„Pani Twardowska albo Nieustraszony Adam Mickiewicz” Sandry Szwarc w reż. Joanny Zdrady w Teatrze Lalka w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Wydawało się, że wrześniowy „Beetlejuice” w Teatrze Syrena wyczerpał na ten sezon mroczno-baśniowy burtonowski klimat. Nic bardziej mylnego. W jubileuszowym spektaklu 80-lecia Teatru Lalka nie uświadczymy może fosforyzującej zieleni, ale atmosferę „Gnijącej panny młodej” zanurzonej w odmętach Świtezi odczuć można na każdym kroku. Ilość literackich, kulturowych i popkulturowych odniesień, które autorka tekstu Sandra Szwarc umieściła wewnątrz opowieści „Pani Twardowska albo Nieustraszony Adam Mickiewicz”, zaś reżyserka Joanna Zdrada poddała twórczej inscenizacji, mogłaby spokojnie obdarować kilka teatralnych spektakli. „Wiedźmin”, „Gwiezdne wojny” czy „Hobbit” zanurzone zostały w mickiewiczowskim onirycznym świecie romantycznej słowiańszczyzny z jej upiorami, strzygami, podstarzałymi rusałkami i przebiegłym Mefistofelesem tworząc baśniową, pełną przygód historię na miarę filmowego „Willow”, „Niekończącej się opowieści” czy „Labiryntu”. Historię okraszoną poezją wieszcza, która nie bez przyczyny zaczyna się od słów „dawno, dawno temu…”.
Gdyż dawno, dawno temu żył na Litwie poeta, znany dzieciom jako „ten nudny pan od «Inwokacji»”, którego dopadła znienacka twórcza niemoc. I choćby nie wiem jak się wytężał, tytułu swego najnowszego tomiku poezji wymyślić nie może. Poszukując niewyczerpanego źródła kreatywności i podążając za wprowadzonym przez Skwarek motywem faustowskim, Adam Mickiewicz podpisuje z diabłem pakt wymieniając duszę na nieskończoną wenę. Studnia pomysłów wytryska natychmiast w umyśle romantycznego wieszcza, a chwilę później także na scenie Teatru Lalka, gdzie przybywa wędrowna trupa czy jak chce scenariusz „grupa teatralnych pomyleńców”, by wystawić balladę „Pani Twardowska”.
Dawno, dawno temu bowiem, a ściśle w 1945 roku w odległej Samarkandzie, tym właśnie tytułem w reżyserii matki-założycielki Joanny Kilian-Stanisławskiej zainaugurowała swą działalność, wówczas jeszcze pod nazwą Polskiego Teatru Marionetek „Niebieskie Migdały”, dzisiejsza Lalka. Odwołując się do mitu założycielskiego twórczynie rocznicowego spektaklu nawiązują do historii dokonując jednocześnie współczesnej dekonstrukcji „Pani Twardowskiej” i zdejmując Mickiewicza z literackiego piedestału. Zachowują przy tym piękno jego poezji i mrok wykreowanego świata legend. Zdemitologizowany wieszcz wystrychnąwszy diabła na dudka zostaje zesłany za karę do wnętrza własnej ballady, gdzie spotyka go… dość chłodne przyjęcie. Zderzenie poetyckiej wyobraźni z urealnionym nagle światem, który realny właściwie nie jest, prowadzi do zaskakujących konsekwencji, a teatralny pojedynek przebiegłego Mefista i wspomaganego przez dzielną Grażynę Adama Mickiewicza zamienia się w przygodowe i podane z dużą dozą horroro-humoru „kino drogi”. Znajdzie się w nim miejsce na upiory, sssskarby, śpiewające trzynastozgłoskowcem ptaki, cwane zjawy i trójgłowe smoki, podróżującego Chmurberem Słowackiego, „brzęczące z romantycznym patosem” komary, miasteczko bez żywego ducha, sen srebrny, piekielną infolinię, a nawet błyszczące serum do brody. Lecz o tym czy i jak wieszcz powróci do własnej rzeczywistości musicie przekonać się już sami.
Na scenie bryluje, zgrany w idealny teatralny mechanizm, wielopokoleniowy zespół aktorski Lalki. Wojciech Pałęcki w żywym planie kreuje postać Mickiewicza z prawdziwą swadą, dopieszczając rolę wyrazistą mimiką i zgoła nieliterackimi współczesnymi wtrętami językowymi. Mimo romantycznego uduchowienia staje się wieszczem bliskim, człowiekiem z krwi i kości, dla którego pisanie poezji wcale nie jest takie proste. I choć obrasta w piórka sławy nie grzesząc skromnością, nie zapomina, że słowa mają wielką moc. W roli Narratorki partneruje mu urocza Aneta Jucejko-Pałęcka wprowadzająca widza w niuanse opowieści oraz sprytna, waleczna i poruszająca się „z gracją Księżyca” Grażyna, czyli pełna wigoru Nikola Czerniecka, niczym Rey wymachująca świetlistym mieczem, samozwańcza wiedźmińska padawanka w świecie romantycznych urojeń i strachów. Wrażenie robi wyłaniająca się z mgły w roli Świtezianki Aneta Harasimczuk, podobnie jak Jakub Tofil w lalkowej wersji Upiora – młodego aktora zobaczymy też jako delikatnie zniewieściałego Słowackiego, który choć z głową w chmurach, nie omieszka kąsać kolegi po fachu. Doświadczony Grzegorz Feluś mistrzowsko ogrywa jowialnego Mistrza Twardowskiego, z dozą ironii i humoru podchodzi również do roli Strasznej Baby Anna Porusiło-Dużyńska. Na szczególną uwagę zasługuje wyrazista rola Mefistofelesa – diabelsko dobrze zagrana przez jokerowo przerażającego Jana Stasiczaka, który tkwiąc w szczegółach wydobywa ze swej postaci kwintesencję grozy i przewrotności, ale potrafi być też gargamelowsko nieporadny i zabawny w swej złości. Aktorzy doskonale uzupełniają się na scenie wspomagani dynamiczną i zrytmizowaną w takt muzyki choreografią Dashy Melekh – pojawienie się w zespole młodych talentów dało impuls pozytywnej energii, która wydaje się ogarniać świeżością całą teatralną rodzinę Lalki.
W warstwie wizualnej „Pani Twardowska albo Nieustraszony Adam Mickiewicz” po prostu olśniewa. Pochodząca, nomen omen, z Litwy Julija Skuratova tworzy przestrzeń i kostiumy inspirowane dawnymi wędrownymi trupami aktorskimi – ruchome wózki, skrzynie, walizy, cyrkowe gadżety czy zwisające czaszki wraz z gotyckimi, steampunkowymi strojami tworzą fantasmagoryczny, groteskowy świat mitów przywodzący na myśl filmy Burtona czy stylistykę „Wednesday”. Wrażenie potęguje stylizowany na trupi makijaż aktorów oraz turpistyczne lalki – zarówno te gigantyczne z wybałuszonymi oczami zatknięte na kijach, olbrzymie smocze czaszki czy maleńka pacynka Golluma, jak i małe dzieła sztuki lalkarskiej wyrzeźbione w drewnie i zmechanizowane przez Rafała Budnika. Cudownie makabryczne sycylijki Mefistofelesa, Twardowskiego, Żołnierza i Pani Twardowskiej, choć wykonane z dbałością o najdrobniejszy szczegół giną nieco w ciemności sceny, przytłoczone dodatkowo efektownością scenografii i strojów. A szkoda. Baśniowo nierealną rzeczywistość spowija często-gęsto teatralna mgła, którą przebijają smugi świateł Damiana Pawelli, połyskujące na szklanych rekwizytach i budujące nastrój scen – od tajemniczego granatu bezgwiezdnej nocy, przez upiorną zieleń horroru, aż po diabelską czerwień piekielnych otchłani.
Poetyckiej harmonii dopełnia eklektyczna muzyka Iwony Skwarek, której brzmienie potrafi wzbudzić dreszcze niepokoju. Wpisując się w nastrój groteskowej scenerii słowiańskich widm i demonów Skwarek sięga po złowieszcze brzmienie organów i syntezatorów, kościelnych dzwonów, pogłosy i echa, ale też jazzowe, cyrkowe, ludowe, orientalne, rockowe, a nawet rapowe wstawki. W tych bogatych wyobraźnią aranżacjach ze współczesną muzyką zderzają się często mickiewiczowskie frazy, które podane, czy raczej wyśpiewane na scenie od razu wpadają w ucho, choćby i dzięcieliną pałały. Ilustracja muzyczna niemal nieustannie towarzyszy opowieści sącząc się w tle, wydając złowrogie szumy, piski i dźwięki, kumkając nad tonią jeziora i sięgając klimatem od „Twin Peaks”, przez „Stranger Things” do ludowego zawodzenia nad parszywym losem. Brawa należą się również Aleksandrze Muszyńskiej za przygotowanie wokalne zespołu – śpiewane teksty są klarowne i zrozumiałe, co ważne tym bardziej, że część z nich stanowi komentarz do rozgrywanych scen, albo osadzona jest bezpośrednio w dramaturgii przedstawienia.
Opowieść opowieścią, przygoda przygodą, a w międzyczasie Sandra Szwarc sączy w nas poezję wieszcza. Czasem całe utwory, czasem ich fragmenty, a niekiedy z humorem wtrąca pojedyncze rozpoznawalne frazy. Obok tytułowej ballady odnajdziemy tu „Odę do młodości”, „Upiora”, „Romantyczność”, „Świteziankę”, a wprawne ucho wychwyci i „Dziady”, i „Stepy akermańskie” błyskotliwie wplecione w fabułę. Literacką materię z przymrużeniem oka i teatralnym humorem wykorzystują twórcy, by opowiedzieć o sile słowa, za które trzeba wziąć odpowiedzialność, o potędze wyobraźni, ale też o tym, że każdy talent jest darem i warto go w sobie odnaleźć, pielęgnować i oszlifować. Darem są także piękne relacje, które mogą zainspirować do działania nawet w najtrudniejszych, wydawałoby się beznadziejnych chwilach. Bo piękne dusze mogą zasilać inne dusze.
I niemal na koniec jeszcze jedna uwaga. Tak, to teatr lalkowy, „Ha, ha! Hi, hi! hejże! hola!”. Ale nie, to nie spektakl dla 6-latka ze ślicznymi kukiełkami, tylko mądre, zabawne, ale miejscami przesycone grozą przedstawienie dla nastolatków, w którym są obrazy naprawdę straszne, a sceny z lustrem nie powstydziłoby się pewnie i studio filmowe Azkabanu. Nie zabierajcie tu maluchów, bo wyjdą z płaczem.
„Pani Twardowska albo Nieustraszony Adam Mickiewicz” to dowcipna baśniowa podróż przez mroki romantycznego świata wieszcza, któremu postaci wymykają się spod kontroli, a złośliwe diabliszcze podkłada pod nogi co i raz większe kłody. Inteligentnie skrojony tekst o potędze słowa, mądra, spójna i konsekwentna reżyseria, zgrany i działający jak dobrze naoliwiony mechanizm zespół aktorski oraz fantastyczna oprawa muzyczno-wizualna dają razem wyśmienite wielowarstwowe teatralne danie. Z wielką literaturą, czytelnymi współczesnymi nawiązaniami, dużą dawką komizmu i grozy, rytmem, napięciem, przygodą i prawdziwie romantyczną wyobraźnią. Teatr Lalka ma w swoim dorobku spektakle-ikony, które nawet po latach pozostają żywe w pamięci. Na 80-lecie istnienia Joanna Zdrada z zespołem stworzyli kolejne przedstawienie, o którym będzie się długo opowiadać w zakamarkach Pałacu Kultury.