Logo
Recenzje

Żar młodzieńczego buntu

4.02.2026, 15:00 Wersja do druku

„Płomienie” Stanisława Brzozowskiego w reż. Janusza Opryńskiego w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Karolina Jóźwiak

Jednym z reżyserskich marzeń Janusza Opryńskiego było wystawienie na teatralnych deskach „Płomieni” Stanisława Brzozowskiego, uważanych za pierwszą polską powieść intelektualną. Tekstu, który ukształtował jego pokolenie – buntowników rodzącej się „Solidarności” szukających swobody wypowiedzi w alternatywnym teatrze i konspiracji. Powieść napisana ledwie w cztery miesiące 1906 roku, w czasach rewolucyjnego fermentu rozlewającego się z Rosji na całą Europę,  była literacką polemiką Brzozowskiego z „Biesami” Fiodora Dostojewskiego. To jednak, co w Dostojewskim budziło przerażenie nadciągającą apokalipsą wywrotowców, Brzozowskiego zachwyciło brawurową odwagą młodych ludzi i ich bezkompromisowym dążeniem do wolności. Sam Janusz Opryński ledwie kilka lat temu reżyserował „Biesy” w Teatrze Dramatycznym, gdzie w rolę Stawrogina wcielił się Sławomir Grzymkowski. A że historia lubi zataczać koła, w inscenizacji „Płomieni” w Teatrze Polskim w Warszawie doszło do ich ponownego spotkania, czego powodem – nomen omen – była także rewolucja, jaką przeszedł zespół aktorski Dramatycznego za Moniki Strzępki. O czym mówi nam dziś Janusz Opryński przyglądając się drugiej stronie rewolucyjnego medalu?

Reżyser stawia przed widzem intelektualne lustro, intensywnie zagęszczając tekst Brzozowskiego, ale sięgając też dalej – do postaci księdza Rotuły z powieści „Sam wśród ludzi”, do myśli zawartych w „Legendzie Młodej Polski”, do fragmentów wspomnianych „Biesów”, czy wreszcie do Alberta Camusa, który w „Człowieku zbuntowanym” wskazywał na olbrzymi etyczny wymiar buntowników z Narodnej Woli. Rozszerzając przestrzeń dyskursu pragnie przyjrzeć się naszym wadom: polskiemu nacjonalizmowi, płytkiemu katolicyzmowi „ogłupiającemu lud kadzidłem” czy okrucieństwom patriarchatu, bowiem „w imię rodziny popełnia się najwięcej podłości”. Opowiada nam o roznieconym w umysłach młodych płomieniu, który staje się wewnętrzną potrzebą żarliwej dyskusji o sens – sens istnienia tak a nie inaczej ukształtowanego świata, społecznych relacji i postępujących za nimi ekonomicznych nierówności. Świata, w którym rządzący nie przejmują się życiem pojedynczego człowieka, a gdy przychodzi im bronić swojego stanowiska nie wahają się przed używaniem środków brutalnych i ostatecznych. Czy to nam czegoś nie przypomina? Opryński uniwersalizuje odczytanie „Płomieni” – z jednej strony sięgając w kostiumie, rekwizytach i muzyce do własnych młodzieńczych lat buntu, z drugiej przyglądając się rewolucjonistom szykującym zamach na cara, który symbolizuje tu dowolnego z dzisiejszych „tyranów”, niekoniecznie rosyjskiego. Gdy w Minnesocie zamaskowani funkcjonariusze zabijają na ulicach ludzi, gdy irańskie demonstracje toną w morzu krwi, gdy lewicowi ekstremiści sabotują dostawy prądu w Berlinie, gdy Ostatnie Pokolenie paraliżuje ruch w Warszawie, gdy nagrodami obsypywany jest film „Jedna bitwa po drugiej”, czyż tekst Brzozowskiego nie rezonuje w upiornym blasku współczesnego płomienia? A jednocześnie oddaje hołd tym wszystkim, którzy w imię wyznawanych zasad i wolności posunęli się do heroicznego aktu protestu – jak powieściowy Kaniowski, jak Siwiec, Palach czy Szczęsny.

„Płomienie” skondensował Opryński do bólu, wycinając bez pardonu postacie, łącząc wątek Narodnej Woli i Zemsty Ludu w jeden ruch rewolucyjny, operując często symbolem i znakiem, by przekazać sens i spróbować zmaterializować myśl Brzozowskiego na scenie. Mimo skrótów tekst jest jasny i zrozumiały, nawet jeśli przeładowany intelektualnymi refleksjami. I choć oczywiście można pytać czemu Miszuk ma możliwość rozmowy z Nieczajewem w pilnie strzeżonym carskim więzieniu, bo z samego spektaklu to nie wynika, to są to drobne szczegóły i uproszczenia, na które jako widz się godzę. W końcu rewolucyjna opowieść jest jedynie wspomnieniem okaleczonego samospaleniem Kaniowskiego, historią relacjonowaną z jego perspektywy, rozbłyskiem pamięci cierpiącego człowieka. W tę tragiczną postać wciela się z żarliwością nieopierzonego buntownika Modest Ruciński, zderzając wewnętrznie ideowca z rewolucjonistą oraz przydając mu nieco łotrzykowskiego uśmieszku. Jak sam twierdzi w żadnej z dotychczasowych ról nie zdarzyło mu się wypowiedzieć tylu „pięknych i wartościowych słów”. Na Scenie Kameralnej niewiele da się ukryć, a jednak finałowa scena spinająca klamrą otwarcie spektaklu przynosi teatralne zaskoczenie, ale przede wszystkim ulotną magię i piękno. Piękno słów człowieka stojącego u progu śmierci i wychwalającego życie w najmniejszych jego przejawach. Piękno aktorskiego ruchu, gestu i tlącego się płomienia. Czego zasługę, przynajmniej częściowo, przypisać należy odpowiedzialnemu za ruch sceniczny Tomaszowi Wygodzie. Nie wątpię, że rola Kaniowskiego dość mocno eksploatuje Modesta Rucińskiego niosąc ze sobą nie tylko intelektualne siniaki, ale właśnie dla takich kreacji warto czasem ponosić cenę aktorskiego i osobistego zaangażowania. Ideowe unerwienie i przewrotowa ekscytacja udziela się zresztą całemu zespołowi w szerokim wachlarzu postaw – od Goldenberga Sławomira Grzymkowskiego przygniecionego narastającymi wątpliwościami i konsekwencjami życiowych wyborów, przez bezkompromisowego i niezłomnego w swym postanowieniu Sołowiowa Pawła Krucza, buntowniczą i antyklerykalną Wierę Katarzyny Lis, wierzącego w etos pracy i raz obrany kierunek Brenneisena Maksymiliana Rogackiego, aż po ich guru, lidera i rewolucyjnego „uwodziciela” Nieczajewa Krystiana Modzelewskiego. Szczególną rolę zajmują w spektaklu dwie kobiety, których siła i miłość stają się inspiracją działań Kaniowskiego – straumatyzowana Katia Irminy Liszkowskiej spalająca się w ogniu walk o prawa kobiet i budząca ferment w umyśle Miszuka oraz wyrwana ze szlacheckiego dworu Ola Doroty Bzdyli, którą płomienne uczucie prowadzi za ukochanym na zatracenie. A obok nich barwną i niejednoznaczną postać księdza Rotuły rysuje Szymon Kuśmider, zaś Ewa Domańska sama posturą i gestem maluje obraz czułej, zatroskanej i bogobojnej matki.

Ascetyczna scenografia Justyny Łagowskiej dzieli scenę na trzy podpisane strefy: „Rodzinę”, „Więzienie” i „Kryjówkę” połączonych pasem „Ulicy” stanowiąc rodzaj dosłownej metafory, która ma przede wszystkim ułatwić nam interpretację zdarzeń. Przedstawić trzy opresyjne przestrzenie, w których rodzi się i rozwija młodzieńcza myśl o wolności, o odrzuceniu dotychczasowego porządku. Surową scenę unowocześniają finezyjne wizualizacje Tomka Michalczewskiego, których płomienie snują się leniwie po ścianie, tworząc niekiedy wyszukane obrazy, jak górujący w ognistym kielichu krzyż. Powieściowy galimatias odwiedzanych przez Kaniowskiego miejsc zamknięty zostaje w utylitarnej, symbolicznej przestrzeni, zaś pomysłowo wykorzystany wędrujący stół nawiązuje do bliskiej Opryńskiemu estetyki alternatywnego, ubogiego teatru lat 70-tych. Podobnie jest zresztą z kostiumem i rekwizytami – zobaczymy tu oryginalne stroje z epoki, kopiowanie ulotek na powielaczu, przenoszoną bibułę i przemożny strach wyzwalany łomotem pięści w drzwi. Jakby tego było mało, napięcie buduje też fantastycznie przygotowana scena budowy bomby z oślepiającymi efektami pirotechnicznymi autorstwa Tomasza Pałasza, z pietyzmem, ale i ostrożnością przeprowadzona przez anarchistyczno-aktorską trupę. Jedynym wizualnym minusem spektaklu jest rozgrywanie scen w niemal pełnej szerokości Sceny Kameralnej, co w połączeniu z bliskością widowni oznacza, że dobrze oglądać się nam będzie przedstawienie z centralnych sektorów – siedząc po bokach, zwłaszcza blisko sceny, mogą nam umykać szczegóły akcji po drugiej stronie. Cóż, taka już specyfika małej przestrzeni.

Młodość ma swoje prawa. Młodość musi się wyszumieć. A czasem zbuntować wobec obcych idei i narzuconych odgórnie prawideł. Dziś, gdy rewolucyjny duch kolejnego pokolenia zatacza coraz szersze kręgi, „Płomienie” okazują się przejmująco rezonować ze współczesnością. Choć Janusz Opryński, podążając za myślą Brzozowskiego, składa tym spektaklem hołd odwadze i heroizmowi ludzi, którzy poświęcali się dla idei występując przeciw niesprawiedliwości świata, to jednocześnie ostrzega przed kosztami podjętych wyborów czy decyzji. Zachwyt nad erupcją młodzieńczego buntu tonuje wizją konsekwencji, a zarazem dla żarliwej buntowniczej natury nie widzi innej drogi. Człowiekowi nie można bowiem odebrać prawa do wolności, do przekonań, a nawet do dramatycznych gestów w ich obronie. Aktorzy Teatru Polskiego z ofiarnością weszli w świat ludzi uwikłanych w rodzące się idee, wymagając od widza skupienia i intelektualnej zadumy, wyzwalając myśli o przeszłości, teraźniejszości i płomieniu, który przecież gdzieś tam tlił się kiedyś w każdym z nas. 

Tytuł oryginalny

Żar młodzieńczego buntu - "Płomienie" w Teatrze Polskim w Warszawie, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także