„Magiczna rana” wg Doroty Masłowskiej w adapt. i reż. Radosława B. Maciąga w Teatrze Studio w Warszawie. Pisze Marek Zajdler w portalu naszteatr.pl.
Teatr Studio już po raz czwarty sięgnął po twórczość Doroty Masłowskiej, bliskiej widać młodej publiczności warszawskiego przybytku kultury. Tym razem padło na ostatnią powieść autorki, będącą w gruncie rzeczy delikatnie powiązanym zbiorem opowiadań, w których turpistycznym constans odbija się współczesne wielkomiejskie społeczeństwo. „Magiczną ranę” wziął na tapetę Radosław B. Maciąg, którego „Tęsknię za domem” było jednym z najciekawszych doświadczeń teatralnych poprzedniego sezonu. Reżyser specjalizujący się w ukazywaniu skomplikowanych ludzkich relacji został postawiony wobec prozatorskiego zapisu serii monologów wewnętrznych o… braku relacji. Jak z tego wybrnął?
Oryginalny tekst okroił Maciąg do sześciu metropolitarnych opowiadań i jednego, które posłużyło mu za metafizyczną klamrę spinającą całość. Tworzy tym samym zgrabną dramaturgiczną ramę anonsując przy okazji kolejne historie delikatnymi nawiązaniami fabuły, a poprzez humorystyczne zabarwienie daje też chwilę relaksującego oddechu. Oddechu od upiornej codzienności wykrzywionej pokracznie ostrym piórem Masłowskiej, w której wyobcowani bohaterowie zanurzeni po szyję w depresyjnej samotności usilnie starają się przekonać nas o zajebistości ich świata. Desperaci, tak obcy, ale jakby znajomi, tkają nieudolnie sieci społecznych relacji w podszytej fałszem i życiem na pokaz rzeczywistości. Kobiety są tu zagubione, szukające na siłę uczucia i romantycznej miłości, bądź wypierające ze świadomości toksyczność obecnych związków. Epatujące „women power”, przybierające lśniące maski i zbroje, naiwnie ufające w głębokość powierzchownych więzi okazują się wewnętrznie potłuczone i połamane iluzją własnych oczekiwań. Mężczyźni jawią się jako zwierzęta, których nadrzędnym celem jest seksualna zdobycz, nastawieni na wykorzystanie i porzucenie. Ewentualnie jako uciekinierzy zwijający manatki natychmiast, gdy grunt zaczyna im się palić pod nogami. Dryfujący na własnych wyspach, gdzie odtrącenie i milczenie stają się strategią przetrwania męskiego ego.
Niezależnie od tego czy patrzymy na społeczne niziny czy na kolorowy świat celebrytów, nic tu nie jest kolorowe. Chyba że po prochach. Ludzie bezustannie pasożytują na innych, niekiedy niszcząc sami siebie, umyślnie lub zupełnie przypadkowo popadają w schematy i kalki byle dogonić społeczne trendy. Byle spełnić kapitalistyczny sen o powodzeniu i fortunie. W płaskich, nijakich relacjach, w coraz bardziej zlogarytmizowanej komunikacji rozdrapują bezustannie własne kompleksy i emocjonalne dysfunkcje. I tytułową magiczną ranę, która „nigdy się nie zrasta ani się nie goi, a zaklęte w niej cierpienie ciągle się odnawia pobudzając i przynosząc nieskończone korzyści”.
Czy opowiadane historie mówią nam coś nowego? Chyba niekoniecznie, są po prostu przejaskrawioną karykaturą naszej współczesności, gdzie „zawieszony automat do bycia mamą” chroni swą pociechę przed niebezpieczeństwami szkolnej edukacji i skupia się na monitorowaniu poziomu glutenu; gdzie celebryci żyją w bańce blichtru gardząc pospólstwem i kompensując stresy konsumpcjonizmem, używkami czy tworzonym na użytek gawiedzi fałszywym obrazem w socialach; gdzie największym egzystencjalnym problemem intelektualnej pustki staje się „pęknięta macierz paznokcia”; gdzie ludzie udając rozpierające ich szczęście żebrzą o miłość czy społeczną sprawiedliwość dostając w zamian jedynie rozczarowania i kolejne kopniaki w dupę. I choć część opowieści pochodzi spoza mojej rzeczywistości, to jednak w odpryskach czarnego lustra pewnie każdy znajdzie znajome twarze.
Szczęśliwie w tym całym nieszczęściu clou programu stanowi ironizujący tekst Masłowskiej, który podawany z wyczuciem przez aktorski zespół łagodzi nieco pesymistyczny obraz wielkomiejskiego świata. Zrytmizowany słowotok autorki ubrany jest na scenie w człowiecze szaty, czasem nawet rozdwojone, ale nigdy sztuczne. Zachwyca we wszystkich wcieleniach Maja Pankiewicz, której harda, żyjąca w poczuciu wykluczenia Gabi przywodzi mimowolnie na myśl jej rolę Harry’ego w „Pięknym początku”. Tutaj jednak bohaterskie stawianie się życiu czy nieustanne „przekuwanie gówna w sukces” spala ją wewnętrznie doprowadzając ostatecznie do emocjonalnej rozsypki i rezygnacji. Na wyżyny wspina się Daniel Dobosz kreując zagubionego we własnych uczuciach gościa „od kanapek z serem”, postać z krwi i kości osaczoną nagłym afektem kuzynki, który jak chorągiewka na wietrze miotany jest na przemian namiętnościami i wyrzutami sumienia.
Wspaniale dobraną parę tworzą ukróliczkowiony Rob Wasiewicz i poturbowany Marcin Pempuś jako Młody i wujek Damian wprowadzając filozoficzno-rozrywkowy przerywnik między opowieściami. A przecież obok nich na scenie są jeszcze inne wyraziste postaci: rewelacyjna Sonia Roszczuk jako walcząca o siebie i wdzięczna losowi właścicielka rzemieślniczej „Chlebovni”, tonąca w ułudzie przelotnego romansu Ewelina Żak, doświadczająca przemocy domowej egzaltowana gwiazda telewizyjnego serialu Dominiki Biernat, niespełniony zawodowo narcyz Tomasza Nosińskiego, kraszująca się na przegrywów pseudofeministycznie skrzywiona „lolita” Wiktorii Kruszczyńskiej czy wreszcie ucieleśnienie męskiego samca, kolekcjonera, łowcy i zdobywcy cnót niewieścich w osobie gościnnie występujących w Studio Jakuba Łopatki i Michała Surówki.
Maciąg rozczytuje autorkę poprzez różne klisze i popkulturowe gatunki, przenosząc akcję z kina noir do telewizji śniadaniowej, z telenoweli do katastroficznego filmu, nie zapominając też o metaforycznej przestrzeni wykreowanej w głowie osamotnionego dziecka. Umiejętnie balansuje na granicy snu i jawy obnażając za Masłowską społeczne maski naszej życzeniowości wobec świata, iluzje, którymi karmimy mentalne lęki czy prowadzącą do egzystencjalnej pustki pogoń za przerastającymi nas aspiracjami i kuszącym konsumpcjonizmem.
Reżysera wspomaga formalna scenografia Łukasza Misztala wpasowująca się umownością metalowych konstrukcji, palm czy zjeżdżalni w obraz zagubionej, samotnie dryfującej w ludzkim oceanie wyspy Magiczna Rana, do której prędzej czy później dopłyną wszyscy rozdrapujący ją zaburzeni emocjonalnie bohaterowie. Majstersztykiem są spójne koncepcyjnie, popękane, poranione i czerpiące z wyspiarskiej idei kostiumy Patrycji Fitzet wplatające w stroje fragmenty sznurowań, siatek i sieci imitujących relacyjne i życiowe zaplątanie. Oddechu przydają multimedia Natana Berkowicza tworząc ironiczny dystans do rozpadającej się na naszych oczach rzeczywistości – sekwencja destrukcyjnej podróży Malayo-Godzilli przez Warszawę zostaje z nami na długo po opuszczeniu widowni. Całość uzupełniają klimatyczne światła Roberta Mleczki i pulsująca industrialnym rytmem muzyka Przemysława Kundy prowadzące nas drogą z wege wesela, przez zajęcia z tabaty, aż po odpływający w nicość transatlantyk.
Wyłaniająca się ze sceny Teatru Studio surrealistyczna „Magiczna rana” nie przynosi odpowiedzi. Raczej wybrzmiewa echem zdartej już nieco, ale wciąż boleśnie aktualnej płyty. Wytyka palcami i pokazuje bezsens dzisiejszego materialistycznego świata, nieustannej pogoni za ciągłym rozwojem poza wszelką skalę, doskakiwaniem do zawieszonych poza zasięgiem poprzeczek, nierealnymi pragnieniami lepszego życia podsycanymi kolorowym miganiem social mediów. Wybrakowani i popękani emocjonalnie bohaterowie zmagają się z wyobcowaniem, osamotnieniem, a niekiedy społecznym wykluczeniem, a mimo to udają pozorne szczęście, byle za wszelką cenę zachować pozory normalności. Byle nie odsłonić gardy i nie spojrzeć prawdzie w oczy. Brzmi znajomo?
Radosław Maciąg równoważy dojmujący smutek tonących ludzkich wysp wizualizacjami groteskowego humoru i uczłowieczeniem w aktorskich wcieleniach misternie poskładanego języka Masłowskiej. I choć finałowa ucieczka od osaczającej zewsząd drapieżnej rzeczywistości nie daje wytchnienia, nie daje nawet nadziei, to przynosi przynajmniej chwilowe ukojenie. Ciszę zapomnienia wśród wysp samotności. Polecam się tam wybrać, może nie tyle dla znalezienia odpowiedzi, ale by wiedzieć, w które uliczki nie warto skręcać.