„Trójkącik, czyli trzech na próbę” Dereka Benfielda w reż. Piotra Nowaka z Agencji Artystycznej COPA w Scenie Relax w Warszawie. Pisze Robert Trębicki w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta: ★☆☆☆☆☆☆☆☆☆ (1/10) – nieporozumienie
Spektakl „Trójkącik, czyli trzech na próbę” Dereka Benfielda w reżyserii Piotra Nowaka, prezentowany przez Agencję Artystyczną COPA na Scenie Relax, aspiruje do farsy sytuacyjnej, lecz nie spełnia podstawowych warunków gatunku: precyzji konstrukcji, logicznej eskalacji zdarzeń oraz rytmu komicznego.
Punktem wyjścia spektaklu jest klasyczny trójkąt erotyczny, który niemal natychmiast przeobraża się w fabularny wielokąt pozbawiony zarówno logiki, jak i elementarnej geometrii. Sylwia (Katarzyna Zawadzka) budzi się po intensywnej nocy, zakłóconej niespodziewanym przybyciem kochanka — Cleeve’a (Maciej Brzoska), przypływającego kajakiem i przez znaczną część przedstawienia toczącego heroiczną, choć beznadziejną walkę z kamizelką ratunkową. Ten rekwizyt, najwyraźniej ważniejszy od relacji między bohaterami, pełni funkcję głównego napędu akcji. Do mieszkania stopniowo trafiają kolejni uczestnicy tej farsowej układanki: przyjaciółka Dżemma (Daria Zawratyńska), Walter (Jakub Kucner), a w drugiej części także stolarz Edi (Kazik Mazur). Ich obecność nie prowadzi jednak do komplikacji intrygi, lecz do jej całkowitego rozmycia — fabuła nie rozwija się, nie eskaluje i nie zmierza w żadnym rozpoznawalnym kierunku.
Pierwsza część spektaklu opiera się niemal wyłącznie na przemieszczaniu postaci między kuchnią a pokojem, z gaszeniem światła pełniącym funkcję umownych cięć montażowych. Dialogi nie prowadzą do pogłębienia relacji ani do wyraźnego konfliktu; przez blisko godzinę akcja pozostaje w stanie zawieszenia. Nawet potencjalnie nośne pomysły — jak groteskowa ciąża Waltera czy otwarte złamanie nogi Cleeve’a — nie zostają ani rozwinięte, ani wykorzystane komicznie. Funkcjonują jako rekwizyty pozbawione znaczenia.
Druga część pogłębia chaos zamiast go porządkować. Pojawienie się Ediego, budowa szafki w sypialni, rozmowy o relacjach uczuciowych, wątki rzeki „płynącej” przez mieszkanie oraz epizodyczne numery taneczne i wokalne nie składają się na spójną strukturę. Brakuje wyraźnej osi dramaturgicznej, a mnożenie absurdów nie prowadzi do kulminacji, lecz do dezorientacji.
Aktorzy próbują ratować materiał środkami stricte fizycznymi: grą ciała, przesadą gestu, mechanicznym powtarzaniem gagów. Szczególnie widoczne jest to w roli Macieja Brzoski, którego postać z każdą sceną doznaje kolejnych urazów, nie wywołując jednak oczekiwanego efektu komicznego. Zdarzają się momenty improwizacyjnego rozbicia akcji — jak śmiech Katarzyny Zawadzkiej przerywający scenę — co zamiast ożywienia spektaklu potęguje wrażenie braku kontroli nad formą.
„Trójkącik…” ujawnia zasadniczy problem: brak zaufania do inteligencji widza oraz jednoczesny brak rzemieślniczej dyscypliny. Farsa wymaga precyzji, tempa i niemal matematycznej logiki. Tutaj zamiast sprawnie działającego mechanizmu farsy otrzymujemy zbiór luźnych pomysłów, powtarzalnych gagów i dialogów, które nie budują ani napięcia, ani sensu.
W efekcie powstaje komedia, która nie śmieszy, oraz spektakl, który sprawia wrażenie improwizowanego, niedopracowanego i obojętnego wobec odbiorcy. Reakcje publiczności — pojedyncze, wymuszone śmiechy oraz szybkie opuszczanie widowni przed finałowymi brawami — zdają się tę ocenę potwierdzać.