podejrzana.

David z Marsa
„Lazarus", dzieło po raz pierwszy zagrane pięć lat temu i od tego czasu wystawione już w kilkunastu teatrach na całym świecie, ma dłuższą historię, a nawet dwie.

Pierwsza zaczyna się w 1976 r., gdy David Bowie wciela się w Thomasa Jerome'a Newtona w filmie „Człowiek, który spadł na Ziemię" w reż. Nicolasa Roega, ekranizacji książki Waltera Tevisa z początku lat 60. Rolę dostał „po warunkach". Newton jest kosmitą wessanym przez amerykański kapitalizm i dekadencję, a Bowie kilka lat wcześniej, na potrzeby płyty „The Rise and Fali of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars", stworzył personę androgynicznego kosmity z rudymi włosami, który przybywa na Ziemię, aby stać się gwiazdą rocka i nieść przesłanie miłości i pokoju. Tytułowy Ziggy poniósł wprawdzie klęskę, pogrążając się w uzależnieniach i gwiazdorskim stylu życia, za to sama płyta okazała się wielkim sukcesem, do dziś pojawia się wzestawieniach najważniejszych albumów wszech czasów. Ale Bowie ledwo rok po premierze oznajmił fanom: „Ziggy jedzie do Ameryki", zamknął projekt i zmienił image.

Nie miał dużego doświadczenia aktorskiego, więc-jak mówił w wywiadach - przerzucił na ekran postać, którą sam wtedy był, człowieka wyalienowanego. Film wzbudza mieszane uczucia, ale Bowie jest tam magnetyczny. Sam uważał, że sukces w roli postaci, której osobowość dosłownie rozpada się przed kamerą, zawdzięcza po części temu, że każdego dnia zdjęciowego wciągał 10 gramów kokainy...

O powrocie do postaci Newtona Bowie musiał myśleć od dawna. Już w 2005 r. podrzucił Robertowi Foxowi,  brytyjskiemu producentowi teatralnemu, z którym się od lat przyjaźnił, książkę Tevisa. Konkretne rozmowy zaczęli jednak dopiero osiem lat później. Wspólnie zatrudnili Endę Walsha, irlandzkiego dramatopisarza i scenarzystę, którego znakiem rozpoznawczym są bohaterowie żyjący we własnych światach, tworzonych, by uśmierzyć poczucie samotności i alienacji właśnie. Bowie dał mu do wyboru 69 swoich piosenek i cztery strony notatek, ale szybko się wciągnął w pracę, kolejne sceny pisali wspólnie, na początku w studiu w Nowym Jorku, potem w mailach i przez Skype.

Reżyserię powierzyli Ivo van Hove, szefowi Toneelgroep Amsterdam i reżyserskiej gwieździe scen Londynu i Nowego Jorku, twórcy teatru ascetycznego i nowoczesnego, przesiąkniętego doświadczeniem samotności, alienacji i bólu. Główną rolę zagrał i świetnie zaśpiewał Michael C. Hall, fanom seriali znany z roli Dextera, seryjnego zabójcy seryjnych zabójców, a widowni Broadwayu - z kreacji drąg queen w musicalu „Hedwig and the Angry Inch" („Cal do szczęścia"). „Ludzie zdali sobie sprawę, jaki ma zabójczy głos" - chwalił go grą słówWalsh w BBC. I tłumaczył: „Postrzegaliśmy z Davidem ten musical jako rodzaj dziwnego albumu, eliptycznego i niejasnego".

Blisko Bergmana
To ostatnie na pewno się udało, przynajmniej sądząc z recenzji. Krytycy po obu stronach Atlantyku próbowali uchwycić fabułę: „Pretensjonalne bzdety" i „nonsens na szczudłach" („The Times"), „świetnie brzmiący, świetnie wyglądający i wprawiający mózg w odrętwienie" („The New York Times"), „po części historia SF, po części koncert rockowy, po części instalacja wideo, po części studium alienacji", które „alienuje widza" („Guardian"). Ale nie brakowało też opinii, że „Prawdziwy musical Bowiego nigdy nie będzie łatwy do uchwycenia i wyjaśnienia" - „Grease" czy „Mamma Mia!" to to nie jest, bo i w przypadku tego artysty być nie mogło („Financial Times").

Reżyser Ivo van Hove był zdziwiony reakcjami krytyków. Tłumaczył w „Guardianie": „Nie było tam niczego, czego bym nie zrozumiał. Natychmiast złapałem sens całości jako sztuki egzystencjalnej, o człowieku, który jest żywym trupem, bez końca opłakuje miłość swojego życia i zastanawia się, jaki jest sens tego wszystkiego. To nie takie odległe od Bergmana, który, choć totalnie różny od Bowiego, też zadaje pytania egzystencjalne".

Premiera „Lazarusa" odbyła się w off-broadwayowskim The New York Theatre Workshop 7 grudnia 2015 r. Druga historia tego dzieła zacznie się miesiąc i trzy dni później. David Bowie przybył na premierę i było to, jak się miało okazać, jego ostatnie publiczne pojawienie się. Zmarł 10 stycznia 2016 r., dwa dni po swoich 69. urodzinach, w które wyszła jego ostatnia, 25. płyta „Blackstar". Z „Lazarusem" łączą ją cztery piosenki, w tym tytułowy utwór, do którego powstał niesamowity, przejmujący wideoklip, z Bowiem na szpitalnym łóżku, z obwiązanymi bandażem oczami i guzikami na nich, wspominającym minione, królewskie życie. Zaczyna się od słów: „Lookup here, I'm in heaven/ I'Ve got scars that can't be seen / I've got drama can't be stolen/ Everybody knows me now" („Spójrzcie w górę, jestem w niebie/ Niewidoczne blizny mam/ Dramatyzmu nikt mi nie odbierze/ Każdy teraz mnie zna") – w polskiej wersji musicalu zachowano oryginalne brzmienie tekstów.

Pożegnalne prezenty
Śmierć Bowiego była szokiem, o jego trwających półtora roku zmaganiach z rakiem wątroby wiedzieli tylko najbliżsi. Ivo van Hove o chorobie dowiedział się na rok przed śmiercią Bowiego, artysta próby do spektaklu oglądał przez internet, w sali stała kamera - okazał się prekursorem pracy zdalnej. „Był jednak pełen wewnętrznej energii. Po zakończeniu pracy nad musicalem powiedział: Zróbmy jeszcze jeden! Widziałem, że miał łzy w oczach. Raczej nie okazywał emocji, ale było widać, że okropnie się boi" - mówił van Hove holenderskiemu portalowi Nos.nl.

Śmierć Bowiego nadała nowy kontekst i „Lazarusowi", i przyjętej z entuzjazmem jako nowatorska płycie „Blackstar". Stały się „pożegnalnym prezentem" artysty, rodzajem testamentu. Nie zmieniły tego nieliczne świadectwa próbujące zniuansować sprawę. Jak to Johana Rencka, reżysera klipu do „Lazarusa" - że artysta o tym, że leczenie nie działa, dowiedział się późno, podczas kręcenia teledysku, do którego scenariusz napisali razem na długo przed wejściem na plan. I to Renck miał wpaść na pomysł położenia Bowiego w łóżku.

Sam artysta już za to na pewno wyreżyserował swoje odejście. Czyli brak pogrzebu, nawet dla najbliższych, i brak grobu (życzeniem artysty, wyrażonym w testamencie, było rozsypanie jego prochów na Bali). Kosmita odleciał w kosmos, nawet jeśli rakieta miała być trumną. A może został wskrzeszony jak Łazarz?

Klatę, zafascynowanego Biblią na równi z muzyką, nurtuje cała symbolika związana z Łazarzem, z jego wskrzeszeniem, i to, jak ograł ją w swoim pożegnaniu Bowie: - On nie był wprost osobą religijną, ale był bardzo zaangażowany w poszukiwania metafizyczne. Był pionierem nie tylko „Space Oddity", ale też nurtów, które zajmowały się głodem niebios, nieskończoności - czegoś, co jest po drugiej stronie. I absolutnie fascynujący jest dla mnie sposób, w jaki on odpowiedział na osobistą tragedię, jak wyreżyserował swoją śmierć. Kiedy zapada na niego wyrok, to nie zadowala się kolejną składanką the best off nie planuje hucznego pogrzebu w Alei Zasłużonych, tylko obsesyjnie pracuje nad płytą „Blackstar", która jest zupełnie inna niż dotąd nagrane, czyli wyrusza w nieznane, i nad musicalem zatytułowanym „Lazarus". I to też przecież nie jest przypadek, że ostatnie jego pojawienie się publiczne miało miejsce właśnie na nowojorskiej premierze „Lazarusa".

- Co się stało z Dauidem Bowiem? - zastanawia się Klata. - Był pogrzeb? Nie było. Nie wiemy, jakieś przekazy sąwteledyskach, na płycie „Blackstar" i w „Lazarusie". Czy przyjedzie do nas na premierę? Oby, mam nadzieję.

Tytuł oryginalny

Ten Bowie nam się należał

Źródło:

Polityka nr 39

Autor:

Aneta Kyzioł

Tematy w toku