19.10.2020, 12:40 Wersja do druku

Zaraza. Dramat polityczny


Polska sztuka o walce z pandemią wyglądałaby tak: aktorzy zagubieni, reżyser traci pewność siebie, na widowni kłótnie o scenariusz. Choć wystawiana jest tragedia, co i rusz mamy teatr absurdu - pisze Piotr Zaremba w Rzeczpospolitej.

Nierówne traktowanie teatrów i kin - ogólnie miejsc kultury - z komunikacją publiczną, kościołami, ślubami i weselami to jest rzecz dla mnie absolutnie niezrozumiała - powiedziała w rozmowie z Onetem Krystyna Janda, aktorka, prezes Fundacji prowadzącej Och-Teatr i Teatr Polonia. I natychmiast spotkała się z odporem.

Odpowiedział na Twitterze wpływowy polityk PiS Joachim Brudziński: „Przez lata mówili: to nie jest nasz rząd. (...) Dziś mówią: to nasze podatki, rząd i wyszydzane przez nas MKiDN muszą nam pomóc bo my »wielcy artyści« bez ich pomocy zginiemy marnie. Gdzie podziała się ich buta i arogancja? Gdzie ich szyderstwo i rechot?" - pytał. „Żenująca jest ta paskudna hipokryzja tych, którzy dziś kpią i szydzą, a jutro pochlipują i proszą o pomoc" - zakończył Brudziński.

Tyle że Janda nie tyle apelowała o pomoc, ile wskazała na oczywistość. Na tle wesel, ograniczonych w strefie żółtej ze 100 do 75 uczestników, knajp czy galerii handlowych, kina, teatry i inne miejsca masowych zdarzeń kulturalnych zostały potraktowanie wyjątkowo drastycznie. Widownia ma być zapełniona zaledwie w jednej czwartej, a nie jak ostatnio w jednej drugiej. Kina rzadko kiedy były zapełniane do połowy, ale teatry i owszem. Teraz borykają się z wyjątkowymi trudnościami finansowymi - nawet te subwencjonowane przez władzę publiczną - odwołują przedstawienia i nie wiedzą, co robić z planowanymi premierami.

Bezpieczniej niż w sklepie

Wiele razy bywałem we wrześniu w popandemicznym teatrze, było to jedno z najbezpieczniejszych miejsc w nowej rzeczywistości. Pobieranie oświadczeń z numerami telefonów, egzekwowane (inaczej niż w sklepach) odkażanie rąk, w niektórych wciąż mierzenie temperatury to standard niedościgniony w innych publicznych miejscach.

Wobec kontroli nad personaliami widzów wypada twierdzić, że ani jedno przedstawienie nie stało się ogniskiem Covid-i9. Decyzje, czy i jak dalece grać, były różne, kilka teatrów wciąż nie ruszyło. Za to ostatnio odwołuje się przedstawienia choćby z powodu wysyłania aktorów czy personelu na kwarantanny. Ale istniała wolność wyboru. Ryzyko było mniejsze niż w przypadku sklepów czy kościołów.

Dlaczego szczególnie boleśnie uderzono w instytucje kultury? Podejrzewam tu urzędniczą rutynę. Trzeba się wykazać zwiększaniem restrykcji, to się je mechanicznie stopniuje.

Dopóki „żółte" były poszczególne powiaty, nikt nie zwracał na to uwagi. Teraz narodowa kultura w całym kraju staje wobec perspektywy wielomiesięcznej stagnacji, uwiądu. Możliwe, że także z powodu sytuacji epidemiologicznej, ale i mało przemyślanych decyzji władz. Dla premiera Morawieckiego najważniejszy jest efekt ekonomiczny. Dla polityków PiS zapewne również masowe reakcje wyborców. Za galeriami handlowymi czy weselami stoją większe lobby niż za teatrami.

Jeśli wicepremier i minister kultury Piotr Gliński przystał od razu na takie rozwiązanie, można jedynie ubolewać. - Nie lubi nas, nie zna naszej pracy, nie interesuje się - żalił się autorowi tego tekstu pewien znakomity aktor. Wbrew drwinom Brudzińskiego, który całe to środowisko pomówił o kpiny ze Smoleńska i wrogość wobec prawicy, ten akurat artysta głosował jeszcze w ostatnich wyborach na Andrzeja Dudę.

Występ Brudzińskiego, nawet jeśli zakończony kolejnym tweetem z czymś w rodzaju przeprosin, utwierdza oczywiście środowisko artystyczne w przekonaniu, że to premedytacja, polityczny odwet. Teraz bardzo trudno będzie z tym podejrzeniem polemizować. A straty będą bolesne. Bo to cios nie tylko w samych twórców. Dopiero co w Teatrze Stu w Krakowie widziałem szkolną wycieczkę na „Balladynie" Juliusza Słowackiego. Bardzo młodzi ludzie wytrzymali karnie w maseczkach, a po spektaklu nagrodzili inscenizację i aktorów zasłużonymi zresztą owacjami. Po zabarwieniu Polski na kolor żółty coś takiego będzie niemożliwe. Kto odpowie za przerwanie edukacji teatralnej młodego pokolenia?

Z tego ograniczenia rząd Morawieckiego powinien się wycofać. Zapewne tego nie zrobi, bo dla premiera to sprawa drugorzędna, a część polityków PiS może naprawdę nie życzyć obecnemu teatrowi niczego dobrego. Tych uwag nie odnoszę jednak do większości pozostałych wprowadzonych na nowo restrykcji. O ile stanąć na gruncie dotychczasowej metody walki z pandemią, mogą się nawet wydawać połowiczne.

Dlaczego zaczynam temat nawrotu pandemii od wątku, zdawałoby się, błahego? Przecież „nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy". W szpitalach coraz większe zatory. Zakażonych przybywa, zgonów też. Ale przecież poprzez mnogość takich sporów i dylematów widać najlepiej, że wbrew nastrojom sprzed dosłownie chwili pandemia nie przestaje być głównym tematem polityki. Pojawiły się plotki o możliwości wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Kilka miesięcy temu rząd tego nie chciał. Bo chciał wyborów.

Temat teatrów jest trochę dla smakoszy, choć połajanki Brudzińskiego zabarwiły go plemienną wojną polsko-polską. Żyjemy jednak w cieniu ludzkich obaw i niewygód, a czasem dramatów. Efektem częściowego, przyznajmy ostrożnego, na ile się da, powrotu do zasad lockdownu jest ośmieszenie tego, co działo się dosłownie przed chwilą. A więc wojny wewnątrz koalicji i nadziei rządzących na wyłożenie na stół rewolucyjnej agendy: porządkowania lub może podporządkowywania sobie przez PiS rynku mediów czy czystki wśród sędziów nazywanej „reformą wymiaru sprawiedliwości".

Rząd musi się spodziewać ogólnego pogorszenia nastrojów. Tym większego, im bardziej wprowadził ludzi w błąd optymistycznymi komunikatami z późnej wiosny i lata - motywowanymi także politycznie, przede wszystkim zamiarem jak najszybszego przepchnięcia wyborów prezydenckich. 

Oczywiście politycy PiS mogą zasadnie twierdzić, że część ich niekonsekwencji społeczeństwo ochoczo kupowało, bo chciało sobie zafundować wakacje, kilka przyjemniejszych miesięcy przed eskalacją pandemii, którą w ogólnych zarysach przewidywano.

Niemniej tak jak PiS mnożył w marcu rygory niepoważne i niczemu nie służące (pamiętny zakaz wstępu do lasów), tak tym bardziej zachował się niefrasobliwie później. Nie wiem, czy istotnie można się było przygotować o wiele lepiej do drugiej fali, zarzuty opozycji bywają ogólnikowe i gołosłowne. Ale wielotygodniowy spektakl zajmowania się sobą przez obóz prawicy aż się prosi, aby wykorzystać go teraz do antyrządowej propagandy.

Rząd zmieszany

Opozycja, z istotnym wyjątkiem Konfederacji, która stała się reprezentacją covidosceptyków, atakuje rząd z pozycji jeszcze bardziej alarmistycznych. I po raz pierwszy od bardzo dawna jest w ofensywie. Gdyby chcieć z tego jej alarmu wyciągnąć logiczny wniosek, powinno się wrócić do lockdownu, choć tego politycy PO, PSL czy Lewicy nie chcą jasno powiedzieć. Na pewno jednak ich zarzuty mobilizują rząd do wykazywania się kolejnymi restrykcjami.

Z kolei wypowiedzi przedstawicieli rządu są coraz mniej nacechowane pewnością siebie. Oto rzecznik resortu zdrowia podkreślał, występując w telewizji, przede wszystkim to, że wciąż nie znamy do końca sposobu działania wirusa. Nie znamy wraz z resztą Europy i świata, która - wbrew najostrzejszym oskarżeniom opozycji - także się szamocze. Ale to niewielkie pocieszenie. Jak zauważył pewien dziennikarz, obóz rządowy zwykle sobie radził, odpierając zarzuty powtarzanymi do znudzenia prościutkimi komunikatami. Teraz więzną mu one w gardle?

Mamy zarazem do czynienia z coraz większą relatywizacją samej przyjętej na początku metody walki z pandemią. Głosy nawołujące do „wolnościowego" modelu (a może bardziej przeczekania zarazy) były na początku słabe i pozostawały domeną publicystów, czasem polityków (Konfederacja). Teraz zyskują pewną sankcję ze strony części zachodnich uczonych: oto poznaliśmy tak zwaną deklarację z Great Barrington, w której profesorowie z Harvardu, Oxfordu i Stanfordu zakwestionowali strategię kwarantanny. Nie zaproponowali do końca spójnych rozwiązań alternatywnych, ale poszli za wątpliwościami ludzi. Za pytaniem, jak długo można trwać w systemie choćby częściowego zamrożenia życia. Już dziś z kręgów rządowych słychać, że Unia Europejska ma nadzieję na szczepionkę dopiero przyszłej jesieni.

W Polsce podziały w środowisku medycznym nie są na razie tak drastyczne. Ale sam klimat wątpliwości formułowanych przez takich ludzi jak prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, nie będzie pomagał w godzeniu się z restrykcjami. Dr Zbigniew Martyka, ordynator oddziału zakaźnego szpitala w Dąbrowie Tarnowskiej, pyta o zapaść służby zdrowia w leczeniu innych chorób poza Covidem-19. Co będzie na końcu?

Sam przyznaję się do braku własnej pewności. Na razie przeważają u mnie wątpliwości wobec metody „wolnościowej". Rząd nie chce izolować samych ludzi starszych na nie wiadomo jak długo. Nie chce oddzielania ich od społeczeństwa, tyleż mało realnego w polskich warunkach, ile wątpliwego moralnie. A to przecież postulują autorzy deklaracji z Great Barrington. Nasza władza woli częściowe i ostrożniejsze ograniczanie wszelkiej ludzkiej aktywności, co rozumiem.

To oznacza, że pogłębi się jeszcze podział społeczeństwa: na rygorystów, a czasem ludzi na powrót przestraszonych pandemią, oraz na rzeczników tezy, że wszelkie restrykcje są absurdem. Zadowalając bardziej tych pierwszych, idąc za głosem wciąż większości polskich lekarzy, premier i jego ministrowie nie mogą liczyć na nadmierną wdzięczność kogokolwiek. Tematem osobnym jest przecież stan służby zdrowia. W kontekście podołania i samemu koronawirusowi, i opiece nad wszystkimi innymi chorymi. Jednego dnia czytamy doniesienia o kobiecie z wylewem wożonej od szpitala do szpitala. Drugiego opowieść o pacjencie z Covid-19, którego szpital nie przyjął, bo był zajęty czym innym. Wieści rządu o wystarczającej liczbie łóżek i respiratorów krzyżują się z doniesieniami o brakach w personelu, który może respiratory obsługiwać.

Nie podejmuję się tu wystawiania pisowskiej władzy jednoznacznych cenzurek. Ale mszczą się wieloletnie zaniedbania opieki zdrowotnej, także z łat 2015-2020, kiedy postawiono na wielkie socjalne transfery, a w dużo mniejszym stopniu na dofinansowanie szpitali

i przychodni. To wniosek oczywisty i właściwie słabo odpierany przez Morawieckiego i jego drużynę.

Nie wszystko jest tu ich bezsporną winą. Jeśli bronić metody powszechnej, choć raz zwijanej, raz ponawianej kwarantanny, problem zakażonych lekarzy czy pielęgniarek staje się istną kwadraturą koła. Skłonność do izolowania się od pacjentów, do swoistego zdalnego leczenia, wykazuje także samo - starzejące się i nienawykłe do poświęceń - środowisko medyczne. Siłą rzeczy zawsze obwinia się jednak w takiej sytuacji rządzących, nawet jeśli stają wobec wyboru jednego rozwiązania spośród dwóch złych. Nowy minister zdrowia Adam Niedzielski próbuje skłonić personel medyczny, aby trochę energiczniej leczył, i to nie tylko ofiary koronawirusa. Jeśli dojdzie do jeszcze większej eskalacji pandemii, te wysiłki mogą spełznąć na niczym.

Upór zły, upór dobry

Są momenty, kiedy nie rozumiem tego rządu, i rzecz dotyczy nie tylko przypadkowości restrykcji wobec teatrów i kin. Przywrócenie maseczek na ulicach kontrastuje z wcześniejszą faktyczną rezygnacją z egzekwowania obowiązku ich zakładania w sklepach czy środkach komunikacji. A co najważniejsze, rząd upiera się przy utrzymaniu stanu prawnego absurdu. Ten obowiązek naprawdę nie ma mocnej podstawy - bo nie wynika wprost z żadnej ustawy. Rozporządzenia rządu nie są w Polsce samoistnym źródłem prawa.

Kiedy ten temat podnoszą posłowie Konfederacji, można to uznać za część kampanii kwestionowania epidemiologicznego ładu. Ale kiedy przypominał o tym prawnym defekcie rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar, doktor prawa i co do zasady zwolennik zasłaniania nosa i ust, można było się tylko dziwić uporowi rządu, aby tej sprawy nie naprostować nowelą ustawy.

Z zażenowaniem oglądałem wicepremiera Jarosława Gowina, którego pytał o to w Polsacie Bogdan Rymanowski. Wizji sędziów uchylających mandaty nakładane na opornych wobec maseczkowego obowiązku przeciwstawił opowieści o moralnych obowiązkach Polaków i nadziei, że sądy potwierdzą prawomocność rządowego aktu. Zetknąłem się z opinią pewnego członka tego gabinetu, że to konsekwencja pisowskiego przekonania: polityczna wola ma być ważniejsza od prawa. A jeśli sędziowie pójdą za prawem, będzie się ich piętnować. Czyli znowu polityka, najbardziej grząska i marna.

I są takie wątki, co do których ten rząd rozumiem. Wśród wirusologów panuje przekonanie, że pośród różnych czynników eskalujących obecność wirusa szczególną rolę odgrywają szkoły. Rząd upiera się jednak na razie przy podtrzymywaniu normalnych zajęć - wbrew oporom środowisk nauczycielskich i samorządowych. Niechętnie reaguje na przechodzenie na zdalną formułę edukacji, a przynajmniej próbuje odwlec ten moment.

Opory i lęki są naturalne. A jednak chciałbym wierzyć, że za podtrzymywaniem ile się da normalnych zajęć kryje się nie tylko ogólna obawa przed powracaniem do klimatu lockdownu. Nauka zdalna jest nauką gorszej jakości. Ale też w tym nowym, dziwnym popandemicznym świecie grozi nam realne słabnięcie więzi społecznych. Wyobraźmy sobie młodych ludzi idących do pierwszej klasy nowej szkoły, którzy nie poznają ani swoich nauczycieli, ani kolegów. Mnie to przeraża. Nie przeraża profesury ochoczo preferującej zdalne zajęcia na uczelniach wyższych. Rząd ma tu jednak trochę inne zdanie - i słusznie. Choć możliwe, że krzywa zachorowań skruszy jego upór.

Gdybyż jeszcze podobne rozumowanie rząd zastosował wobec kin czy teatrów. Skądinąd, kiedy zamilkła rządowa propaganda, opozycja zdaje się dominować. „Klęska PiS w walce z Covidem" - ogłasza na swojej okładce „Newsweek", zbierając cały katalog pretensji do rządzących, łącznie z wizytą Jarosława Kaczyńskiego na cmentarzu w czasie wiosennego lockdownu. Słabością tej litanii jest brak, poza paroma stałymi punktami (więcej testów!), programu alternatywnego. Pretensje sięgają rzeczy śmiesznych. „Wyborcza" na swojej drugiej stronie potrafi oskarżyć prezydenta o to, że wdaje się na Twitterze w dyskusje o zwierzątkach, a przecież „mógłby się zająć walką z pandemią". Donald Tusk wypomina temuż prezydentowi otwieranie zawodów sportowych, a „przecież ludzie umierają".

Dopiero co wszyscy odpoczywaliśmy, trochę w złudnej nadziei, że dramat mija. Jak dziecko z głową pod poduszką. I może nawet nam się to należało. Ale teraz każde niepowodzenie rządu będzie wywoływało podobne pretensje.

Po prawej stronie widać pogubienie. W ostatnim wydaniu „Sieci" Jan Rokita wypomina rządowi niekonsekwencje w reagowaniu na pandemię i żąda energiczniejszych prawnych odpowiedzi. Z kolei Maciej Pawlicki kwestionuje wyjątkowość pandemii, powołując się na deklarację z Great Barrington. Już niedługo chór covidowych negacjonistów i zawiedzionych rygorystów może zafundować tej władzy jeden kakofoniczny koncert. Na ile zasłużony? Biurokratyczne, zatykające się struktury sanepidu, teraz odciążane przez Niedzielskiego, czy źle zorganizowana szpitalna sieć to coś, o co w naturalny sposób pytamy rząd. 0 takie absurdy jak bicie w teatry warto pytać także. Czy możemy jednak pytać o to, że ktoś zabiera nam miesiące, a może lata z naszego życia? Że je nam marnuje? To już tylko wtedy, kiedy zdecydujemy się żądać całkiem innej terapii. Nafas zerowanej pułapkami i moralnymi dylematami.

Pewne jest jedno - nie tylko ministrowie rządu Morawieckiego wjeżdżają w rzeczywistość nową, nie do ogarnięcia. My wszyscy razem z nimi. Opozycja także.

Tytuł oryginalny

Zaraza. Dramat polityczny

Źródło:

Rzeczpospolita Nr 244/17/18-10-20

Autor:

Piotr Zaremba

Data:

17.10.2020

Wątki tematyczne