Logo
Aktualności

Warszawa. Pożegnano aktora Jana Frycza

7.09.2026, 16:19 Wersja do druku

Bliscy i przyjaciele w poniedziałek na warszawskim Cmentarzu Powązkowskim pożegnali zmarłego 15 sierpnia Jana Frycza.

fot. mat. Filmu Polskiego

W liście skierowanym do uczestników uroczystości, odczytanym przez wiceministra Sławomira Rogowskiego, szefowa resortu kultury napisała, że „trudno żegnać aktora, którego głos, twarz i sposób bycia zapisały się tak mocno w naszej pamięci”. „Przez niemal pięć dekad wychodził na scenę, stworzył dziesiątki niezapomnianych ról. Pracował z najwybitniejszymi polskimi reżyserami. Był obecny w teatrze, kinie i telewizji, ale liczby i tytuły nie mówią o nim najważniejszego, bo Jana Frycza nie dało się pomylić z nikim innym” - wskazała.

Jak zaznaczyła, Frycz miał „niezwykłą sceniczną obecność, potrafił z ciszy zrobić scenę, z jednego spojrzenia - całą historię człowieka”. „Nie grał po to, żebyśmy podziwiali aktora. Grał po to, żebyśmy zobaczyli człowieka. Jego bohaterowie często byli trudni, niejednoznaczni, czasem mroczni, ale zawsze prawdziwi” - podkreśliła.

Ministra kultury napisała, że właśnie tej prawdy Frycz szukał w swoim zawodzie. „Dlatego był nie tylko wybitnym aktorem, był także ważnym punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń artystów. Partnerem, kolegą, mistrzem” - dodała.

„Jan Frycz pozostał człowiekiem teatru do końca. Jego ostatnią rolą był Król w »Termopilach polskich« Jana Klaty na scenie Teatru Narodowego. Niedługo przed śmiercią uczestniczył jeszcze w próbach kolejnego spektaklu - »Oresteja«” - przypomniała Cienkowska. „To bardzo symboliczne, bo dla aktora scena jest czymś więcej niż miejscem pracy, jest domem” - dodała.

„Dzisiaj ten dom na chwilę milknie, ale nie jest pusty. Zostają role, głosy, spojrzenia, gesty. Zostają w pamięci widzów i artystów, którzy mieli szczęście z nim pracować. Teatr jest sztuką ulotną. Spektakl się kończy, gasną światła, scena pustoszeje. A jednak coś pozostaje. I dlatego wielki aktor może odejść z życia, ale nie odchodzi z teatru” - wskazała szefowa MKiDN.

- Co mogę powiedzieć o tobie, osobie tak bliskiej, obecnej w moim życiu ponad 50 lat? W roku 1974 przyszedłeś do mnie, niezwykle przystojny, i aksamitnym barytonem powiedziałeś: nazywam się Jan Frycz i proszę przygotować mnie do egzaminu do szkoły teatralnej. Zapłacę panu. A ja po kilku spotkaniach zdałem sobie sprawę, że chyba niewiele cię nauczę, bo ty wszystko umiesz. I powiedziałem: składaj papiery - wspominał Mikołaj Grabowski, reżyser, aktor, pedagog, profesor sztuk teatralnych.

Jego zdaniem, określenie „wykuwanie roli” nie pasowało do pracy aktorskiej Frycza. - Twoje role pojawiały się w sposób naturalny, swobodny, niewymuszony. Tak się chyba mówi o kimś, kto urodził się, żeby być aktorem. Ale byłeś też kolorowym człowiekiem, prowokatorem, wygłupiaczem, ironistą, radykałem nieuznającym kompromisów. Podglądaczem i obserwatorem ludzi i sytuacji, które potem z lubością odgrywałeś, doprowadzając nas do spazmatycznego śmiechu. Byłeś nie do podrobienia - mówił. - W listopadzie mieliśmy grać „Kwartet”, ale ty opuściłeś swoje krzesło i nie stawisz się na spektakl. Boli bardzo to zniknienie twoje. Zgasły światła, kurtyna opadła, aktor zszedł ze sceny i otoczyła go cisza - dodał.

Jana Frycza żegnał również aktor oraz wieloletni dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie Jan Englert. - Uważałem się za zawodowego starszego brata Jana Frycza. Myślę, że to była świadomość jednostronna - on nigdy nie czuł się ode mnie młodszy. Bardzo trudną jest rzeczą dla starszego brata stwierdzić, że młodszy jest zdolniejszy. Wielokrotnie tego doświadczyłem - mówił.

Podkreślił, że mówimy o „fenomenie aktorstwa Jana Frycza”. - Rzadko z nim grałem. Tak się złożyło, że częściej go reżyserowałem, więc relacja tego starszego brata z młodszym bratem powinna być zachowana. Nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka ze strony Janka, i to było fantastyczne - przyznał Englert.

- Janek był jednocześnie rozentuzjazmowanym chłopcem i zgorzkniałym, sceptycznym starszym panem. Te dwie postaci mieszkały w nim nieustannie. Nie było wiadomo, czy dziś będę rozmawiał z Fryczem, który biega z jego modelem samolotu i chce, żeby pofrunął, czy z tym, który uważa, że wszystko jest okropne, przestarzałe i trzeba od nowa zacząć. Uczył mnie tego, że nic nie jest nam dane na zawsze - dodał.

- Nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka ze strony Janka. To było fantastyczne. Nie wiedziałem, co zaproponuje. Czasami, jak już graliśmy przedstawienia, nie wiedziałem, co zagra: czy będzie dzisiaj zgorzkniałym starcem, czy entuzjastą młodości. Wymykał się kategoriom - wspominał Jan Englert.

Reżyserowi Janowi Klacie z Janem Fryczem kojarzy się określenie „nienasycony”. – Był nienasyconym artystą, ale i nienasyconym człowiekiem – powiedział, dodając, że Frycz był także „nieprawdopodobnie uroczy”.

- To nie tylko był aktor, który potrafił wszystko. Ale z tego, że potrafił wszystko, wyciągał wniosek, że istnieje „jeszcze więcej” niż wszystko, że chciałby spróbować czegoś jeszcze. W tym poszukiwaniu ciągle nowych rzeczy był nieprawdopodobnie żarliwy, bezwzględny w żarliwości, bardzo mocno wymagający – zaznaczył.

Ale jak zastrzegł, Frycz wymagał najpierw od siebie, a następnie od innych. – Był osobą, która potrafiła wskoczyć w szczeliny rzeczywistości na moment, a potem mieć do tego dystans. Niezwykłe były te momenty obcowania z nim na próbach, ale także podczas każdej rozmowy - powiedział. Klata określił Frycza jako człowieka błyskotliwego, nie tylko dowcipnego, ale także obdarzonego poczuciem humoru. - Poczucie humoru mają ludzie, którzy mają dystans do siebie, potrafią się z siebie śmiać. To było coś nadzwyczajnego – zaznaczył dyrektor Teatru Narodowego. Wskazał ponadto, że u Jana Frycza do końca widać było ciekawość świata. – Do ostatniej chwili nie tylko snuł plany na przyszłość, ale też ciężko pracował nad „Oresteją” – dodał. Interesował się tym, co dzieje się w teatrze. – Patrzył na swoich młodych kolegów i mówił o nich fantastyczne, pozytywne rzeczy. Nie było w nim cienia demonstracyjnego mistrzostwa – powiedział Klata.

Reżyser Krystian Lupa w liście odczytanym podczas uroczystości napisał, że Jan Frycz miał „niezwykły ciężar i moc gestów i słów, które wydobywał, wyrzucał na zewnątrz ze swoich nawiedzających go wyobrażeń”. - Wtedy przez jego ciało, przez jego twarz przebiegał osobliwy pierwotny skurcz. Nie wiem jak go nazwać - pierwotny, zwierzęcy, szamański. Wyobrażenie wydobywało się jak wyrzucony w przestrzeń kamień i lądowało bezpośrednio w ciele widza - wskazał. - Mam pewność, że jego nieprzemijająca aktorska moc zasadza się w tym trudnouchwytnym rejonie - ocenił.

- Janek Frycz - tak trudno mi powiedzieć Jan - ze swoim nieuleczalnym niepokojem marzyciela, z duszą poety, wędrującego trubadura to, jak myślę i jak wierzę, sekret jego nieśmiertelności, a przynajmniej sekret nieśmiertelności urodzonych przez niego postaci - zaznaczył.

List od prezydenta m. st. Warszawy Rafała Trzaskowskiego odczytał dyrektor Biura Kultury Artur Jóźwik. „Jan Frycz był nie tylko jednym z najwybitniejszych polskich aktorów. Miał własny język sceniczny, własny sposób patrzenia na człowieka. Potrafił sprawić, że milczenie stawało się dialogiem, gest stawał się zdaniem, a człowiek którego grał przestawał być postacią z dramatu, stając się kimś nam bliskim” - napisał Trzaskowski. Jak podkreślił, teatr nie był dla Frycza zawodem, „ale ciągle żywym pytaniem: co jeszcze można powiedzieć? Jak jeszcze można pokazać człowieka? Jak dziś opowiedzieć o winie, odpowiedzialności, miłości, przemocy, samotności, starości, przemijaniu?”. Prezydent Warszawy dodał jeszcze „to być może najpiękniejszy wymiar jego aktorstwa: Jan Frycz nie odpowiadał za nas, on stawiał pytania i zostawiał nas z nimi. Jego wszystkie role pozostaną w naszych wspomnieniach nie jako efektowne kreacje lecz jako spotkania z ludźmi, których - choć byli fikcyjni - przez chwilę mogliśmy uznać za prawdziwych”.

Jan Frycz urodził się 15 maja 1954 r. w Krakowie. W 1978 r. został absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. W tym samym roku zadebiutował w „Damach i huzarach” wg Aleksandra Fredry w reż. Mikołaja Grabowskiego w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Przez wiele lat był podporą Starego Teatru w Krakowie, grając m.in. w spektaklach Andrzeja Wajdy, Jerzego Jarockiego oraz Jerzego Grzegorzewskiego.

Najważniejsze kreacje - m.in. Iwana w „Braciach Karamazow” wg Dostojewskiego, Escha w obu częściach „Lunatyków” wg Brocha, Poncjusza Piłata w „Mistrzu i Małgorzacie” wg Bułhakowa, a później w „Wycince” wg Bernharda. Stał się jednym emblematycznych aktorów. W ubiegłym sezonie, 12 lat po premierze, powrócił do roli Aktora Teatru Narodowego w „Wycince”, pierwotnie zrealizowanej w Teatrze Polskim we Wrocławiu, a wznowionej w Teatrze Polskim w Podziemiu. Miał zagrać ją jesienią na festiwalach teatralnych w Katowicach i Krakowie.

Na ekranie zaczął pojawiać się pod koniec lat 70., jednak wówczas jeszcze skupiał się na teatrze. W 1986 r., zapytany o swoje role filmowe, odparł: „A cóż ja takiego zagrałem w kinie? Nie lubię filmu, boję się filmu, nie wierzę w film”. Później to się zmieniło. Stworzył niezapomniane kreacje nieszczęśliwie zakochanego młodego pisarza w „Pożegnaniu jesieni” i porucznika Jefimowa w „Łagodnej” Mariusza Trelińskiego. Był Józefem w „Pestce” Krystyny Jandy, apodyktycznym ojcem w „Pręgach” Magdaleny Piekorz, bezwzględnym pułkownikiem Wasiakiem w „Różyczce” Jana-Kidawy Błońskiego, a także mecenasem Wilczkiem w „Bezmiarze sprawiedliwości” Wiesława Saniewskiego. W ostatnich latach zagrał również głośne role Daria w serialu „Ślepnąc od świateł” Krzysztofa Skoniecznego i więźnia „Starego” w filmie „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy” Jana Holoubka.

Artysta miał na swoim koncie wiele nagród, wśród nich zdobytą w 2003 r. podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni statuetkę dla najlepszego aktora drugoplanowego za „Pornografię” Jana Jakuba Kolskiego oraz trzy Polskie Nagrody Filmowe Orły - za kreacje w „Pornografii”, „Pręgach” i „25 latach niewinności. Sprawie Tomka Komendy”. W 2005 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2005 r. uhonorowano go Srebrnym, a w 2015 r. - Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Choć w ostatnich latach zmagał się z ciężką chorobą, pozostawał aktywny zawodowo. Zmarł w wieku 72 lat. 

Źródło:

PAP

Sprawdź także