„Immanuel Kant” Thomasa Bernharda w reż. Agnieszki Olsten w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu na XLV Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Grzegorz Kondrasiuk w „Do Rzeczy”.
Bernhard. Mało kto tyka się dziś tego autora. Może dlatego, że ciężko się czyta książki i wyłapuje teatralne sensy po Krystianie Lupie? Agnieszka Olsten i ekipa pracująca w wałbrzyskim „Szaniawskim", biorąc się do „Immanuela Kanta", nie przestraszyli się obu tych wielkości, autora i reżysera - wielkiego bernhardoznawcy. Nie są też bynajmniej pozbawieni poglądów, mają swoje obsesje, na czele z jakże częstym dziś katastrofizmem klimatycznym.
Wskazuje na to jasny w wymowie pomysł scenograficzny. Wchodzimy tu do świata „po", wypełnionego szczątkami, śmieciami. Nad statkiem, który tu jest raczej byle jak skleconą tratwą, wisi rybacka sieć przepełniona plastikowymi butelkami i innymi odpadami. To pierwsza duża korekta w stosunku do dramatu, który wszak ma się dziać na luksusowym transatlantyku. A poza tym tytułową postać gra aktorka. Zapowiada się więc na nudne i przewidywalne, słusznościowe wypracowanie „na temat". Idąc do teatru, ryzykujemy dziś nader często spotkanie z takimi, pisanymi na scenie, wypracowaniami. Pozornie na temat wystawianego tekstu, a tak naprawdę odsłaniającymi wyłącznie poglądy i filtry, za pomocą których postrzegają świat twórcy przedstawienia.
U Olsten te dwa wspomniane inscenizacyjne pomysły są rzucone lekko, ot tak, pozostawione jako podtekst, podczas gdy resztę dramatu gra się tak, jak autor przykazał. Do tego dochodzi wyrafinowany, lekki ton, w który trafiają bezbłędnie wszyscy aktorzy. Grają Bernharda tak, jak chyba się grać go powinno, z powagą traktując generowany przez postaci konwersacyjny, towarzyski bełkot. Powstaje z tego dziwna zabawa w teatr buffo, z poważnym podtekstem, ujawnianym stopniowo i bez zadęcia. Taka formuła sprawia, że naprawdę zaczynamy się zastanawiać, o czym autor pisał i jak to się ma do współczesnych zagadnień. Zwłaszcza że fabuła nie należy do szczególnie zajmujących, bo u tego autora, jak wiadomo, co innego jest gwoździem programu: dialog skrzący się mikrosentencjami i nieco zgniły humor, za którym kryje się dogłębnie przemyślana diagnoza świata w kryzysie.
Tytułowa postać jest ośmieszającym się bez przerwy nieznośnym, kostycznym tetrykiem. Zabieg autorski dość czytelny: skoro to jest najważniejszy filozof naszego świata, to jaki jest ten świat? Agnieszka Kwietniewska tego bernhardowskiego, na wpół ślepego Kanta gra mocno, bezbłędnie, bez zbędnego przerysowania, nie ośmieszając go dodatkowo. Sprawia, że myśli jak sztylety ukryte pomiędzy zrzędzeniem starego idioty („Ludzkość oszalała", „Niczego się już nie boi prócz samej siebie", „Dopuściła się zdrady") wybrzmiewają z całą mocą. Nie zestarzały się te tyrady i przeciwko cywilizacji cierpiąicej nieuleczalnie na hipokryzję, niedającej się naprawić, działającej w myśl zasady: „Im gorzej, tym lepiej".