Logo
Recenzje

Zupełnie inna bajka

21.01.2026, 11:32 Wersja do druku

„Złe baśnie” w adaptacji i reż. Marcina Libera we Wrocławskim Teatrze Pantomimy. Pisze Anna Jazgarska w dwutygodniku.com.

fot. mat. teatru

Przedstawienie Marcina Libera we Wrocławskim Teatrze Pantomimy poniekąd zaczyna się od końca, i to w wersji slasherowej: gwałtownego i brutalnego. Scenografia i światła projektu Mirka Kaczmarka zabudowują przepastną salę Centrum Sztuk Performatywnych krajobrazem w stylu gore. Patrzymy na klisze jak z horroru – fragment wykafelkowanej, pomazanej krwią rzeźni (prosektorium?) przechodzi niepostrzeżenie w terytorium natury, nasączonej i oblanej krwią w niemal każdym zakamarku, niepokojącej przez powalone drzewo, ciało bezgłowego zwierzęcia i potężną skałę. Jednak najbardziej przerażające miejsce tej teatralnej opowieści skomponujemy sobie sami. „Nie musisz zaczynać od początku” – dodaje nam otuchy głos z offu. Można od końca, nawet tego najtrudniejszego do opowiedzenia. Tego najstraszniejszego.

Naczekaliśmy się na Marcina Libera w Teatrze Pantomimy. Ja nie mam wątpliwości: było warto. ⁠„Złe baśnie” to jego autorska adaptacja utworów Wilhelma i Jacoba Grimmów w mistrzowskim tłumaczeniu Elizy Pieciul-Karmińskiej. Trudno uwierzyć, ale słynny zbiór „Kinder- und Hausmärchen”, opublikowany w dwóch tomach (pierwszy w 1812 roku, drugi w 1815) i wbrew tytułowi przeznaczony dla dorosłych czytelników, został wydany w Polsce zaledwie chwilę temu. Dlatego „Baśnie braci Grimm” to w naszej kulturze przede wszystkim pouczające najmłodszych fantastyczne opowiastki z dreszczykiem – dalekie od swojego literackiego pierwowzoru, ocenzurowane i oswojone. „Żyli długo i szczęśliwie, póki nie umarli. Nieznane baśnie braci Grimm” (w przekładzie Elizy Pieciul-Karmińskiej) z 2023 roku to wybór pięćdziesięciu znakomicie zilustrowanych przez Michalinę Jurczyk tekstów, które układają się w folkowo-horrorowe panoptikum: bizarne i dziwnie niewygodne, bo pozbawione tej – jak nas przyzwyczajono – przyrodzonej baśniom otuchy.

Marcin Liber wyciągnął z tomu zaledwie kilka opowieści. Linia fabularna przedstawienia opiera się na brutalnej, momentami zaskakująco epickiej „Dziewczynie bez rąk”, której poszczególne fragmenty przeplatane są drobniejszymi historiami. Baśni, której rola w uruchamianiu świata tej teatralnej opowieści jest niezaprzeczalna, towarzyszą tu niemal równorzędnie dwa inne narracyjno-estetyczne porządki. Pierwszy z nich to wspomniane już terytorium współczesnego horroru, a głównie jego najbardziej krwawe i najmniej finezyjne fabularnie (pod)gatunki, jak właśnie gore czy slasher. Drugi to muzyka metalowa. Sedno ⁠„Złych baśni” to ścisły, choć nierzadko zaskakujący swoją dynamiką związek tych trzech potencjałów.

Na początku przedstawienia na scenę zostaje wprowadzony niemal cały aktorsko-performerski zespół (Artur Borkowski, Izabela Cześniewicz, Agnieszka Dziewa, Paulina Jóźwin, Jan Kochanowski, Sandra Kromer-Gorzelewska, Agnieszka Kulińska, Eloy Moreno Gallego, Karolina Pewińska, Jakub Pewiński, Monika Rostecka, Krzysztof Szczepańczyk), któremu towarzyszą muzycy zespołu THVN (Marcel Pociecha, Jarosław Jazienicki, Michał Jarosz, Marceli Hryniewicki i Maciej Rzońca). Występującego gościnnie dziecięcego aktora, Adama Gorzelewskiego, zobaczymy dopiero w ostatnich scenach, z kolei Julia Totoszko pozostanie poza zasięgiem naszego wzroku – jej dochodzący z offu głos poprowadzi nas krętymi ścieżkami „złych baśni”.

W tym inicjalnym fragmencie przedstawienia jego naczelną postacią może wydawać się ta, którą kreuje Jan Kochanowski. Upiorny dyrygent, trochę Ozzy Osbourne, trochę Hans Christian Andersen sfilmowany przez George’a A. Romero, zarządza tłumem zebranych na scenie postaci – masą w czarno-szarych strojach metalowców, z wymalowanymi groteskowo twarzami. Po odśpiewaniu wymuszonego przez wodzireja chorału tłum rozbija się na dwie części: pięć postaci zajmuje miejsce przy instrumentach w głębi sceny, reszta pozostaje na pierwszym planie.

Ten układ nie jest na stałe, bo członkowie zespołu THVN to tutaj bardziej performerzy niż muzycy. Wykonywane przez nich na żywo utwory bywają momentami wytchnienia, ale czasem całkowicie przejmują narrację – zwłaszcza wtedy, gdy sceniczne języki wyczerpują swoje możliwości opowiedzenia o doświadczeniu portretowanych postaci. Maksymalnie głośna, wibrująca muzyka THVN (przed przedstawieniem otrzymujemy stopery) oszałamia i nieustannie przypomina, e mamy tu do czynienia z opowieścią wydobywającą się nie z poziomu głowy, lecz z trzewi. I tak też należy ją czytać.

Ognisko jako miejsce wspólnotowego storytellingu, koncertowa sala czy upiorny las, w którym dzieje się „baśń” – Marcin Liber miesza ze sobą porządki, które zasadniczo łączy jedno. Wszystkie oparte są na tym, co organiczne, co najbardziej prymarne dla naszego człowieczego trwania. Na tym, co jest „z ciała” i co nie podlega intelektualnym kalkulacjom. Jak głód i pragnienie czy jak strach, rozpoznający to, co groźne i szkodliwe. Jak odwet za doznane cierpienie. ⁠„Złe baśnie” to opowieść o doświadczeniu – pierwszym i najciemniejszym, ale badanym niemal wyłącznie w kontekście tego, co namacalne. Ociekający krwią krajobraz z dziecięcego koszmaru, w którym Liber rozpisuje swoje opowieści, to miejsce dezaktywujące wszystkie obronne strategie – wolne od intelektualizacji, projekcji, przyjmujące na powrót to, co wyparte.

Tu, w tym krwawym lesie, ożywają zapomniane historie cierpienia, paraliżującego strachu i upodlającej niesprawiedliwości. Mroczne, brutalne, często oporne wobec sprawiedliwego finału. Ale konfrontacja z nimi niesie ulgę, nawet jeśli jest to ulga skrwawionego, wycelowanego w twarz oprawcy środkowego palca. „Szatan to szmata, kurwa garbata” – śmieszno-straszna rymowanka to czasem jedyny oręż w nierównej walce. Mało skuteczny, ale choć na chwilę dający ukojenie i rozmasowujący śmiechem bolący ze strachu brzuch.

Inscenizacyjne pomysły Libera budują opowieść efektowną na planie formy i podstępną w sferze znaczeń – łatwo się tu zgubić, zagapić, jeszcze łatwiej dać się zwieść nadziei na happy end, który obiecały nam cukierkowe, dyscyplinujące wyobraźnię opowiastki z dzieciństwa. Ale to nie ta historia. Tu nie ma pomocników, bo magiczne zwierzęta oskórowano, a elfom oderżnięto dłonie. Trzeba radzić sobie samemu, a droga do samostanowienia jest długa i skomplikowana, jak przekonuje główna linia fabularna ⁠„Złych baśni” – rzecz o sprzedanej diabłu dziewczynie. Liber przedstawia nam ją w częściach, bez skrupułów obrazując przemoc, której doświadcza bohaterka. Dziewczyna, grana wspaniale przez Karolinę Pewińską, brnie przez kolejne stacje swojej makabrycznej historii, w której cierpienie miesza się z momentami dziwacznej, ponadlimitowej chwały. Finał losów córki młynarza – niepostrzeżenie wymykający się nadrzędnej tu „cudowności” – staje się w pewnym sensie poruszającym, może nawet nieco nostalgicznym, zwieńczeniem wszystkich pozostałych historii.

Ten moment i demontująca makabrę nuta nieoczywistej tęsknoty to niejedyna taka chwila w przedstawieniu Libera. Gestów rozbijania głównej konwencji humorem czy melancholią jest sporo, mam wrażenie, że paradoksalnie w dużej mierze wynikają one z sięgnięcia po narzędzia czy inspiracje z obszaru współczesnego filmowego horroru. Ten najlepszy nigdy nie opiera się przecież na absolutnej powadze wobec swojej historii – zawsze subtelnie podaje ją w wątpliwość, (auto)ironizując czy rozwarstwiając. Sięgniecie w ⁠„Złych baśniach” do przepastnych zasobów współczesnej kinowo-telewizyjnej grozy powoduje również, że poszczególne historie obrastają uwspółcześniającymi je obrazami masowej wyobraźni, i to o dość konkretnych konotacjach. Płonąca za karę matka jest jak dmuchany skydancer z przydrożnej stacji benzynowej, a kanibalistyczna uczta przywodzi na myśl apokaliptyczne zombie stories, także te mniej oczywiste, jak u Luki Guadagniniego. A stąd niewielki krok do kolejnych obrazów z dzieciństwa, tylko na pozór innych od soczystości i mroku lasów z baśni Grimmów – zakurzonych, kartonowo-biednych krajobrazów z niespełnionych snów o wolności, którymi karmiła nas popkultura ostatniego przełomu wieków.

Te wszystkie nadpisania, wyimki czy nawiasy, które Marcin Liber wkomponowuje w swoją teatralną opowieść, nie przeciążają i nie rozdrabniają całości, która swoją istotę manifestuje już na poziomie samego tytułu. „Złe baśnie” to książki antyzbójeckie, to żywioł, który zespół Pantomimy opowiada z najwyższą energią. Liber buduje swoje przedstawienie na styku teatru dramatycznego, pantomimy i koncertu. Słowo, ruch i dźwięk mają tutaj równy udział w budowaniu całej narracji, choć wielokrotnie podlegają rozmaitym przesunięciom. Doskonale widać to na poziomie ruchu, który skomponowały Paulina Jaksim i Katarzyna Kulmińska (Hashimotowiksa). Łączy on tradycyjną pantomimę, żywiołowość koncertowej kotłowaniny i przerysowaną choreografię kinowego horroru. Zbiorowe, bardzo efektowne układy przeplatają się z fragmentami solowymi, które czasem nieoczekiwanie rozrastają się w osobne mikroopowiastki – jak historia o uciętych dłoniach (Karolina Pewińska) czy opowieść o jaskiniowym elfie (Eloy Moreno Gallego). Przekonuje pomysł na wprowadzenie słowa – poszczególne postaci wypowiadają swoje kwestie bezgłośnie, a dźwięk nadaje im delikatny, dziecięcy głos Julii Totoszko, który słyszymy z offu. Ten zabieg podbija makabryczny, „nawiedzony” charakter całości, ale i dotyka korzeni ludowej baśni i jej tradycyjnej oralności.

Finał ⁠„Złych baśni” zaskakuje i cieszy jak plot twist w dobrym horrorze. Nagle okazuje się, że krajobrazy kolejnych makabresek doprowadziły nas do punktu wyjścia. A może nigdy z niego nie wyszliśmy? Reżyser niespodziewanie przegląda w sobie dwie baśniowe opowieści, z pozoru nie tylko dalekie, ale i w pewnym sensie opozycyjne. To zestawienie jasno pokazuje, jak to, co ma programowo chronić, może okazać się narzędziem opresji – wymuszającym milczenie, narzucającym własną perspektywę. Dyndający na wstążeczce kluczyk, zapomniany, zagubiony na dróżkach kolejnych „baśni” artefakt, czeka, słyszymy. Podobnie jak mrok zamknięty za zakluczonymi nim drzwiami. W zakończeniu przedstawienia wspólnie pozdrawiamy tę ciemność, znanymi dobrze, oswajającymi słowami. Ale już to, co każdy z nas w niej dostrzega, jest kwestią bardzo indywidualną. I zupełnie inną bajką.

Tytuł oryginalny

Zupełnie inna bajka

Źródło:

dwutygodnik.com

Link do źródła

Sprawdź także