07.01.2021, 16:38 Wersja do druku

Ze śmiercią im do twarzy

"Potop" wg Henryka Sienkiewicza w reż. Jakuba Roszkowskiego w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze  Tomasz Domagała, członek Komisji Artystycznej VI Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”.

fot. Przemysław Jendroska

Gdy wchodzimy na widownię sceny w Galerii, otwiera się przed nami przestrzeń niczym z horroru. Tylna, jasna ściana z otworami, w których będą się chować bądź pojawiać bohaterowie, pokryta jest wielkimi, czerwonymi plamami i zaciekami, wyglądającymi na efekty jakiejś dopiero co zakończonej monstrualnej rzezi. Na podłodze widzimy podobne zaschnięte ślady krwi, pod ścianą zaś stoi szereg trumien, które wraz ze ścianą stanowią efektowną scenografię Mirka Kaczmarka.

Na scenie siedzi Oleńka Billewiczówna (Klara Broda) w niezbyt czystym (eufemizm) kostiumie, wyglądającym na taki „z epoki”, z boku zaś wychodzi jej ciotka, Franciszka Kulwiecówna (Anna Kadulska) z całkiem współczesnym mopem i zaczyna nim wycierać podłogę, w kilku słowach streszczając nam wydarzenia, których efektem jest ta upiorna przestrzeń: „wojna, Moskwa, Kozacy, cała Polska wschodnia w ogniu”. Mop jest w tej sytuacji elementem wprowadzającym współczesny kontekst: gdy bowiem przypatrzeć się scenicznej narracji Roszkowskiego bliżej, opis sytuacji podany nam przez Kulwiecównę pasuje jak ulał do naszej, symbolizowanej przez mop, rzeczywistości: „wojna, komuna, Ukraina, Kraśnik jako stolica wojny narodowych wartości ze zgniłym Zachodem”.

Opowieść ta zatem toczyć się będzie na dwóch równoległych poziomach: historycznym i współczesnym, napięcie zaś będą się starali twórcy spektaklu zbudować na ich styku, żeniąc sienkiewiczowską fabułę z produktami współczesnej popkultury. Wychodzi to różnie – raz świeżo i intrygująco, innym razem na poziomie „sucharu”, ale o tym za chwilę.
Oleńka zaczyna śpiewać piosenkę Edmunda Fettinga  Nim wstanie dzień, stanowiącą temat główny filmu Jerzego Hoffmana oraz Edwarda Skórzewskiego Prawo i pięść. Gdy się wsłuchać w jej słowa, obraz tego, co widzimy na scenie, zaczyna się układać w całość: „Słońce przytuli nas do swych rąk / I spójrz: ziemia ciężka od krwi / Znowu urodzi nam zboża łan”. Wiek XVII, o którym mowa w powieści, to wiek ciągłych wojen i rzezi. Jedna z nich właśnie się zakończyła, następna już czeka w kolejce. Młoda dziewczyna, która dopiero co została sierotą, śpiewa piosenkę o nowym ładzie (pierwotnie jej słowa dotyczą nowego świata po 1945), ale my już wiemy, że to mrzonki, piosenka zaś Fettinga staje się drwiną z opowieści, która niczym burza przetoczy się po przedstawianym w spektaklu Roszkowskiego kraju tu i teraz, przed naszymi oczami, na katowickiej scenie.

Kulwiecówna zapowiada Oleńce gościa, a zarazem głównego bohatera opowieści: trumny otwierają się i oto Kmicic (Michał Rolnicki) wraz ze swoją drużyną (w kostiumach niemal sztywnych od brudu i krwi) staje przed swoją „papierową” jeszcze narzeczoną i przed nami w pełnej krasie. Pojawienie się owych sienkiewiczowskich zombie nie tylko podkreśla status przedstawionego świata, ale też zakreśla pola głównych narracji przedstawienia - tej zapisanej w historii Kmicica i Oleńki, tej skonstruowanej na bazie pewnego popartu, stworzonego wokół powieści i tej odreżyserskiej, może najciekawszej, bo opartej na zderzeniu naturalistycznej, wręcz werystycznej konwencji z popkulturą.

To zderzenie jest niezwykle interesujące, gdyż po przystawieniu na zasadzie luster tych trzech głównych narracji, jedna przegląda się w drugiej, wyolbrzymiając tę, którą odbija. Będzie więc śmiesznie, choć gdy czasem do człowieka dociera, że świat, który nam się w taki „klawy” sposób opowiada, był/jest miejscem okrucieństwa, bezwzględności i przemocy, śmiech więźnie w gardle. Niezbyt to dobre i miłe świadectwo, wystawione naszej unurzanej we krwi polskości, której upiorna wizja zdaje się znów, niczym zombie powracać niepostrzeżenie do naszego kanonu cnót narodowych. Ubocznym efektem takiego pomysłu na Potop jest oczywiście krytyczne spojrzenie na romantyczny, dziewiętnastowieczny paradygmat, podbity i ukrwiony mocno przez sienkiewiczowskie powieści pisane ku pokrzepieniu serc.

Sienkiewicz wskrzeszał siedemnastowieczne „wampiry”, by walczyły o Polskę, ukazując jednocześnie zwycięstwo naszych narodowych cnót nad narodowymi przywarami. Roszkowski wskrzesza owe „wampiry”, żeby pokazać, jak szybko dobierają się one do naszych szyj, jak sprawnie przegryzają nasze tętnice, a wszystko rzecz jasna ku chwale ojczyzny i tradycji. Czy nie brzmi to swojsko i znajomo?

fot. Przemysław Jendroska

Owo wskrzeszenie umarłych bohaterów podlane jest wiązanką przebojów, z którymi kojarzą się twórcom (głównie reżyserowi i twórcy muzyki, Dominikowi Strycharskiemu) kluczowe, kultowe wręcz sceny z Potopu, czego przykładem słynna (z powieści i z filmu) scena kuligu, tu okraszona szlagierem Skaldów. Genialna jest też scena, w której Matka Boska (Anna Kadulska) utula w swoich ramionach Kmicica, śpiewającego piosenkę Agnieszki Osieckiej „Na zakręcie”.

Piosenki te raz pasują, raz są trochę wydumane (np. Barka), ale na pewno wprowadzają lekko ironiczny ton i są łącznikiem z tym, co za oknem. Dobrym tego przykładem jest wprowadzenie tematu szwedzkiego ataku na Polskę przy pomocy scenicznej wersji Dancing Queen Abby. Szwecja w tym ujęciu dziwnie znajomo kojarzy się z lewacką, kolorową, zachodnią „cywilizacją śmierci”. I dobrze, łatwo bowiem odnaleźć sens zabiegów reżyserskich i całej koncepcji.

Czy można zatem powiedzieć, że w Katowicach powstało arcydzieło teatru? Niestety, nie. Nie ma się jednak co smucić. Powstał bardzo dobry spektakl rozrywkowy, świeża i energetyczna adaptacja zmurszałej i trącącej już myszką szkolnej lektury, do tego atrakcyjna wizualnie i treściowo. Powody, dla których katowicki Potop jest tylko spektaklem dobrym, widzę dwa. Brak konsekwentnego pomysłu na narratora tej opowieści oraz mielizna, na jakiej osiada spektakl tuż po ograniu trumien.

Zacznijmy od narratora: na początku myślałem, że jest nią ciotka Kulwiecówna, grająca ją bowiem Anna Kadulska staje się potem Matką Boską czy królem Janem Kazimierzem. W finale jednak nie następuje jakaś jej epifania. Kadulska kończy grać króla i znika. Inni aktorzy też grają różne role, na przykład Mateusz Znaniecki, Marcin Gaweł czy Antoni Gryzik, w związku z tym ja, odbiorca, widzę, że narratorem tej opowieści jest jakaś grupa aktorów. To stwierdzenie samo w sobie jest zarzutem, bo jeśli z jakichś względów Roszkowski nie mógł sobie pozwolić na większą obsadę, należało wymyślić strukturę spektaklu tak, żebym tych aktorów, przebierających się w różne postaci, nie widział.

Oczywiście, w takiej sytuacji otwiera się pole możliwości zbudowania kolejnego poziomu narracji. Można było ustalić, że ten spektakl opowiadają nam na przykład kobiety, tym bardziej, że nie leżą w trumnach itd… Bez tego opowieść Roszkowskiego – choć wielowątkowa – wydaje się płaska.

Drugim niedociągnięciem spektaklu jest pułapka trumien, które są niezwykle spektakularne i efektowne, ale – wystawione na nasz „widzowski” żer zbyt szybko, od początku niejako – ze sceny na scenę tracą swój wywrotowy potencjał. Od pewnego momentu odhaczałem tylko kolejne reżyserskie pomysły na trumny (typu: „co jeszcze można z nimi zrobić, i gdzie je wrzucić, żeby ożyły”), stały się one bowiem zgranym rekwizytem, zawalającą scenę kupą drewna. Ich narracja (mają taką, a jakże!) nie została też w spektaklu niestety spuentowana, ot, gadżet-trumna. Może się czepiam, ale to dlatego, że widzę, ile pracy i twórczej energii włożyli artyści w przygotowanie tej premiery, chciałbym więc dać im krytyczny feedback.

Znakomita jest za to adaptacja Roszkowskiego, choć już dobór piosenek czasami wydaje się na siłę. Muzycznie to oczywiście mistrzostwo, Strycharski to przecież wyjątkowy fachura. Aktorstwo natomiast jest tu wyłącznie znakomite i mówię to w odniesieniu do całego zespołu. Warto napisać, że to najlepsza od lat rola Michała Rolnickiego – choć to znakomity aktor, zawsze brakowało mi w jego kreacjach jakiegoś szaleństwa, jakby się bał pójść na całość. Tu wydaje się zupełnie spuszczony z aktorskiego łańcucha, nieźle czuje konwencję, uruchamiając w swoim arcypolskim bohaterze tę bardziej wschodnią niż zachodnią plemienną dzikość, jaka od wieków drzemie w genach każdego z nas.

Chciałbym też wspomnieć o Annie Kadulskiej, która za swoje drugoplanowe role powinna otrzymać teatralnego Oscara. Była znakomita jako ciotka i jako Szwecja, świetna jako Jan Kazimierz, choć moje serce skradła w roli Matki Boskiej, która wydawała się dzięki jej wielkiemu talentowi bardziej „na zakręcie”, niż tulony przez nią Kmicic. Wspaniała aktorka, wspaniałe role.
Roszkowski wskrzesił klasyczne, „wampiryczne” arcydzieło polskiej literatury, a ono od razu rzuciło się nam, widzom, do gardła i zaczęło ssać krew, czerpiąc ją z żył naszych współczesnych, społecznych polskich doświadczeń. I choć to klasyka do szpiku kości martwa, to w zetknięciu z naszym krwioobiegiem staje się zaskakująco żywa.

Warto pokazać Potop Roszkowskiego przede wszystkim młodzieży, jest to bowiem dowód na to, że ramota, którą z musu czyta się w szkole, może stać się atrakcyjna, interesująca i na wskroś współczesna.

Źródło:

Materiał własny

Tematy w toku