Logo
Recenzje

Za dużo wszystkiego

13.04.2026, 11:06 Wersja do druku

„Za dużo wszystkiego” wg scen. i w reż. Michała Buszewicza w TR Warszawa. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. Wojciech Sobolewski

Śmiesznie się czasem splatają sytuacje w życiu w kontekście spektakli, które ma się zobaczyć, kiedy jesteś chory na głowę i nawet w czasie dnia wolnego zastanawiasz się czy wszystko w pracy dopiąłeś na ostatni guzik przed urlopem i nerwowo odświeżasz Teamsa na telefonie będąc ukrytym za opcją offline i martwisz się, że nic nie przychodzi, a to dlatego, że jedziesz z Krakowa do Warszawy i akurat jesteś w tunelu.

W TR Warszawa pojawił się znowu na dwa pokazy spektakl Michała Buszewicza, którego jeszcze nie miałem okazji sobie obejrzeć, a – jak wiadomo nie od dziś – jestem zawodową Buszarą i zbieram te przedstawienia jak kamyczki do mojego teatralnego ogródka. „Za dużo wszystkiego” orbituje wokoło tematu dość istotnego z mojej perspektywy, czyli tego jak bardzo dajemy się uwięzić w łańcuchach pracy i korporacji – nic odkrywczego, ale tutaj ważne jest jak zostało to poprowadzone, bo wiem już z doświadczenia, że Buszewicz (oraz jego wąsy) potrafią z tematu nawet z pozoru błahego i już przewałkowanego wyciągnąć jeśli nie jakąś błyskotliwą myśl to chociaż przedstawić to w tak krzywym zwierciadle, że przez to obśmianie może dojść do sytuacji terapeutycznej w danym temacie. Trochę w ten sposób to wygląda w przypadku „Za dużo wszystkiego”.

Reżyser i autor tekstu w jednym kreśli przed nami opowieść skupioną na kilku typach charakterologicznych, które najpewniej każdy kiedyś spotkał na swojej zawodowej drodze: chłop, który w biurze cały czas jest na skraju i grozi codziennie, że się zwolni (tak, to ja); typowy człowiek, co zawsze ma najgorzej, chodzi i narzeka jaki ma zapierdziel w robocie i jak bardzo ma źle; młoda, entuzjastyczna, energiczna dziewczyna z nadzieją na dobrą pracę; biurowy donosiciel do zarządu; miłośniczka zapierdolu oraz zbyt dobry pracownik, który kończy ze wszystkimi nie swoimi taskami do zrobienia, bo ma za miękkie serce. Taka mieszanka wybuchowa przelewa się przez scenę TR Warszawa, budując pejzaż opowieści o udrękach pracownika, nie tylko w czasie bycia w biurze i konieczności znoszenia gaslightingu i wodzenia za nos przez szefostwo (tutaj Adam Woronowicz – wielki nieobecny, widoczny jedynie na projekcjach: czy to w formie samego siebie czy wesołego cherubinka szybującego na chmurze), ale też pracownika w domu, który nie ma czasu na swoją rodzinę, bo jest tak zapracowany, że zanim wróci do siebie to już musi wyjść do pracy i w sumie to już jest spóźniony z rzeczami na za tydzień. Buszewicz mocno wystawia na pierwszy plan jak bardzo praca i to, ile w niej robimy, staje się wyznacznikiem naszego poczucia własnej wartości; jak nie baczymy na to, jak niewiele praca ma wspólnego z prawdziwym życiem, biorąc pod uwagę , że najpewniej to, ile mejli dziennie wyślemy, nie ma nic wspólnego z tym, jakimi ludźmi jesteśmy (chyba, że mówimy o Ance z zespołu obok, która ciągle do mnie pisze, żebym jej wysłał raporty – ANKA DAJ MI SPOKÓJ, JESTEM W KIBLU INWALIDZKIM I GRAM W CANDY CRUSH SAGA, NIE MAM CZASU NA TWOJE RAPORTY Z HOLDINGAMI).

Całość jest utrzymana oczywiście w typowej dla tego twórcy atmosferze absurdalnej wesołości, pomimo budowania historii o momentami trudnej walce z systemem zapierdolu, donosicielstwie, chorym wręcz poczuciu niespełnienia i coraz to mocniejszym przekraczaniu granic w dokręcaniu sobie samemu śruby. Jest to mocno zabawna opowieść o wyczerpaniu i maskowaniu tego coraz szerszym uśmiechem. Jednocześnie, przez kostiumy i scenografię Doris Nawrot, całość nabiera wajbu obserwowania zmagań dzieci w jakiejś dziwnej zabawie w przedszkolu, której zasady dla każdego są inne i nikt tak naprawdę nie wie jak mu idzie. Kolorowe ogrodniczki, migające, wesołe, kolorowe światełka w barwnym podwieszanym suficie i materiałowe tipi na przemian rozkładane i składane są skomponowane na jeszcze jedną mini meta warstwę – może tak realnie tym jest nasza praca? Mejle, KPI, meetingi, które mogłyby by być mejlem są przedszkolną zabawą dla dorosłych, którzy potrzebują mieć jakieś zajęcie na 8 godzin w ciągu dnia, a do przedszkola się już nie zmieszczą, bo zjeżdżalnie są przystosowane tylko do 30 kilogramów wagi użytkownika.

Pysznie było zobaczyć znowu Karolinę Bednarek, która ma tak gigantyczny potencjał komediowy, ale też moc w głosie, że kiedy wrzeszczała ze sceny „dopierdol mi kolejny task” to aż ze stresu pomyślałem, czy nie mam przypadkiem czegoś, żeby jej dosłać do zrobienia. Wcześniej Bednarek pracowała z Buszewiczem przy łódzkim spektaklu „Śmieszy cię to?” i dawała popis możliwości, a i tutaj w gościnnym występie dowiozła, co trzeba. Mam wrażenie, że doskonale rozumie estetykę tego twórcy i łapie z nim dobrą nić porozumienia. Jestem zachwycony.

Finalnie „Za dużo wszystkiego” jest bardzo nieprzyjemnym tematem podanym w sposób jak najbardziej przyjemny i przystępny. Bawiłem się bardzo dobrze i mimo, że nie zostałem zdewastowany emocjonalnie jak po kilku innych spektaklach tego twórcy, to jest to w porządku, bo nie każdy temat ma energię na niszczenie („Autobiografia na wszelki wypadek” na zawsze w moim sercu i „Chłopaki płaczą” w Dramatycznym w Warszawie – koniecznie trzeba zobaczyć, bo tam mi się pięknie oczy pociły). Niemniej, ten spektakl Buszewicza zagarnął mnie do takiej strefy komfortu, że skoro jest przedstawienie o takim problemie to znaczy, że nie jestem w nim sam, a to jest już budujące. Bardzo czarowny czas, spędzony w towarzystwie postaci zmyślonych, ale niewygodnie znajomych z codziennej zabawy w biurze.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Sprawdź także