Logo
Recenzje

Wyspa

19.03.2026, 09:31 Wersja do druku

„Wyspa” Eugenii Balakirevej w reż. autorki w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. mat. teatru

Lubię być zaskakiwany przez teatr. W przypadku „Wyspy”, za której tekst i reżyserię odpowiada Eugenia Balakireva (dzielnie wspierana w kwestiach dramaturgii przez Krzysztofa Zyguckiego), spodziewałem się jakościowego teatru. Ich poprzedni spektakl, (tylko w odwrotnej konfiguracji na stołkach reżyserskich/dramaturgicznych), czyli „Chłopacy” z Teatru Śląskiego, mocno mnie porozstawiał po kątach. Nie byłem jednak gotowy na taką bombę emocjonalną, jaką zaserwowała Balakireva w swoim przedstawieniu na malutkiej scenie Domu Machin Teatru Słowackiego w Krakowie.

Spektakl skupia się na historii intymnej, raczej cichej, kameralnej (nie wiem, jakie słowa tu jeszcze namnożyć, żeby ją nakreślić, ale żeby przypadkiem jej nie umniejszyć). Balakireva buduje ramy tej opowieści na kanwie swojej rodzinnej historii, która wywodzi się ze wsi Pachomowo (rodzina, nie historia, chociaż historia trochę też). Obszar, na którym znajdowała się ta miejscowość, został w latach sześćdziesiątych zalany wodą i na jego miejscu utworzono spory zbiornik wodny. Podobna sytuacja towarzyszy bohaterom „Wyspy”: spotykamy ich w momencie, w którym wiedzą już, że ich dom przestanie istnieć, ale starają się nadal żyć. Prezentują przeróżne podejścia do tej sytuacji: od ukrywanej euforii na myśl o wyprowadzce do miasta i chęci ucieczki od przeklętej wsi, przez przeróżne stadia żałoby nad umierającym miejscem do niemalże niemego sprzeciwu seniorki rodu, która kwituje to wszystko zdecydowanym stwierdzeniem, że starych drew nie powinno się przesadzać. W teorii obserwujemy to z perspektywy kogoś z zewnątrz – etnografa, który trafia do wsi przypadkiem w zimową noc i zostaje na dłużej, na poły w celu zbadania zwyczajów miejscowych, a po trochu także z własnych, na początku nie do końca jasnych pobudek. Nie chcę zdradzać więcej, bo jest to naprawdę zgrabnie i dobrze napisany tekst, z ciekawą zmianą perspektywy w pewnym momencie i przede wszystkim bardzo uniwersalny. Wydaje mi się, że każdy na widowni będzie w stanie sobie dopasować tę opowieść do jakichś wydarzeń z własnego życia.

Z grubsza „Wyspa” opowiada o ogromnej tęsknocie do własnego miejsca; nie tylko w kontekście miejscowości rodzinnej, ale przede wszystkim do bezpiecznego miejsca, nieważne jakiego. Doskonale wpisuje się to w konteksty dziejące się obecnie na świecie, nie tylko wojenne, ale przede wszystkim w najbardziej ludzką perspektywę, bo raczej każdy utracił jakieś swoje „gniazdo”, w którym było mu dobrze i już tak dobrze nie będzie nigdy i nigdzie. Wsie jednych śpią cicho pod taflą wody, innych zostały starte z mapy przez wojenną zawieruchę, a ja mam jeden punkt na mapie między Łęczycą a Ozorkowem, który już na zawsze będzie zamarznięty w sierpniu 2013 i nawet jeśli tam wrócę, to chociaż budynki będą stały tak samo jak lata temu, nie znajdę już tam tego, co czyniło to miejsce WŁAŚNIE TYM MIEJSCEM. Jest to mocno rozrywające; pomimo tego, że brzmi to dosyć prosto, to w odniesieniu do własnych emocji tekst Balakirevy gryzie jeszcze agresywniej; po to też według mnie istnieje teatr. Warto także popatrzeć na ten spektakl z perspektywy tematu odcięcia się od swoich korzeni i kultury, co mocno pobrzękuje między wierszami, gdzie wyjazd do miasta rysuje się jako koniec czegoś nienamacalnego. Przeprowadzka staje się tożsama z automatycznym zgubieniem czegoś po drodze.

Ten spektakl bardzo mocno przypominał mi książkę Natalki Suszczyńskiej „Wygoda / Выгода”. Autorka trochę podobnie mierzyła się z kwestią odnajdowania własnego miejsca w związku z przesiedleniami z perspektywy osoby, która te historie zawieruch wojennych może traktować trochę jako legendy, bo nie miała szans w nich uczestniczyć. Starsze pokolenie zaś traktuje je jako swoiste traumy i – przekazując je w formie opowieści młodszym – buduje obraz utraconego miejsca na ziemi, którego już nie będzie miało szansy odzyskać. Tworzy to chorą, fantomową tęsknotę za tym, czego się nigdy nie widziało na oczy. Zestawiając książkę Suszczyńskiej z „Wyspą” i własnymi przeżyciami, otrzymałem mieszankę wybuchową emocji, które podrapały mnie bardziej, niż bym sobie tego życzył.

Poza samą warstwą tekstową „Wyspa” jest dopieszczona wizualnie i muzycznie (za muzykę odpowiada Władysław Szaban). Bardzo fajna scenografia Jerzego Basiury, utrzymana w odcieniach szarości, dodaje poczucia melancholii, a jednocześnie daje wrażenie obserwowania starego, wypłowiałego zdjęcia. Basiura zrobił też super kostiumy! Zwłaszcza te, które są w pełni czarne i mają naszyte czerwone, błyszczące diamencikowe wzory etno-ludowe. Przepiękne są te kostiumy, mamma mia, chciałbym takie nosić na co dzień. Super dobrany kontrast kolorystyczny. Całość przestrzeni bardzo dobrze ze sobą współgra, momentami niezwykle celnie na zasadzie kontrastów, gdzie pośród szarości mienią się czerwone elementy kostiumów czy też mocniej świeci na pomarańczowo okrągła lampa na stole w zainscenizowanej chacie.

Aktorsko jest bardzo spoko, niezwykle spodobał mi się Zarzecki w roli Damiana-etnografa. Niby ktoś z zewnątrz, ale jednak jakby znajomy, budujący swoją postać w sposób na tyle nieoczywisty, że w pewnym momencie nie byłem pewien, czy bohaterowie wpuścili do swojego domu zwykłego człowieka, czy śmierć we własnej osobie. Przyjemnie się patrzy na to, jak Zarzecki wije się w meandrach swojej roli.

Za serce złapała mnie też Halina w wykonaniu Bożeny Adamek. Seniorka rodu, świadoma, że jej całe życie zniknie i nie jest w stanie określić, czy chce zniknąć razem z nim, czy jest gotowa oddać swoją tożsamość i zacząć od nowa. Raczej nie, i to bardzo mocno przebłyskuje w tym, co proponuje ze sceny. Przypominała typową polską babcię, która poza swoim gospodarstwem świata nie widzi. Smutna, ale też bardzo mocna w swoim smutku rola.

„Wyspa” okazała się być naprawdę pięknym obrazem przemijania i nieutulonego tęsknienia do tego, co już dawno stracone. Jestem oczarowany tym, co zobaczyłem, bo dawno nie widziałem spektaklu tak nienachalnie smutnego, niedającego nadziei i najzwyczajniej w świecie pokazującego, że nawet w obliczu końca świata życie toczy się dalej i czasem niezgoda na ten niepohamowany kołowrót zdarzeń nie daje nam gwarancji na to, że damy radę coś zmienić. Lubię, jak teatr wsadza mi paluchy w nie do końca zabliźnioną ranę i chyba każdy ma podobną wyspę jak reżyserka. Mam nieodparte wrażenie, że na tej małej scenie w Teatrze Słowackiego ostatnio dzieją się ciekawsze rzeczy niż na ich głównej scenie. No shade – tylko takie spostrzeżenie.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

18.03.2026

Sprawdź także