Logo
Magazyn

W stronę człowieka. O XXII Międzynarodowym Festiwalu Tańca Zawirowania

15.07.2026, 12:10 Wersja do druku

XXII Międzynarodowy Festiwal Tańca Zawirowania przeżyłam przede wszystkim jako spotkanie z bardzo różnymi opowieściami o człowieku. Każdy kolejny wieczór miał własny rytm, własną temperaturę emocjonalną i własny język ruchu, a jednak z tych wszystkich spektakli stopniowo wyłaniał się spójny obraz człowieka kruchego, poszukującego, uwikłanego w relacje, pamięć, lęk, tęsknotę i pragnienie bliskości. Pisze Marlena Czarny.

fot. Pagal Creative

To był festiwal, który nie zatrzymywał się na formie ani na samym podziwie dla techniki. Dla mnie najważniejsze było to, że niemal każdy spektakl próbował dotknąć czegoś głębiej ukrytego – tego, co trudno nazwać, ale co bardzo wyraźnie zapisuje się w ciele.

Już od pierwszego dnia czułam, że będzie to edycja skupiona nie tyle na efekcie, ile na doświadczeniu. Balancier i Border Bodies otworzyły festiwal opowieścią o potrzebie wspólnoty, o granicach, o lęku i o tym, jak bardzo człowiek potrzebuje drugiego człowieka, nawet jeśli jednocześnie się go obawia. W kolejnych dniach ten temat powracał wielokrotnie, ale za każdym razem z innej strony. Raz bardziej intymnie i psychologicznie, jak w Czekając na wiosnę, raz bardziej symbolicznie i boleśnie, jak w Moving Ashes, które zostawiło mnie z poczuciem obcowania z żałobą, pamięcią i próbą odrodzenia po katastrofie.

Są takie spektakle, które zostają w pamięci jak obrazy, do których się wraca. Dla mnie jednym z nich była Africa – przedstawienie o utraconej harmonii, o duchowości, o wspólnocie, ale też o świecie skażonym przez to, co człowiek sam wytwarza i co obraca się przeciwko niemu. Bardzo mocno wybrzmiała tam tęsknota za światem prostszym, bardziej pierwotnym, bliższym naturze i sensowi. Z kolei Sounds Alive było dla mnie jednym z najmocniejszych emocjonalnie punktów festiwalu – spektaklem niemal fizycznie odczuwalnym, bolesnym, niewygodnym, a przez to niezwykle prawdziwym w swoim obrazie relacji, w której czułość i przemoc okazują się niemal nierozdzielne.

Zadziwiające było też to, jak często w tych spektaklach powracało ciało jako miejsce pamięci. Nie tylko narzędzie ruchu, ale nośnik przeżycia, traumy, straty, pragnienia i przemiany. Widać to było w RAEM PROJECT, gdzie taniec stawał się dialogiem z własnym cieniem i samotnością, której nie da się wypowiedzieć słowami. Widać to było także w Płaczkach, gdzie żałoba została pokazana nie jako prosty lament, ale jako coś zawieszonego między rytuałem, kobiecą wspólnotą, teatrem i prawdziwym bólem. Zostało we mnie po tym spektaklu pytanie, czy cudzy ból można nosić tak długo, aż naprawdę stanie się własnym?

Istotny był dla mnie również duchowy wymiar tej edycji. ROUH przypomniało, że taniec może być przestrzenią pojednania - między kobietą i mężczyzną, między różnymi tradycjami, między tym, co cielesne, a tym, co niewidzialne. Było w tym przedstawieniu coś naprawdę pięknego: przekonanie, że pod wszystkimi podziałami człowiek wciąż szuka tego samego - miłości, akceptacji, sensu i ukojenia. W podobny sposób wiele innych spektakli mówiło o przemianie: Paradise Birds i Cercle opowiadały o dojrzewaniu do siebie i do świata, a dziewiąty dzień festiwalu z Creatures of Interest i Szeptami niewysłuchanymi pokazał mi, że obcość może być jednocześnie źródłem lęku, śmieszności, czułości i głębokiej tęsknoty za spotkaniem.

Nie wszystkie spektakle poruszały mnie tak samo. Były też takie, które bardziej podziwiałam, niż naprawdę przeżywałam – jak propozycje Balletto Teatro di Torino. Ale nawet to wydaje mi się ważne, bo dzięki temu festiwal nie był jednostajny ani przewidywalny. Pokazywał taniec w bardzo szerokim spektrum: jako intymne wyznanie, jako rytuał, jako metaforę, jako precyzyjną konstrukcję, jako eksperyment z ruchem i obecnością. I właśnie ta różnorodność sprawiła, że całość nie była tylko serią kolejnych spektakli, lecz prawdziwą podróżą przez różne sposoby opowiadania o człowieku.

Po tych wszystkich dniach zostało we mnie przede wszystkim poczucie, że XXII Międzynarodowy Festiwal Tańca Zawirowania był wydarzeniem bardzo wrażliwym i bardzo ludzkim. Ambitnym, ale nie chłodnym. Różnorodnym, ale nie chaotycznym. To był festiwal, który przypominał, że taniec nie musi niczego tłumaczyć wprost, żeby mówić o sprawach najważniejszych. Wystarczy czasem gest, oddech, napięcie ciała, powracający ruch dłoni albo obraz, który zostaje pod powiekami na długo po wyjściu z sali. I właśnie z takim wrażeniem zostaję po tej edycji – że współczesny taniec potrafi być nie tylko sztuką ruchu, ale także bardzo czułym i przenikliwym sposobem myślenia o człowieku.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także