EN
22.12.2021, 19:48 Wersja do druku

Z fotela Łukasza Maciejewskiego: Zupa z Transcendencją

fot. Marek Gardulski / mat. Instytutu Teatralnego

Nie wiem czy jedli. Tego nie było widać. Czasami mlaskanie. Tak, mlaskanie się słyszało. A to pewnie była modlitwa.

Kiedy na którychś zajęciach, opowiadałem studentom Szkoły Filmowej o teatrze Lupy, o zupie i mlaskaniu w „Braciach Karamazow”, o scenie z Aloszką i z Iwanem, zwierzyłem się im, że jeżeli teatr jest dla mnie ważny, jeżeli to jest sprawa serio, zawdzięczam to w dużym stopniu Lupie. Bo kiedyś zobaczyłem „Braci Karamazow”. Obejrzałem raz, drugi, szósty. I zrozumiałem wtedy, że teatr jest ponad inne sztuki, że nie istnieją epitety, określenia i oceny, które byłyby wystarczające wobec tego spektaklu.

Przechowuję to wspomnienie, bo jest świętem, a coraz rzadziej myślę o świętach, codzienność zachwaszcza. Świętem był sam spektakl, świętem była jedna scena. Spotkanie Aloszy i Iwana. Nie szukam nawet prawdy, od dawna mam to przerobione, prawda teatralnego wspomnienia, zwłaszcza wspomnienia euforycznego, to jest relikwia, nie musi się wszystko ze sobą zgadzać, może nawet nie powinno. Teatr ze wspomnienia z czasem przeradza się w coś w rodzaju legendy, mitu, może uroczyska. Nie ma sensu odbierać mu czarowności, nie ma sensu z ekierką szukać prawdy. Prawda jest moja, jest we mnie, jest – jak teatr – zaczarowana.

Byłem wtedy w teatrze mocniej, bo nie miałem jeszcze dwudziestu lat, albo coś koło tego, i wszystkimi porami mojej wrażliwości, czy może nadwrażliwości, usiłowałem wypełniać ją czymś, co projektowałem jako sens, jako manifestację budowania własnej siły – wymierzonej wobec organicznych, charakterologicznych słabości. Dobrze trafiłem. Inicjacją były spektakle Jarockiego, Grzegorzewskiego, ale przede wszystkim Lupa. Wielki wówczas, i wielki wciąż, ale wtedy wielki inaczej, bo oglądany szeroko otwartymi oczami pobudzonego inkuba otwierającego oczy na sztukę, czyli na siebie. Tak, miałem szczęście.

Detale mogą, czy nawet powinny być wyobraźnią, ale aura nie może być zmyślona. Aura, czyli to, co w takiej scenie zobaczyłem, co zapamiętałem, co w sobie ocaliłem. Biegałem na „Braci Karamazow” z przejęciem. Piąty, szósty, ósmy raz. I jeżeli dzisiaj, z dystansem, ale i z pewną czułością, przyglądam się tym moim nieporadnym, często niewydarzonym latom studenckim, to bieganie na Lupę, wydaje mi się jedną z najpiękniejszych przygód tego okresu.

Oglądany wiele razy, można powiedzieć oglądany bez końca „Kalkwerk”, potem „Lunatycy”, „Hugenau, czyli Rzeczowość”, słabsza „Sztuka”, albo grane do dzisiaj „Rodzeństwo”, które wówczas wydawało nam się czymś nie do końca udanym, a teraz – nie tylko w repertuarze Starego – jawi się jako perła najprawdziwsza, przede wszystkim jednak „Bracia Karamazow”. Dostojewski jako patron, ale patron rozliczany ze swojego patronatu, muzyka Radwana, arcydzielność plastyczna i inscenizacyjna, jeszcze aktorstwo, jeszcze role. Boję się zacząć wymieniać, bo przecież można by nie skończyć, ale jednak trzeba wymieniać, chociaż parę nazwisk. Gorączka krasawicy, gorączka pięknej Gruszy, Katarzyny Gniewkowskiej, ja takiej erotyczno-melancholijnej gorączki nie widziałem już chyba nigdy potem w teatrze, a jeszcze paralityczna Lise-Fudalej na inwalidzkim wózku złośliwości i rozpaczy, a jeszcze namiętny Dymitr – Ruciński, zepsuty Smierdiakow – Skiba, Zosima – Hudziak, stary Karamazow – Peszek. Nie wymieniaj, nie wymieniaj, nie zaczynaj nawet, bo zabłądzisz. I jeszcze legendarna scena jedzenia zupy. Grający Iwana, Jan Frycz, po latach opowiadał mi o kubku. Był sobie kubek. Na stole. Kubek sunął w trakcie tej sceny, ich sceny, poruszał się nieznacznie. Nikt tego nie widział, ale to było ważne. Poruszanie się garnuszka. Kto chciał, ten zobaczył.

Niby wiele widziałem w teatrze takich momentów, scen żarzących, pełnych, w jakimś stopniu porażających, teatralnych scen, które nie kończą się, bo mamy wrażenie że się nigdy nie zaczęły. I wracają często nieproszone, zostają, po prostu zostają. Na tym polega w końcu teatr, żeby takie sceny wracały. Żebyśmy wracali do nich. Robili sceny pamięci i sceny z pamięci. Ale nawet w tej kategorii istnieje jakaś hierarchia, jest konkurencja. Wielkie sceny rywalizują z większymi jeszcze. Są i największe. Jak rozmowa Aloszy z Iwanem.

Kiedy oni mówili, czas przestał mijać. Kiedy jedli zupę, rozmawiali o Bogu, czas się zatrzymał. I czuliśmy, wszyscy czuliśmy, wszyscy na widowni, a zdawało się również, że poza nią, że ta scena równie dobrze może trwać jeszcze godzinę, dwie albo trzy. Że ta rozmowa trwa ale nie trwa, że zupa nie stygnie, że Bóg tam jest. Może szatan, ale Bóg.

Kiedy Alosza powiedział ostatnie słowa, kiedy Iwan w odpowiedzi tylko pomruczał, posiorbał, a Frycz był odwrócony tyłem, czy bokiem, świat teatralny dobijał właśnie do wyobrażonego kresu, który jest niemożliwością. Nie można iść dalej. Każdy kolejny krok unieważniłby metafizyczny szept. Bo oni szeptali. I wyszeptali sobie wieczność. Scena poza czasem to jest magia. Nie wierzę w czary, ale to była magia.

[Tekst publikowany w grudniowym numerze „Kalejdoskopu Kultury”, 2021].

Źródło:

AICT Polska
Link do źródła