„Hotel Molier” Marysi Stasiak, Oskara Sadowskiego i Krysi Bednarek w reż. Oskara Sadowskiego w Teatrze Nowym w Poznaniu. Pisze Malwina Kiepiel w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki: (4/10) – poniżej przeciętnej/rozczarowujący
„Witamy w hotelu Molier” – to powitanie wypowiedziane z zawodową uprzejmością w miejscu, które ma zapewnić komfort tak kompletny, by nic nie zakłóciło spokoju gości.
Na scenie basen, ręczniki, leżaki i goście toczący rozmowy. W tle kobieta odkurza podłogę. Ten pierwszy obraz od razu ustawia perspektywę: ktoś pracuje, by ktoś inny mógł odpoczywać.
Pierwsza część spektaklu jest rozciągnięta, ponieważ jej celem jest rozpoznanie towarzystwa. Widz dostaje czas, by przyjrzeć się ludziom, których stać na to miejsce i na to spowolnione tempo. W tym hotelu przebywają: śpiewaczka operowa Elisabeth Vogler (Gabriela Frycz), rosyjska rodzina Bałabanowów – Anastazja (Antonina Choroszy), Nikola (Malina Goehs) i Wiktor (Sebastian Grek), para w kryzysie (Martyna Zaremba-Maćkowska i Tomasz Mycan), Krystyna Hayel (Maria Rybarczyk) oraz starszy pan Tama Gochi (Wiesław Zanowicz). Wokół nich krążą pracownicy: pielęgniarka Alma (Maria Bruni), menedżerka (Edyta Łukaszewska), masażysta (Waldemar Szczepaniak), kelnerzy (Ildefons Stachowiak i Sylwester Piechura), towel boy (Mateusz Wróblewicz) oraz pokojówka (Olga Lisiecka).
Rozmowy przy basenie są długie i pozornie lekkie. Padają zdania o pasożytach odpowiadających za zaburzenia, o autoagresji, sztuce, tradycji, Molierze, którego ktoś nie czytał. To dobrze napisany materiał sceniczny. Aktorzy improwizują w ramach tekstu i brzmią naturalnie. Ktoś opowiada historię o surferze pożartym przez krokodyla, gdy oddawał mocz w lagunie. Ktoś robi zdjęcia na Instagram. W tych rozmowach chodzi przede wszystkim o zapełnienie czasu. Oskar Sadowski, reżyser przedstawienia, był asystentem Krystiana Lupy – czuć, że mistrz miał wpływ na ucznia.
Wiele tu cytatów ze znanych twórców – choćby scena, w której dwóch mężczyzn obserwuje młode, idealne ciało tzw. znanego aktora, Ksawerego (Michał Kocurek), wchodzącego do basenu. Ten obraz jest niemal przepisany z filmu „Młodość” w reżyserii Paola Sorrentino. Pokazuje on konstrukcyjną strategię tej realizacji: tworzenie z gotowych obrazów kultury, które mają nieść znaczenie poprzez samo rozpoznanie.
Najbardziej poruszającą sceną pierwszej części jest „Rytuał Śpiącej Piękności” (Olga Lisiecka), zamówiony przez Tamę Gochiego. Regulamin, procedura, zakaz zostawiania śladów na ciele dziewczyny, zapewnienie anonimowości. Hotel staje się tu miejscem, w którym pieniądze organizują nawet najmroczniejsze pragnienia tak, by wyglądały jak kolejna usługa.
Druga część przynosi zasadnicze przesunięcie. Hotel przestaje być kurortem, a zaczyna przypominać pułapkę. Pojawia się kolejne odwołanie – tym razem do „Anioła zagłady” Luisa Buñuela. Oglądamy sytuację zamknięcia, w której bohaterowie nie potrafią opuścić miejsca, mimo że fizycznie nic im tego nie uniemożliwia. Elita zostaje uwięziona we własnych rytuałach i w przekonaniu o swojej wyjątkowości.
W tej części pojawia się kolejny cytat – monolog inspirowany opowiadaniem „Deutsches Requiem” Jorge Luisa Borgesa. To jeden z najmocniejszych momentów spektaklu. Wypowiedź nazistowskiego zbrodniarza, który mówi przed egzekucją, że nie ma w nim winy i że historia świata potwierdzi jego rację. W tej sekwencji wyraźnie widać, o co pytają twórcy: czy zło jest cechą elit, czy jest wpisane w naturę człowieka, czy historia jest powtarzalnym kołem okrucieństwa i czy w ogóle istnieje możliwość wyjścia z tego mechanizmu.
Sadowski wykorzystuje ten monolog, by pokazać świat, który utracił zdolność regeneracji, ponieważ zamiast mierzyć się z własnym udziałem w przemocy, woli się z niej wypisać. W tym sensie „Hotel Molier” jest opowieścią o społeczeństwie zmęczonym sobą.
W hotelu Molier panuje właśnie taki nastrój. Postaci mówią, bo nie mają nic innego do zrobienia. Konsumują, bo nie potrafią inaczej funkcjonować.
Liczba cytowań sprawia, że „Hotel Molier” nie jest przedstawieniem komfortowym dla widza. Jego długość, nadmiar wątków i świadome przeciążenie formą działają na granicy wytrzymałości, ale – co ciekawe – nie są przypadkowe. To teatr, który celowo męczy. Sadowski wpisuje się w nurt młodego teatru krytycznego wobec elitaryzmu, lecz szczęśliwie nie czyni tego z pozycji moralnej wyższości.
Jednak cytatów i odniesień jest bardzo wiele – zbyt wiele. Do Moliera dołączają teksty Borgesa, Malapartego i Mirbeau. Pojawiają się odniesienia do Buñuela, Bergmana i Bressona. Słyszymy Straussa i Glucka, ale też „Wind of Change” Scorpionsów.
To nie jest już gęstość – to nadmiar. A reżyseria nie polega przecież na tym, by wszystko, co tylko się da, umieścić w jednym spektaklu.
„Hotel Molier” ma kilka naprawdę mocnych scen. Grają w nim świetni aktorzy. Wyróżnia się także ogromną liczbą pomysłów. I dlatego rozpada się pod własnym ciężarem.