Logo
Recenzje

Winda zawsze jedzie w dół

18.03.2026, 17:05 Wersja do druku

„Strefa 0” Magdaleny Drab w reż. autorki we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Sztuki Współczesnej.

fot. Filip Wierzbicki / mat. teatru

Dwie, bardzo od siebie odległe wrocławskie premiery tego sezonu, mają coś wspólnego z Dniem Świstaka. Capitol gra, w zgodzie z filmowym oryginałem, lekką, romantyczną bajkę o zarozumiałym bubku, który nie uwolni się z klątwy powtarzalności w kółko tego samego dnia, póki nie odnajdzie w sobie życzliwości i miłości, co Marcin Wierzchowski próbuje po swojemu pogłębić, z rezultatem połowicznym, ale wartym odnotowania. A w Strefie 0 Magdaleny Drab we Współczesnym też kilkakrotnie opowieść cofa się do początku. Też parę razy zaczyna się ten sam dzień. Z innego świata dzień. Pora wstawać, pora się spieszyć, pora uciekać, pora się rozdzielić, kobieta z dziećmi biegnie, mężczyzna zostaje, nie wiadomo jak się potem odnajdą. Jest wojna, wiemy która, chociaż zdaje się zawierać echa różnych konfliktów.

Niestosowne jest to zestawianie rozrywkowca i dramatu, wiem. Ale czepiam się tego Dnia Świstaka, bo nie mogę pozbyć się myśli, że jego tryb ogarnia też i mnie. Mnie obserwatora. Od wielu dni budzę się, otwieram portal z wiadomościami i czytam to samo. Że zbombardowali, zginęła pewna liczba cywilów. Że front jeżeli drgnął, to najwyżej o kilometr. Tego, że tam też zginęli, i to w większej liczbie, nie podają, ale to przecież oczywiste. Że w jakimś ładnym miejscu na ziemi trwają negocjacje, równie nieruchawe jak sytuacja na froncie. Że ktoś wydał oświadczenie, iż rozmowy były rzeczowe i owocne, a na drodze do porozumienia osiągnięto postęp. Nie znaczy to nic. Ale media piszą, bo chcą swoim odbiorcom, a może i sobie też, nieść te lepsze wiadomości – co na dłuższą metę tylko spiętrza fałsz, niechby i zrodzony z poczciwych przesłanek. I tak dzień w dzień od miesięcy.

To się robi nie do zniesienia. Przy czym, żeby było jasne, dyskomfort obserwatora z bezpiecznego daleka jest oczywiście niczym w porównaniu z nieludzkim ciążeniem, które oni mają tam na stałe w każdej chwili życia. I któremu za żadne skarby nie mogą pozwolić nad sobą zapanować.

Magdalena Drab w Strefie 0 dotyka tego aspektu wojny, który omijają doniesienia agencyjne, a i w relacjach artystycznych nie ma go za wiele. Front jest tu za plecami. Prawie wszystko toczy się między swoimi, rodakami i sprzymierzeńcami. I dalece nie jest sielanką. Wojna, owszem, budzi heroizm, ale przynosi też nieuniknioną degenerację stosunków społecznych; to oczywiste, nie ma co się gorszyć. Świstakowa powtarzalność obejmuje kilkakrotnie startujący dzień, w którym kobieta z dwojgiem dzieci rusza do ucieczki. Jej droga za każdym razem jest inna. Nigdy łatwa. Kierowca busa pomiata nią po chamsku, wpuszcza z łaski mimo wcześniejszego umówienia, żąda łapówki i goli pasażerkę ze wszystkiego, co tamta wiezie. Dziecko trafione odłamkami operowane jest bez znieczulenia, a przedtem życzliwy głos radził matce, żeby je zostawiła, krew tryska strumieniem, jest już „na zmarnowanie”, a ona z nim nie da rady biec. Przeżywa. Umrze zresztą w innym wariancie wziętym z pętli czasu. Ojca, który pozostał, przesłuchują, torturują, palą mu dom. Najeźdźcy? A kto wie, może rodowita banda maruderów, wykorzystująca bezkarność zawieruchy do rabunku i zemsty na kimś, kto się dorobił? Nie byłoby w tym nic dziwnego – dzieje się tak na każdej wojnie.

I granica. Upiorna biurokracja, absurdalne żądania papierów, dokumentów, dowodów. Pewnie nawet dające się jakoś uzasadnić, tak czy tak nieludzkie. I galeryjka postaw ludzi z niewojennego świata, których każdy dzień też jest po świstakowemu taki sam: znudzenie, automatyzm, z trudem skrywana (a w końcu nieskrywana) niechęć i pogarda. Czasem jakiś błysk ciepła, generalnie obcość i brak empatii. Jedną z postaci tego, ponoć przyjaznego z założenia świata lista obsadowa określa jako człowieka obrzydliwie przemiłego i w gruncie rzeczy niczego już nie trzeba dopowiadać.

Przedstawienie wyreżyserowane przez samą autorkę jest swego rodzaju stężeniem absurdu. Rozgrywa się wokół długiego, prostokątnego stołu, droga ucieczki biegnie w kółko. Piątka opresorów jest pod krawatami, ma szminką wydłużone usta, co ich upodobnia do komiksowego jokera. Mają do dyspozycji pełną gamę przemocowych środków: od fałszywego szeptu, do bezwzględnego wrzasku ze świadomie regulowanym grubiaństwem, od kłamliwej życzliwości po urzędniczą sztywność, też stanowiącą wygodną maskę. Oboje uciekinierzy starają się być najzwyczajniejsi i spokojni, czasem nawet zdolni do wisielczego uśmiechu, choć doskonale widać, ile ich to kosztuje (świetne role; ojca gra Miłosz Pietruski, matkę na moim przedstawieniu sama Magda Drab). Ubrani są dla kontrastu lekko: on w dżinsy, ona w pół-kostium, pół-piżamę. Oboje bosi; to zawsze sygnał „niższej” pozycji, tu dodatkowo znaczący, bo parkiet wypełnia imitacja śniegu. Światło jest zimne, może zimowe, może laboratoryjne.

Są jeszcze dzieci. Chłopiec to lalka, a dziewczynka jest na scenie, ale nie bierze udziału w akcji. Zasypia, a z offu płynie jej głos. Ponoć reakcją dzieci na stres bywa właśnie zapadanie w sen; autorka mówi w programie, że ta wiadomość była pierwszym impulsem do napisania sztuki. Narracja śpiącej dziewczynki miała stanowić wiodącą nić spektaklu, w egzemplarzu jest więcej jej kwestii. Zapewne praca na próbach ograniczyła je znacznie, co tylko, myślę, wyszło na dobre. Przedstawienie jest zwarte, prężne, ciekawe inscenizacyjnie (wizualizacje Bartosza Bulandy), acz nie przefajnowane, skupione przede wszystkim na precyzyjnie ustawionych dialogach. Brawa dla całej piątki jokerów (Tadeusz Ratuszniak, z dystyngowanym szpakiem na skroniach potrafiący uderzyć bolesnym chamstwem, Mariusz Bąkowski i Maciej Kowalczyk raz cyniczni, raz śliscy, Ewa Niemotko na szpileczkach, ze słodko-głupio-obelżywym szczebiotaniem, Beata Rakowska jako odpychająca urzędnicza biurwa). To się nazywa piękne partnerowanie.

„Winda zawsze jedzie w dół. Na piętro dno” – słyszymy w jednym z kluczowych dialogów. Aliści przy ponurości tej i paru jeszcze kwestii, wieczór na strychu Wrocławskiego Współczesnego nie jest dołujący. Jest rzeczowy, jakkolwiek dziwnie brzmiałoby to słowo wobec spektaklu o wokółwojennym absurdzie. Pokazuje coś, o czym warto wiedzieć i wypada pamiętać. Krzepi mądrą, bo nie tanio egzaltowaną sympatię i podziw wobec tych, którzy tę okrutną rzeczywistość pokonują na co dzień. A że nie proponuje żadnego panaceum na ogólną sytuację, która nie chce drgnąć w stronę jakiejkolwiek nadziei? Na to mądrych nie ma.

Postscriptum: Powstanie dzieła jest wielką zasługą prowadzonego przez Wrocławski Teatr Współczesny festiwalu „Strefy Kontaktu”. Festiwal zaprosił autorkę, przyznał jej roczne stypendium na pisanie, potem zaproponował też reżyserię. Chapeau bas. Magdalena Drab, która jest jedną z najbardziej wszechstronnie uzdolnioną spośród teatralnych twórczyń, mogła zaprezentować w pełni swój talent pisarski, inscenizacyjny, a na moim przedstawieniu, w którym zastąpiła Lenę Wosik, także aktorski. Ceniąc wszystkie użyte tu kunszty, chcę szczególnie wskazać tekst, bo teatralny widz rzadko do takowego zagląda. Partytura Strefy 0 jest dostępna na stronie „Stref Kontaktu” i imponuje pomysłowością, starannością i wyraźną dbałością o literacki wymiar dramatu. Co wobec dzisiejszej praktyki redukowania tekstów dla teatru do wymiarów bałaganiarskiego egzemplarza inspicjenckiego jest rzadką radością.

Magdalena Drab STREFA 0. Reżyseria: Magdalena Drab, scenografia, kostiumy, światła: Marcin Chlanda, muzyka: Albert Pyśk, choreografia: Jakub Lewandowski, wideo: Bartosz Bulanda, współpraca wideo: Jan Almashan. Premiera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym 25 października 2025.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne

Sprawdź także