Wirówka z toksynami. O „Tramwaju zwanym pożądaniem”, premierze Teatru Ochoty w reż. Małgorzaty Bogajewskiej, rozmawiają Jakub Moroz i Przemysław Skrzydelski
Moroz: Powoli zaczynają nas przygniatać jesienne chmury.
Skrzydelski: Zatem na tę aurę nic lepszego niż teatr pełen namiętności. W sukurs przychodzi Tennessee Williams i jego „Tramwaj zwany pożądaniem”. Zapomnij o chłodzie. Chyba dobrze się stało, że uparłem się, aby obejrzeć ten tytuł?
Moroz: Ale ostatecznie zobaczyliśmy spektakl, który z dramatem realistycznym ma wspólnego niewiele.
Skrzydelski: Pewnie spodziewałeś się tego, czego i ja się spodziewałem. Kolejnej porządnej, rzetelnie skrojonej wersji amerykańskiego dramatu społecznego. Myślę, że o tym właśnie od razu myślimy, kiedy w kontekście teatralnym słyszymy nazwisko Williams. Podobnie jest z Arthurem Millerem czy Eugene’em O’Neillem. Nieustannie kochamy te opowieści i tych bohaterów, tak mocno już osadzonych nawet w popkulturze choćby dzięki licznym adaptacjom filmowym.
Moroz: Sztuki Williamsa to niemal samograje. Zachowując wszelkie proporcje.
Skrzydelski: Zachowując wszelkie proporcje – tak. W każdym razie chyba dużo trudniej powiedzieć tak o Millerze, a już na pewno O’Neill do tej kategorii by się nie załapał. Mimo że tych gigantów łączy bardzo wiele i czasem wręcz w podręcznikach do teatru wymienia się ich dokonania niemal na jednym oddechu, to jednak warto między nimi zaznaczyć różnice i ustalić skalę trudności.
Moroz: Być może w przypadku Williamsa, i pewnej jego atrakcyjności, decyduje to, że dla niego wyraźnym odniesieniem był Czechow.
Skrzydelski: Racja. Ale chyba popadamy w bibliotekarskie detale i nudziarstwo. Małgorzata Bogajewska w Teatrze Ochoty zmierza w zupełnie inną stronę.
Moroz: Raczej bada emocje, które wywołuje ten tekst u młodych aktorów; analizuje, co dla nich znaczy wchodzenie na scenie w psychologię, intymność. Sprawdza, jak taka strategia dla tego dramatu – przeniesienie emocji jednak dojrzalszych życiowo postaci z „Tramwaju” na bardzo młodych aktorów – zadziała na widza, który obserwuje ich z bliska. Znajdujemy się bowiem w malutkiej przestrzeni.