01.12.2020, 08:54 Wersja do druku

Zabić Eddy'ego

"Koniec z Eddym" Édouarda Louisa w reż. Anny Smolar w STUDIO teatrgalerii w Warszawie. Pisze Grzegorz Kondrasiuk w tygodniku Do Rzeczy.

fot. Bartek Warzecha

Dopowiadając historię zaczerpniętą z powieści Édouarda Louisa, Smolar pokazuje dorastanie widziane z perspektywy skrzywdzonego, zbuntowanego nastolatka, z którego za chwilę wykluje się gejowski superman.

Mógłby to być pierwszy odcinek cyklu pt. „Paradoksy internetowych premier teatralnych". Usadowiony wygodnie na prowincji, mogę oglądać premiery nadawane wprost z najmodniejszych warszawskich teatrów, lekce sobie ważąc głosy, że teatr przez Internet jest to, panie, nie to samo, że lizanie cukierka przez szybę itd. Jednak w miejscu, w którym przebywam (nazwijmy je miasteczkiem X), tych cukierków - już bez szyby - bym nie dostał w normalnych, czyli bezcovidowych okolicznościach... To jednak jeszcze nie jest paradoks, najwyżej niewielki paradoksik. Perwersja zaczyna się w momencie, kiedy okazuje się, że jedna z tych premier opowiada historię ucieczki młodego człowieka z prowincji do metropolii, gdzie młodzieniec ów - poprzez zmianę imienia oraz wybór orientacji seksualnej - symbolicznie pozbywa się bagażu niewątpliwie trudnego dzieciństwa. Jednak to nie wszystko. Cała rzecz jest opowiedziana w sposób zapośredniczony, poprzez literaturę francuską. Prowincja to robotnicze przedmieścia, a stolica - zdaje się - Paryż? Mowa bowiem o adaptacji powieści Édouarda Louisa „Koniec z Eddym" w reżyserii Anny Smolar, pokazanej przez teatr Studio.

Oto na scenę wkraczają zdeformowane ludzkie sylwetki. Rodzącego się na naszych oczach młodzieńca otaczają groteskowe figury, a każda z nich - zaczynając od ojca i matki - to marionetki występujące w szopce na temat patriarchalnego, przemocowego wychowania. Na zasadzie pars pro toto, część zamiast całości, teatr stawia tu przenikliwe diagnozy społeczne. Jeśli ojciec, to zapiły typ chrząkający i bełkoczący w kółko te swoje sto wyrazów, którego niepokoją „pedały" (Rob Wasiewicz). Matka? Uległa, cierpiąca, przytakująca ojcu, wyżywająca się na dzieciach, utrwalająca ten chory kołowrotek (Ewelina Żak). Znacie? To nic - posłuchajcie jeszcze raz, niechże się utrwali. I tak, z podejrzaną łatwością, w konwencji prostego komiksowego rozwiązania rozwija się tu sceniczny świat. Prawo do zniuansowanej psychologii postaci ma tylko Eddy, nadwrażliwiec odgrywany na zmianę przez Sonię Roszczuk i Daniela Dobosza. Matka, ojciec, siostra, nauczyciel są istotami pozbawionymi złożonej motywacji, bez prawa do uczuć i własnego systemu wartości. Chwytem maskującym te uproszczenia i ogrywanie stereotypów jest, monotonnie stosowany, teatralny dystansik. To komentarze aktorów („Niechże ta scena się już skończy"), wychodzenie z roli, żeby opowiedzieć, jak bardzo jest niewygodnie opowiadać te troglodyckie historie (solówa Roba Wasiewicza na temat „swojego nieheteronormatywnego ciała" ciemiężonego przez reżyserską decyzję obsadową czy Daniel Dobosz opowiadający o przemocowej Magdzie Gessler). Dopowiadając historię zaczerpniętą z powieści Édouarda Louisa, Smolar pokazuje dorastanie widziane z perspektywy skrzywdzonego, zbuntowanego nastolatka, z którego za chwilę wykluje się gejowski superman. Oto bowiem Eddy na naszych oczach przeobraża się w Édouarda, wziętego pisarza. A ponieważ teatralna scena ma w sobie patetyczną moc symbolizacji, opowiedziana na niej historia ma zapewne skłonić widzów do utożsamienia się z tym, konkretnym, a zarazem typowym wariantem historii osobistej. Czyżby więc Annie Smolar chodziło o stworzenie spektaklu-manifestu, adresowanego do konkretnej grupy społecznej, która - oglądając przygody Eddy'ego po raz enty - będzie wraz z nim wykluwała się z heteroseksualnej poczwarki, zawsze na tych samych scenach ocierając łzy? Może tak, może nie.

Ci, którzy nie są skłonni do pochopnego ocierania łez, mogą zasmakować w finalnej scenie pojedynku Soni Roszczuk i Daniela Dobosza. Ten spektakl mógłby składać się z tej jednej sceny, obrazującej codzienny tragizm wewnętrznej walki tego, co odziedziczone po rodzicach i miejscu urodzenia (a często jest to dziedzictwo wstydliwe i niechciane), z kreacją, marzeniami, fantazmatami wolności. I tak rozmawiają sobie Édouard i Eddy: Dobosz, przygarbiony, wtulający głowę w ramiona, spazmujący przez zaciśnięte gardło, i Roszczuk, wyglądająca jak milion dolarów, z nienaganną figurą i beznamiętną twarzą modelki. „Co ja mam z tobą zrobić?" - pyta Édouard Eddy'ego. I dopiero wtedy pojawia się szansa na autentyczną diagnozę, bo ów zakompleksiony prowincjusz odzywa się pełnym głosem. „Życie w ubóstwie nie jest wyborem" - odpowiada, a nieszczęśliwi, niekochani, przepracowani ludzie z przedmieść stworzą kolejne pokolenie nieszczęśliwych ludzi. Jednak za tym rozpoznaniem nie idą żadne sensowne wnioski. Aby żyć dalej, należy zabić w sobie Eddy'ego, zmienić imię, nazwisko, orientację seksualną, wskoczyć w nowe, dobrze zaprojektowane ciuszki, mieć wielu kochanków i sączyć winko z przyjaciółmi. I tak kończy się krótka i złudna szansa na wielogłos. W tak zmontowanej i zainscenizowanej tezie gubi się głębszy wymiar tej prozy: Édouard zawdzięcza Eddy'emu swoją pojedynczość, pisarską wrażliwość, dzięki niemu jest istotą nieprzynależną, jest kimś „wetkniętym" w społeczeństwo.

Czy istnieje szansa, by - klik, klik - ten warszawski teatr obejrzała sobie polska prowincja, zamiast, dajmy na to, kolejnego odcinka „Rancza"?

Tytuł oryginalny

Zabić Eddy'ego

Źródło:

Do Rzeczy nr 49