EN
29.12.2021, 12:28 Wersja do druku

Wciąż ta sama, choć inna historia

„Rewizor. Komedia w pięciu aktach” Mikołaja Gogola w reż. Jurija Murawickiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Dzienniku Trybuna.

fot. Krzysztof Bieliński

Tak już jest z arcydziełami. Jeśli są dobrze czytane, zadziwiają aktualnością. To również przypadek „Rewizora” Mikołaja Gogola, który w reżyserii Jurija Murawickiego znalazł się na afiszu Teatru Dramatycznego m. st. Warszawy.

Trudno policzyć, która to z rzędu realizacja tego dramatu w Polsce. Początek wystawieniom „Rewizora” w Polsce dał spektakl z roku 1850, a pierwszy polski przekład pióra Jana Chełmikowskiego ukazał się już kilka lat wcześniej w Wilnie (1846) – w tym roku minęło od tego czasu 175 lat.

W okresie międzywojennym w roli Horodniczego błyszczał Mieczysław Frenkiel, Aleksander Zelwerowicz zaś wystawiał „Rewizora” w duchu jaskrawej ekspresji teatralnej Wsiewołoda Meyerholda. Ten Meyerholdowski sposób na Gogola wskrzesił Walerij Fokin w Teatrze Aleksandryjskim, a przedstawienie to z sukcesem prezentował w Warszawie na deskach Teatru Narodowego (2006). Do tej tradycji nawiązał także Murawicki.

Po wojnie, w czasach PRL-u zasłynął spektakl Bohdana Korzeniewskiego w Teatrze Narodowym z Janem Kurnakowiczem w roli Horodnczego (1952). Do legendy przeszedł też spektakl telewizyjny Jerzego Gruzy z Tadeuszem Łomnickim jako Horodniczym i Piotrem Fronczewskim jako Chlestakowem (1977). Sławę pomieszaną ze zdziwieniem zdobył spektakl Kazimierza Dejmka z roku 1989, pierwsza premiera po czerwcowych wyborach będących cezurą przemian ustrojowych w Polsce.

Spektakl wywołał entuzjazm widzów i liczne komentarze, w których zachwyt mieszał się z zaskoczeniem. Nie było bowiem wiadomo, czy to spektakl-komentarz, jak to często u Kazimierza Dejmka bywało, czy zjadliwa satyra na zastój, który trwa w najlepsze na prowincji, gdzie tak naprawdę niewiele się zmienia. Dekoracja Krzysztofa Pankiewicza, ukazująca na scenie odstręczające „miasteczko N.N., które wyglądało jak skrzyżowanie zagrody z więzieniem” [Andrzej Lis], pogłębiała te dylematy. Zastanawiał też Chlestakow Jana Englerta, postać znacznie bardziej groźna i moralnie upadła niż Horodniczy Janusza Zakrzeńskiego. „Chlestakow Englerta – pisała Bożena Winnicka – jest układny i słodki jak lokaj. I bezczelny jak kelner. Jest cyniczny do dna i kompletnie amoralny”. Jakkolwiek trudno było Dejmkowi przypisywać wyraźnie publicystyczne intencje, jego spektakl komunikował się z widzami wyśmienicie i mógł stanowić dobry prognostyk dla teatru w nowych czasach.

„Rewizor” otwierając drzwi teatru polskiego w czasach transformacji, pozostał żelaznym składnikiem repertuaru po roku 1989. Dość przypomnieć, że tylko w wieku XXI, a więc po roku 2000, trafił na afisz dwudziestokrotnie, a nadto dwukrotnie do Teatru Telewizji i do Teatru Polskiego Radia.

Wyjątkowo płodne pod tym względem okazały się sezony 2001/2002 i 2002/2003, kiedy pojawiło się aż siedem rozmaitych realizacji sztuki Gogola, w tym głośne przedstawienia Andrzeja Domalika w Teatrze Dramatycznym z Januszem Gajosem w roli Horodniczego, Krzysztofa Zaleskiego w warszawskim Ateneum i Jana Klaty w teatrze wałbrzyskim. Ciekawym zbiegiem okoliczności były wówczas dwie premiery warszawskie „Rewizora”, Zaleski pokazał „Rewizora” o korupcji, ostrego politycznie i społecznie – żeby wzmocnić jego wymowę posłużył się własnym, śmiałym, niekiedy zaskakującym tłumaczeniem. „Rewizor” Domalika nie był opowieścią o skorumpowanej władzy, o prowincjonalnej sitwie, o arogancji rządzących i królestwie bezprawia. To było przedstawienie o deprawacji. Na scenie następowała przemiana młodego, lekkomyślnego człowieka, złotego młodzieńca w łajdaka. Chlestakow Macieja Stuhra krok po kroku zostaje wciągnięty w tryby korupcji. Początkowo nie wie jeszcze, o co chodzi, potem domniemywa, że miejscowi poczciwcy naprawdę chcą mu tylko pomóc, potem uświadamia sobie, że biorą go za kogoś niezwykle wpływowego. I tak z ogranego w karty szlachetki zmienia się w złodzieja i deprawatora innych (składa obietnice małżeństwa, deklaruje miłość). Wszystko to czyni niejako na zamówienie otoczenia, wsysany przez lepką rzeczywistość, jak człowiek wciągany w bagno, który w porę nie potrafi się wycofać. Na koniec zdaje sobie już sprawę z tego, co się stało, kim sam się stał i gwałtownie czmycha – nie tyle w obawie utraty zebranych łapówek, ile przed samym sobą w tym odkrytym przypadkiem, lepkim świecie. Kiedy Maciej Stuhr oświadcza, że wyjeżdża, jest w tym oświadczeniu determinacja człowieka, zdecydowanego całkowicie zmienić swoje życie. Ale czy to może się udać? Za chwilę papa Horodniczy niemal wmusi mu kolejne kilkaset rubli… Zapewne dlatego, aby przeprowadzić tezę o deprawacji Chlestakowa, Domalik skreślił scenę, w której młodzieniec wysłuchuje skargi pobitej kobiety – w tej scenie nasz bohater miał już rysy nazbyt antypatyczne. Ale nie tylko Chlestakow padał ofiarą bagna. Także Horodniczy.

Tę diagnozę świata-bagna dosłownie rozwinął w swojej inscenizacji w Teatrze Studio Nikołaj Kolada (2014). Kiedy Horodniczy (wielka rola Krzysztofa Stelmaszyka) pod koniec spektaklu nabierał pełną garść błota, które zalewało pół sceny, i przymierzał się, aby błotną kulę rzucić w stronę publiczności, nastawała chwila grozy. Horodniczy jednak zmieniał zamiar, a błotne ukamienowanie dotykało Dobczyńskiego i Bobczyńskiego. Obnażeni i bezbronni, ostatni sprawiedliwi w Sodomie, ponosili karę za korupcyjną katastrofę. Sceny samosądu próżno u Gogola szukać, ale nieuchronnie wynikała z przebiegu scenicznych wypadków – może dlatego Koladzie potrzebne było błoto, aby poniżenie Bobczyńskiego i Dobczyńskiego tak wyraziście pokazać.

fot. Krzysztof Bieliński

Scena samosądu pojawi się także w inscenizacji Jurija Murawickiego. Ale na początku nic tego nie zapowiada. Kiedy przygasa światło, na czerwonym tle kurtyny pojawiają się wyświetlane jak w niemym kinie napisy anonsujące spektakl, a potem powtarza się to przed każdym aktem wraz ze zwięzłym odautorskim omówieniem zawartości. To najwyraźniej ukłon w stronę starego kina, choć za czasów Gogola do kina nikt jeszcze nie chodził.

A jednak stare kino przywołane zostanie nie bez powodu – po podniesieniu kurtyny oczom widzów ukaże się w półmroku grupa potworów wyjętych z filmów grozy. Ich monstrualne ciała, za wielkie lub zbyt wychudzone tkwią za długim stołem, a przy mównicy peroruje ich szef Horodniczy. Właśnie dostał poufną wiadomość, że do ich miasteczka N. przybywa urzędnik ze stolicy na inspekcję. Potwory, choć nie boją się nikogo, przed zwierzchnością mają jednak respekt. Wiadomość budzi wśród nich poruszenie, a kiedy miejscowi plotkarze Bobczyński i Dobczyński ostrzegają, że inspektor nie tyle przybędzie, ile już rezyduje w gospodzie, cała banda wpada w panikę.

Zaczyna się smakowicie – od razu wiadomo, co tu się święci, chociaż chwilowo wampiry postanawiają się nieco powściągnąć. Horodniczy (fenomenalna rola Henryka Niebudka) wychodzi z siebie, aby omotać przybysza, którym okazuje się wątły młodzieniec, niemal zniewieściały, trochę wystraszony, ale kto wie, co się kryje pod takim sprytnym przebraniem. Potwory ulegają zbiorowej fatamorganie. Wątła chudzina przybiera w ich oczach na siłach – wiadomo, strach ma wielkie oczy. Przewrotnie to wymyślona wersja „Rewizora” przez utalentowanego rosyjskiego reżysera Jurija Morawickiego, cenionego za eksperymenty i odkrywanie w klasyce treści i form boleśnie współczesnych, który potwierdza aktualność gogolowskich diagnoz.

Aktorzy Teatru Dramatycznego świetnie odnajdują się w wampirycznej, groteskowej konwencji spektaklu zderzonej z opowieścią o lekkoduchu, który trafiając do krainy potworów ku własnemu zaskoczeniu zdoła ich poskromić i okpić. Obok Horodniczego o zwalistym ciele (swoją bryłą przypominającego Tadeusza Łomnickiego), który zaskakuje łatwością zmiany masek – od lepkiego pochlebcy po władczego satrapę, króluje w spektaklu Małgorzata Rożniatowska jako jego żona, niedościgniona w karykaturalnym rysunku prowincjonalnej damy z pretensjami, stopiona z rytmem spektaklu, któremu dodaje niepohamowanej energii. Zaskakującą postać kreśli Jakub Szyperski, aktor musicalowy, wykorzystujący swoje umiejętności wokalne i taneczne, aby wiotkiemu Chlestakowowi nadać rysy stopniowo dojrzewającego potwora w ciele nicponia-improduktywa.

Nie dane mu jednak będzie dojrzeć jako wampirowi – w spektaklu Murawickiego, który kończy się inaczej niż u Gogola, umykający z miasteczka N. Chlestakow zostanie zatrzymany przez tajne służby, doprowadzony z powrotem przed oblicze potwornego areopagu i skonsumowany (dosłownie). Kiedy przybywa prawdziwy rewizor, miejscowe wampiry ociekają krwią.

Tytuł oryginalny

Wciąż ta sama, choć inna historia

Źródło:

„Dziennik Trybuna” nr 258/260