„Zamach na Narodowy Stary Teatr. Narodziny narodu” Jana Czaplińskiego i Jakuba Skrzywanka w reż. Jakuba Skrzywanka w Starym Teatrze w Krakowie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Punktem wyjścia jest tytułowy zamach, do którego dochodzi podczas wystawienia na narodowych deskach Wyzwolenia Wyspiańskiego. Giną ludzie — i widzowie, i aktorzy. Oglądamy relacje mediów stworzone przy użyciu AI (nazywa się to deepfake i jest istotnie deep — brawa dla Natana Berkowicza); głos w sprawie zabierają najważniejsi politycy — wśród nich Donald Trump. Rodziny zabitych spotykają się na miejscu zamachu, żeby zidentyfikować ciała swoich bliskich…
Mija kilka lat i jesteśmy oto świadkami rocznicowego spotkania Stowarzyszenia Rodzin i Bliskich Ofiar Zamachu, które prowadzi wzbudzający najgorsze instynkty Konferansjer (obłędna rola Grzegorza Mielczarka). Uprzedzę — nie ma tu miejsca na współczucie ani na ból. Ta część spektaklu kąsa wyjątkowo mocno, także dlatego, że jest — no cóż — momentami komiczna (fantastyczna Karolina Staniec, proszę zapamiętać ćwiczenie żuchwy, bo przyda się na wypadek żałoby). Zabawne wydało mi się również spostrzeżenie widza granego przez Przemysława Przestrzelskiego, który myślał, że zamach jest częścią przedstawienia. Bo to rzecz również — a może przede wszystkim — o tym, co w teatrze jest naprawdę.
Mamy wreszcie akt trzeci: powstaje spektakl o tych wydarzeniach, w którym pojawiają się grająca w tamtym Wyzwoleniu Dorota Segda i towarzyszący jej młody, zaangażowany w „projekt” aktor — Kamil Pudlik. Czy „prawda”, czy to, co się naprawdę wydarzyło, będzie na scenie jakoś ciekawe i efektowne? W pamięci zostają końcowy — monumentalny, rzekłbym — monolog Doroty Segdy o tym, co to znaczy „narodowy” w odniesieniu do teatru, ale i cudownie błyskotliwe, choć może nieco insiderskie, dialogi obojga aktorów.
Reżyser dostał od krytyki niezły łomot za ten spektakl, gdy tymczasem to jedno z najlepszych przedstawień tego sezonu i jedno z nielicznych opowiadających stosunkowo wprost o czasach, w których żyjemy — o naszych rozmaitych rozdrapanych ranach, o tym, że jest jakiś powód, a nawet powody, dla których bez tych jątrzących się ran żyć nie potrafimy; i o tym — że tak bardzo wierzymy w to, że gdy się już zagoją — będzie przepięknie i będzie normalnie.