Skrzydelski: Nie ukrywajmy swoich uczuć czy raczej odczuć, w dodatku prawdziwych. Na kolejną premierę w warszawskim Teatrze Współczesnym, od roku 1981 nobliwie kierowanym przez Macieja Englerta, wybieraliśmy się z przeświadczeniem, że będzie to jeden z tych licznych wieczorów przy Mokotowskiej, z których niewiele wynika.
Moroz: Od razu korekta do twoich słów.
Skrzydelski: Bardzo przepraszam, ale naprawdę od roku 1981.
Moroz: Tu akurat nie mijasz się z prawdą, którą za każdym razem należy solidnie podkreślać. Miałem na myśli to, że te rozliczne albo liczne stracone wieczory nie dotyczą przedstawień muzycznych ze Sceny w Baraku. Niedawno mieliśmy tam prawdziwe wydarzenie, o którym rozmawialiśmy: „Z ręką na gardle. Piosenki z repertuaru Ewy Demarczyk” w reżyserii Anny Sroki-Hryń.
Skrzydelski: I dokładnie ten fakt chciałem uczciwie uwzględnić, lecz przerwałeś mi w samym środku mego rozumowania. W ramach uczciwości własnej zapragnąłeś zachwalić dokonania starej, poczciwej, konserwatywnej placówki kulturalnej w środku stolicy. To do ciebie pasuje, gdyż sam jesteś poczciwy i konserwatywny (dosyć), choć nie stary.
Moroz: À propos starości, to właśnie się zorientowałem, że wychodzi na to, że dyrektor Maciej Englert jest dyrektorem dłużej, niż ty żyjesz.
Skrzydelski: I dłużej niż ty.
Moroz: To jednak nieco łatwiejsze.
Skrzydelski: Zostawmy te smutne sprawy.
Moroz: Ale we Współczesnym w tragikomedii „Kim jest pan Schmitt?” też sporo smutku. A śmiech wynika w niej bardziej z żartu sytuacyjnego niż z wniosków, które wypływają z położenia głównego bohatera, czyli lekarza okulisty. Jarosław Tumidajski wybrał dość intrygujący tekst francuskiego aktora i pisarza Sébastiena Thiéry’ego.