Logo
Recenzje

Wojna z kobiecą twarzą

21.05.2025, 10:44 Wersja do druku

„Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” wg scen. Magdy Szpecht i Szymona Adamczaka w reż. Magdy Szpecht w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.

fot. Karolina Jóźwiak

W Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka króluje wojna. Na szczęście już nie ta prozaiczna pracowniczo-dyrektorska, ale w sumie jeszcze okrutniejsza, bo prawdziwa i namacalna. Na dużej scenie spektakl Pawła Miśkiewicza „The Wall” obnażający rozmaite doświadczenia wojenne na podstawie głośnych reportaży i powieści, na małej zaś reportersko-muzyczny monodram „Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” w reżyserii Magdy Szpecht, będący artystycznym zapisem autentycznych przeżyć walczącej w Ukrainie żołnierki. Tym razem słów kilka o młodszej siostrze.

Jeszcze kilka lat temu była artystką zajmującą się teatrem, aktywistką, feministką, intelektualistką. Po kilku latach emigracji uznała, że wołanie o wolność ze sceny czy pomaganie z odległości nie zastąpi działania. Wstąpiła do ukraińskiego wojska na ochotnika, by zgodnie z zapisami konstytucji bronić ojczyzny. Szlachetne ideały i literackie wyobrażenia zderzyły się brutalnie z wojenną rzeczywistością, okrutnym męskim, patriarchalnym światem, w którym kobieta nie ma taryfy ulgowej. Łastiwka, czyli Jaskółka, bo tak dla jej bezpieczeństwa będzie określana żołnierka, pozostaje w stałym kontakcie z polską przyjaciółką i innymi dziewczynami, które tworząc krąg zaufania wspierają jej decyzję i pomagają przetrwać w okopach. Łastiwka – symbol nadziei i wolności, ale też amunicja krążąca o symbolu UJ-32 – niewielki bezzałogowy samolot z granatem przeciwpancernym i głowicą kumulacyjną. Dziewczyna szkoli się bowiem na operatorkę bojowych dronów. Teatralna opowieść jest wycinkiem dwuletniej korespondencji, od obozu przygotowawczego, przez uroczystą przysięgę, aż po brud i znój frontowej codzienności. Jest obrazem współczesnej wojny widzianej oczami kobiety.

To już trzecia odsłona zaangażowanych wojennie spektakli Magdy Szpecht, tym razem najbardziej intymna. Po wykładzie performatywnym „Cyber Elf” dotyczącym funkcjonowania grupy aktywistów walczących z rosyjską dezinformacją oraz wystawionym w Estonii „Spy Girls”, w którym aktorki uwodziły żołnierzy na rosyjskojęzycznych portalach randkowych, trzeci spektakl służyć ma poruszeniu emocji widzów zmęczonych i zobojętniałych już na wojenne obrazy zza wschodniej granicy. Przypomnieć i zmobilizować do dalszego działania. Stąd też reżyserska próba oddziaływania na wielu poziomach – tekstowym, wizualnym i muzycznym. Występująca na scenie Agata Różycka wchodzi w rolę polskiej przyjaciółki, odczytując listy lub odsłuchując na rozlicznych magnetofonach kolejne nadsyłane wiadomości głosowe. Czasem je komentuje, czasem zwyczajnie rozmawia, niekiedy wchodzi w interakcję z publicznością, a my wkraczamy do środka osobistej, bliskiej relacji już nie tylko jako obserwatorzy, ale bardziej kumple z tego samego podwórka. Jednocześnie aktorka ilustruje muzycznie swoje poczynania korzystając z własnego głosu i rozlicznego instrumentarium – współczesna partytura imituje dźwięki telefonu, otrzymywanych messengerowych wiadomości, wibruje niczym komórka, szumi zakłóceniami. Wybrzmiewają werble i hałaśliwe bębny, mroczne podkłady mieszają się z lirycznymi dźwiękami pianina, a znajdzie się też miejsce na sentymentalną wstawkę albo dwie. Na ekranie rozpostartym za plecami Agaty Różyckiej obserwujemy metaopowieść, przypuszczalną wariację na temat jej osobistych przygotowań do ewentualnej wojny – fizyczne ćwiczenia, biegi przełajowe, zajęcia na strzelnicy, ale i te bardziej przyziemne, jak próby ułożenia się do snu na podłodze z bojowym oporządzeniem pod ręką. Eksperymentalną formę wspomagają dodatkowo światła, lasery, dymy i „droniątko”, które przez chwilę uzyskuje nawet samoświadomość. Ale i ono, pomimo wielkich marzeń, musi robić to, co do niego należy.

Bo wojna to nie zabawa, to nie obrazki w telewizorze, to tu i teraz. Bród okopów, smród niemytych ciał, brak amunicji i worków na ciała, krew na spracowanych od kopania rękach, siniaki od strzelania, zmęczenie pozwalające spać wszędzie i w każdej pozycji. Opisy z pierwszej ręki porażają autentyzmem i brutalnością żołnierskiego świata opartego na fizycznym poniżeniu, w którym nadal powszechne są homofobia czy rasizm. W którym kobieta wciąż jest ciałem obcym. Ciałem, któremu nie podaje się ręki, narażonym na seksistowskie uwagi, przemoc fizyczną i psychiczną. Jest tą słabszą, zmuszoną na każdym kroku udowadniać, że jednak da radę. Może jeszcze gdyby wyglądała jak G.I.Jane czy Vasquez z „Obcego”. Ale często wygląda jak żona czy matka zostawiona bezpiecznie gdzieś daleko za linią frontu. A na to mężczyźni nie są gotowi.

W ukraińskiej armii służy dziś 67 tysięcy kobiet. Kobiet, które podobnie jak Łastiwka zobojętniały już na śmierć, poddały się wojskowemu drylowi wypełniając bez chwili zawahania każdy rozkaz, nie dyskutujących, nie zadających pytań, tylko wykonujących powierzone zadania. Marzących jedynie o kilku godzinach spokojnego snu. I o tym, by w wojennym szaleństwie zachować odrobinę godności do samych siebie. Czy to bohaterstwo czy po prostu jedyny słuszny wybór? 

 „Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” daje też obraz drugiej strony – bliskiej przyjaciółki, która wspiera Łastiwkę słowem i czynem, ale gdy w słuchawce zapada dłuższe milczenie drży na każdy przychodzący dźwięk. Rodzi się mimowolna obawa i lęk o jej życie, a złowieszcze myśli wypełniają przestrzeń oczekiwania. Na szczęście Magda Szpecht i dramaturg Szymon Adamczak zadbali, by wśród obrazów wojennej grozy nie zabrakło też oddechu i lekkości. Frontowe żarty, imitujące instagramową rolkę nagranie o higienie osobistej w okopie, przekomarzające się "droniątko" czy wyśpiewywanie różnojęzycznych fraz o tym, jak bardzo przesrane jest życie żołnierki pozwalają na uśmiech. Podobnie jak ciężka suknia dworska projektu Karoliny Pawelczyk, która z teatralnego kostiumu staje się siedziskiem, treningowym tobołkiem, a w końcu pałatką chroniącą przed deszczem.

„Nadal uważam, że to był dobry pomysł” mówi Łastiwka proponując z dystansem napis na swój nagrobek. A ja uważam, że dobrym pomysłem jest zobaczyć ten spektakl, aby nie zapominać, że za naszą wschodnią granicą wciąż rozgrywa się ludzki dramat. I podobnie jak twórcy wolałbym, aby to przedstawienie było jedynie zapisem historycznego momentu, a nie czegoś, co się dzieje i nadal trwa. 

Tytuł oryginalny

Wojna z kobiecą twarzą - „Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, rece...

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także