Logo
Recenzje

Wycofaj się za nas

28.09.2026, 15:57 Wersja do druku

„Bił sobie Andrzej” Mariusza Gołosza w reż. Klaudii Gębskiej w Akademii Teatralnej w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Bartek Warzecha/ mat. teatru

„Bił sobie Andrzej”, był i bił. Jego walki oglądało pół Polski wstając w środku nocy i licząc, że tym razem Andrzej da radę. Że pokona przeciwnika, przezwycięży sam siebie, a my pękać będziemy z dumy. Tyle że scenariusz najważniejszych walk bokserskich Andrzeja Gołoty miał złośliwie zapisaną na ostatniej stronie porażkę. Po postać polskiej legendy boksu sięgnął Mariusz Gołosz pisząc tekst, który w teatralną wizję ubrały twórczynie młodego pokolenia – reżyserka Klaudia Gębska i dramaturżka Julia Nowak. W sportowe stroje i luźną historię kariery polskiego nieomal czempiona ubrały zaś studentów Wydziału Aktorskiego warszawskiej Akademii Teatralnej, prezentując pierwszy tegoroczny dyplom przy Miodowej. 

Co ci wszyscy młodzi ludzie wiedzą o Gołocie? – kołatało mi w głowie. W czasach świetności boksera większości z nich nie było nawet na świecie. Gołota przewinął się może w kilku internetowych memach, może usłyszeli gdzieś starą piosenkę Kazika, ale żeby tak porywać się na postać sportowego i żyjącego herosa? Przecież jak się dowie, to… I przyszedł. Obejrzał. Przybił piątkę, uścisnął, podpisał rękawice. Bo „Bił sobie Andrzej” wzbudza szacun nie tylko na dzielni. To po prostu piekielnie dobry teatralny spektakl dyplomowy.

Ale, ale… czemu „dyplomowy”? Że jakiś gorszy, słabszy? A chcesz w ryj? No nie, spokojnie. Dyplomowy nie znaczy gorszy. Dyplomowy, czyli taki, który pozwoli wstępującym na ścieżkę zawodową adeptom aktorstwa pokazać się z możliwie wielu stron. Im ich więcej, tym lepiej. „Bił sobie Andrzej” przeplata sceny dramatyczne, komediowe i liryczne. Wyciska siódme poty scenicznym ruchem, nie skąpiąc też grupowej choreografii. Innymi słowy, daje młodym aktorom pole do popisu i pokazania swoich możliwości w niemal całym spektrum teatralnej sztuki. Na scenie, czy raczej na bokserskim ringu ją tworzącym, mamy czworo równorzędnych bohaterów, którzy tkają wątek American dream Andrew Goloty, z osnowy zaś czyniąc historię o upadkach i powstawaniu, o bezustannym dążeniu do celu, o budujących porażkach i potrafiącej przytłoczyć presji oczekiwań otoczenia. 

Franek Świrski wciela się w tytułowego bohatera. Początkowo małomówny, nieco mrukliwy, z fizjonomią wyrażającą zacięcie i determinację. Wydawało się, że rola ta skupi się przede wszystkim na wymiarze fizycznym i przyznać trzeba, że młody aktor zrobił bardzo wiele, aby uwiarygodnić w tym aspekcie swą postać. Nie chcę nawet myśleć, ile kilogramów traci podczas jednego spektaklu, ale choć pot ścieka z niego strugami, to widać, że formę trzyma nielichą. Prawdziwie tragiczne oblicze ujawnia podczas przegranych walk, wyrażając ruchem i mimiką cały ból i cierpienie człowieka, któremu życiowa szansa wymyka się z rąk. A gdy nie spodziewamy się wiele więcej, wygłasza monolog, po którym nawet muchy zawisają w powietrzu. Faktycznie, nic nikomu nie musi udowadniać. Podobnie jak jego Trenerka, Matylda Gaweł, alter ego Lou Duvy, Ala Certo, Sama Colony, Gmitruka i Gortata zamknięte w żwawo poruszającym się po ringu żeńskim ciele. Kobieca postać mówi jednak językiem twardziela, bez owijania w bawełnę, bez cackania się, okłada Andrzeja ciosami – tymi fizycznymi i tymi, często bardziej bolesnymi, psychicznymi. Brutalnymi słowami prawdy. Bo w tym sporcie nie ma miejsca dla mięczaków. Szczęśliwie jest w niej także swoiste ciepło, opiekuńcza sympatia, próba zrozumienia umysłu zawodnika, który przegrywa sam ze sobą. W roli amerykańskiego komika Conana O’Briena hamulce już puściły. Michalina Łajtar, jako małżonka Gołoty, Mariola, jest mu opoką, przyjaciółką przy porannej kawie i po trosze PR-owcem ratującym z opresji niezbyt wygadanego męża. Mimowolnie wywiera na nim presję sukcesu, ale staje też murem za Andrzejem po każdej z porażek i dźwiga go do pionu, pokazując siłę łączącej ich relacji. Wigoru Łajtar nabiera w roli ringowej komentatorki, gdy w feerii świateł może poszaleć i wspólnie z Maciejem Rębaczem odtworzyć choć w części atmosferę nowojorskiej Madison Square Garden. Aktor jako Najszybszy Człowiek w Bloku parafrazuje nie tylko polską przeszłość Gołoty, ale symbolizuje także wszystkich kibiców-rodaków, którzy w latach 90. z wypiekami na twarzy oglądali walki Endriu po nocach. Rębacz sprawdza się jako swojsko-nostalgiczny komentator przeszłości, ale wnosi też sporo humoru, rozładowującym sceniczne napięcie stand-upem czy przezabawnym tłumaczeniem wywiadu Gołoty z wykorzystaniem języka migowego w wersji six-seven. Cała czwórka świetnie odnajduje się również w inspirowanych boksem choreograficznych układach Dawida Tasa, których atrakcyjność podkreśla dodatkowo energetyczna muzyka Maksa Zielińskiego.

Wychodząc od boksu „Bił sobie Andrzej”, dociera ostatecznie do aktorstwa, dotykając nawet żartobliwie absolutu. Sportowa porażka pod presją sukcesu zestawiona zostaje z walką o role wkraczających do zawodu aktorów i kolejnymi castingami, w których słyszą „może następnym razem”. Andrzej Gołota dotarł niemal na sam szczyt, ale przegrał ze swymi słabościami i nie potrafił wykorzystać własnego potencjału. A może wycofał się, bo tak dyktowały mu rozum i serce? Teraz staje się mężem opatrznościowym młodych artystów, którzy proszą, by w chwilach zwątpienia wycofał się za nich. „Do Ciebie się uciekamy, a Ty za nas uciekaj” modlą się na scenie. „Wycofuj się za nas w każdym nieodwagi momencie”. Ikona boksu Andrzej Gołota staje się świętym obrazkiem w portfelu strzegącym od zawodowych niepowodzeń. Talizmanem na szczęście. A przy okazji symbolem odwagi i determinacji w podążaniu za marzeniami. Których spełnienia życzę niniejszym całej ekipie zdolnych młodych.

Tytuł oryginalny

Wycofaj się za nas - "Bił sobie Andrzej" w Akademii Teatralnej, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także