„Klątwa” Stanisława Wyspiańskiego w reż. Anny Augustynowicz w Teatrze im. W. Horzycy w Toruniu. Pisze Anita Nowak.
Ta starotestamentowa mentalność, korzeniami tkwiąca jeszcze w czasach pogańskich, postrzegająca boga jako okrutnego mściciela karzącego ludzi za nieprzestrzeganie wyznaczonych przez niego zasad i domagającego się krwawych ofiar za wybaczenie, w umysłach ciemnoty wcale nie przeminęła. Jak i nie przeminęło łagodne traktowanie dzieciobójstwa. Także z nastaniem chrześcijaństwa. Nie przeminęły też mordy dzieci na plebaniach i w klasztorach. I dlatego chyba przyszło nam oglądać na Małej Scenie Teatru Wilama Horzycy wstrząsający dramat Stanisława Wyspiańskiego z roku 1899 „Klątwa”.
Po niedawnej premierze bydgoskiej „Medei” widać, że dzieciobójstwo to problem ciągle bardzo palący i przez ludzi sztuki dostrzegany.
Ale tymczasem spójrzmy na scenę Horzycy zaprojektowaną przez Marka Brauna. W odgrodzonej od publiczności bardzo niewygodną dla odbioru obrazów ścianą z siatki i taką samą siatką zamknięta przestrzeń do grania od tyłu, umożliwiają wyświetlanie na powstałej w ten sposób klatce procesji wiejskiego społeczeństwa; co jest symbolem tłamszenia bohaterów dramatu przez otaczającą ich chłopską ciemnotę, której postrzeganie świata jest dalsze od nakazów Nowego Testamentu, niż łamanie celibatu przez kapłanów. Stąd np. odzianie przez Tomasza Armadę postaci w ponadczasowe, siermiężne kostiumy i nawiązujące do współczesności buty skinów.
Ruch sceniczny jest bardzo ograniczony. Reżyserka Anna Augustynowicz oparła spektakl prawie całkowicie na dialogach i grze twarzy aktorów. Tu najwspanialej prezentują się Anna Magalska, jako Matka i Julia Szczepańska, Młoda.
Szczególna jest rola Matki, której w tej inscenizacji przypisano upostaciowane wyrzuty sumienia, rodzące się w głowie zagubionego w zaistniałej sytuacji buntu i oskarżeń wsi Księdza granego przez Arkadiusza Walesiaka.
Matka pojawia się przed nami cała w czerni, siada na usytuowanym tuż przy bieli ołtarza krześle, a wypowiadane przez nią przejmującym ale zarazem stanowczym głosem kwestie, dobiegają jakby z okalających scenę ścian. Przy czym każde słowo znajduje odbicie w jej spokojnej, choć przebogatej w środki mimice. To postać, która wywołuje na widzach najsilniejsze wrażenie. Genialny pomysł reżyserski i wspaniałe wykonanie.
Julia Szczepańska, idealnie oddająca uprzywilejowaną rolę gospodyni proboszcza, wynoszącej się ponad wiejski motłoch, w miarę upływu akcji coraz bardziej zmienia postawę swojej postaci, w niejednoznaczny od razu sposób ulegając sile pogańskich przesądów o konieczności odkupienia bezbożnych w pojęciu ogółu czynów. I pokazuje tę przemianę niezwykle ciekawie i wiarygodnie.
A w pewnym momencie, gdy w centrum padają dialogi innych postaci, ona stojąc niedaleko kulisy, równolegle bez słów gra moment żegnania się z dziećmi przed odprowadzeniem ich na stos. Jej drżące dłonie delikatnie gładzące niewidoczne dla publiczności główki i emanujące rozpaczą spojrzenie, przyciągają uwagę znacznie bardziej, niż główna w tym samym momencie akcja.
Uwagę widowni w postaci reprezentującego wolę mieszkańców wsi Sołtysa wciela się specjalnie zaproszony do tej inscenizacji Paweł Pabisiak.
Bardzo dobrze jako bezwzględna i butna wiejska dziewka prezentuje się debiutująca na deskach Horzycy gościnnie Maja Kalbarczyk.
Bardzo ciekawie zaprezentowali się podczas relacjonowania tragicznych wydarzeń spoza sceny Paweł Kowalski jako Pustelnik i Michał Darewski, Parobek.