EN
13.09.2021, 12:47 Wersja do druku

widz_trebicki(nie)poleca: JAK BYĆ KOCHANĄ

"Jak być kochaną" wg Kazimierza Brandysa w reż. Leny Frankiewicz w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Robert Trębicki w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Magda Hueckel

Repertuar Teatru Narodowego w Warszawie jakoś nie zawsze zachęca mnie do tego, by na bieżąco z niego korzystać. Stąd moje wizyty  w okolicach placu Teatralnego nie są najczęstsze. Ostatnio chyba tylko inscenizacja „Zbójców” Michała Zadary zrobiła na mnie większe wrażenie, ale to było już kilka lat temu. Dlatego jeśli dziś wybieram się do teatru Jana Englerta to czynię to głównie dla aktorstwa. Zresztą myślę, że większość takich zwykłych widzów jak ja postępuje podobnie. Tak też było w przypadku „Jak być kochaną”.

Poszedłem, by zobaczyć Jana Frycza, którego pokochałem za rolę psychopatycznego Daria w serialu „Ślepnąc od świateł” i od razu przyznaję, że się nie zawiodłem. Jako Wiktor zrobił na mnie ogromne wrażenie. I warsztatowo i dramatycznie. Pijany, zniszczony, niepewny, martwy, nawet leżąc i coś tam szepczący, był słyszalny i przerażający, a do tego, gdy padał na sceniczną ziemię, metr ode mnie, byłem wprost wniebowzięty. Tylko czemu tak blisko? – zapyta ktoś. Bo widownia zamyka krąg i jest tutaj jakby częścią scenografii. Scenografii ascetycznej, ale wieloznacznej, pomysłowej, będącej raz pokładem samolotu, raz knajpą, domem, wreszcie okupacyjną kryjówką. Wiktor w tym przedstawieniu to główna rola męska, albowiem pozostałych pięciu panów dramaturgicznie właściwie nie istnieje. Owszem pojawiają się, ale bardziej jako statyści (niczego im nie ujmując ich talentowi) czy atrybuty potrzebne do przeprowadzenia określonych scen. Najbardziej warta uwagi jest ta z mechanicznym tańcem w sekwencji gwałtu w choreografii Marty Ziółek. Picie wódki w barze czy strzelaniny rodem z chłopięcych zabaw są według mnie ogniwem dużo słabszym. Przy okazji dodam, że wielbiąc głos Jacka Mikołajczaka, jego niski ton, ciepły tembr, żałuję, że aktor wykorzystuje go tylko przez kilka chwil.

Największą gwiazdą spektaklu jest oczywiście Gabriela Muskała w roli Felicji. To tak naprawdę jej spektakl, rola kobiety ukrywającej volksdeutscha robi ogromne wrażenie. Wszystko zagrane – jak ja to mówię – na maksa, z ogromną różnorodnością zachowań i emocji. Autentycznie. Szczerze. Podobało mi się to bardzo.

Natomiast sam pomysł na spektakl, w którym przypominanie scen z życia zawodowo-uczuciowego staje się głównym tematem lotu do Paryża, nie do końca mnie przekonał. Wszystko to jednak, na szczęście, rekompensuje bardzo dobre aktorstwo.

Spektakl Leny Frankiewicz zyskał zaraz po premierze bardzo dobre recenzje. Podobno nawet szturmowano kasy po bilety. Dzisiaj, półtora roku po pierwszej prezentacji, oglądam przedstawienie przy niemal pustej widowni, której brawa wystarczyły zaledwie na trzy wyjścia aktorów. Bardzo tego żałuję, bo zasłużyli na więcej.

W trakcie spektaklu jest scena, gdy jeden z pasażerów włącza radio, a w nim leci audycja z udziałem Felicji – usłyszałem w niej głos Barbary Krafftówny. Dlaczego mnie to zdziwiło? No cóż, nie wiedziałem, że to właśnie ona zagrała postać z opowiadania Kazimiera Brandysa w jednym z ważniejszych polskich filmów w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa. Biję się w piersi i już tę zaległość nadrabiam, a i Państwu, być może dla lepszej percepcji dzieła teatralnego, też polecam to uczynić.

Tytuł oryginalny

widz_trebicki(nie)poleca: JAK BYĆ KOCHANĄ

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Robert Trębicki

Data publikacji oryginału:

11.09.2021