EN
17.01.2022, 13:14 Wersja do druku

W lawinie tekstu, ruchu i śmieci

"Stara kobieta wysiaduje" Tadeusza Różewicza w reż.  Grzegorza Brala w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Pisze Karol Suszczyński, członek Komisji Artystycznej VII Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”.

fot. Jarek Kuśmierski / mat. teatru

Koncepcja inscenizacyjna dramatu Różewicza Stara kobieta wysiaduje w Teatrze Polskim we Wrocławiu przypomina trochę mechaniczny teatr ruchomych figur. Po zwolnieniu sprężyny rozpoczyna się precyzyjnie zaplanowana sekwencja zdarzeń. Każde, które wybrzmi, wywołuje szereg kolejnych, przy czym nie następują one po sobie, a zaczynają się zagęszczać, nakładać, nawzajem znosić i wypierać. Wszystko to prowadzi do potężnego, choć kontrolowanego chaosu, którego przypadkowy świadek – w tym wypadku widz – nie jest w stanie do końca ogarnąć, wyłapując jedynie najważniejsze, głównie pierwszoplanowe zdarzenia. Twórcą mechanizmu jest sam Różewicz, wplątany w akcję spektaklu na zasadzie demiurga czy kreatora, który steruje postaciami, wypowiadając głośno autorskie komentarze odnotowane w didaskaliach. W ten oto sposób reżyser przedstawienia, Grzegorz Bral, połączył to, co jest dosłownie wpisane w tekst dramatu z doświadczeniami wyniesionymi z pracy w Teatrze Pieśni Kozła.

fot. Jarek Kuśmierski / mat. teatru

W tytułowej roli Bral obsadził Bogdana Kocę. Jego Stara Kobieta jest więc wszystkim i nikim zarazem. Wszystkim, bo łączy pierwiastek żeński z męskim, ocenia świat z różnych punktów widzenia jednocześnie, może więcej, i bezkarnie sobie na to pozwala. Nikim zaś, bo w hierarchicznej strukturze społecznej jest na szarym końcu, nikt nie zwraca na nią/niego uwagi, a podporządkować może sobie jedynie najsłabszych. Koca w pierwszej chwili przypomina starą drag queen, która lata świetności ma już dawno za sobą i nie pozostaje jej nic innego, jak tylko pastwić się nad tymi, którzy w życiu nie osiągnęli żadnych sukcesów. Ale to pozorne złudzenie. Jego gra i specyficzny gest (niektórzy nazwaliby go manierą) są bowiem prawdziwie kobiece. On po prostu jest starą, zrzędliwą i nieznośną panną, która nie ma w życiu nic do roboty, więc godzinami przesiaduje w dworcowej restauracji domagając się spełniania kolejnych kaprysów.

Jakby w opozycji do niej/niego reżyser rolę Różewicza powierzył zdecydowanie młodszej od Kocy aktorce, Katarzynie Janekowicz. To absolutne przeciwieństwo Starej Kobiety, postać dynamiczna, zaaferowana, władcza wobec wszystkich, choć bez typowych dla różnych mistrzów sceny potrzeb uczestniczenia w zdarzeniu czy spontanicznego reagowania na akcję. Różewicz na scenie jest po prostu w akcie kreacji, tworzy dzieło i dopełnia je swoją osobą. A że między nim/nią, a Starą Kobietą jest dystans i różnica na każdym poziomie, świadczy chociażby przypisanie tym postaciom odrębnych przestrzeni, których praktycznie nie przekraczają. Tytułowa bohaterka aż do finału siedzieć będzie przy samotnym stoliku z jednej strony sceny, Różewicz przy maszynie do pisania po przeciwnej, choć z możliwością swobodnego poruszania się w przestrzeni.

Ale to nie postać Różewicza stanowi swoisty kontrapunkt do Starej Kobiety, a para kelnerów, których krzątanina wokół bohaterki momentami przypomina dell’artowskie lazzi (choć nie ma w niej prawdziwie cyrkowych popisów). Marcin Piejaś (Kelner) i Igor Kowalik (Kelner Cyryl), inaczej niż w oryginale dramatu, niemal od początku spektaklu tworzą jeden organizm. Ich usłużność wobec klientki, a równocześnie bezwolne podporządkowanie się nakazom płynącym z komentarzy Różewicza, przyjmują charakter tanecznego układu działań, precyzyjnej, w punkt dopracowanej choreografii ruchów, które z minuty na minutę nabierają coraz szybszego tempa. To tak na dobrą sprawę w ich postawie, zwłaszcza bezrefleksyjnym wykonywaniu wszystkich żądań, zaczyna tlić się początek katastrofy, która w finale – już zgodnie z intencją autora – przyjmie postać prawdziwej apokalipsy.

Wizja upadku świata pogrążonego w śmieciach, nadmiarze komunikatów i bezsensownych działań we wrocławskiej inscenizacji następuje jednak stopniowo. Pierwsza scena nie zapowiada tragedii. Po odsłonięciu się kurtyny widzom ukazuje się obraz dworcowej restauracji, do złudzenia przypominający przestrzeń hali na stacji Wrocław Główny (scenografia i kostiumy Elżbieta Terlikowska). Są tam różne stoliki, przypadkowe postaci, wspomniani kelnerzy, tytułowa bohaterka. Jest nawet zespół muzyków, którzy zaraz zapewne zaczną umilać gościom popołudniową przekąskę (muzyka Maciej Rychły i Daniel Grupa). Restauracja jest wysprzątana, zadbana, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że pachnąca, choć oczywiście w specyficzny sposób. Ale jest w tym obrazie równocześnie coś niepokojącego. Bo część z postaci jest jakby zamrożona, zawieszona w akcji, czekająca na swoją kolej.

Ten pozorny ład bardzo szybko zaczyna zanikać. Żądane przez Starą Kobietę cukier, kawa czy mąka zostają rozsypane na stoliku, potem na podłodze, w końcu wywołują lawinę śmieci, która aż do finału nieprzerwanie będzie zawłaszczać każdy skrawek sceny. Jakby wraz z nią zbudzą się do życia pozostali bohaterowie dramatu, skupiając na sobie coraz większą uwagę widzów i stając się w końcu zbiorowym bohaterem pierwszoplanowym.

Grzegorz Bral całkiem słusznie zrezygnował w tym wypadku z przerwy i podziału na dwie części. W jego wizji świat dopiero zaczyna zamieniać się w śmietnisko, a nie jak u autora, już nim jest. Scenę zasypują stare pożółkłe gazety i porwane książki. Stos ten nie dość, że zaczyna dynamicznie narastać, to w dodatku bardzo wyraźnie zaczyna wpływać na działania bohaterów i zmieniać, wydawałoby się normalne przyzwyczajenia, w absurdalne czynności konformistycznie dopasowujące się do nowej rzeczywistości. W finale wszystko jest tak zagracone, że zamiast kandelabrów ponad sceną zawieszone zostają śmieciowe stalaktyty. Szkoda jedynie, że zamiast manekinów, które u Różewicza przedstawiają ludzką masę zmieszaną z odpadkami, pojawiają się same odlewy rąk – już nie tak dramatyczne i przerażające. Chociaż patrząc z perspektywy widza, może było to słuszne ograniczenie.

Spektakl jest bowiem delikatnie przegadany i przebodźcowany. To, co początkowo wydaje się ciekawym zabiegiem – mowa przede wszystkim o wprowadzeniu nowej postaci i przypisaniu jej tekstów zapisanych w komentarzach – zaczyna z czasem nużyć, zaś rozrastanie się wysypiska staje się przewidywalnym lejtmotywem. Z tego też powodu zatraca się delikatnie metafizyczna warstwa dramatu Różewicza, przytłoczona lawiną tekstu, ruchu i śmieci – bardziej zwraca się bowiem uwagę na to, co wydarza się na scenie, a nie na to, o czym mówi autor. Niemniej inscenizację, którą Teatr Polski świętował setne urodziny Tadeusza Różewicza, trzeba uznać za udaną i intrygującą. Jej siła tkwi przede wszystkim w zbiorowej pracy całego zespołu, a finałowy obraz, w który scena po brzegi zasypana jest śmieciami, pozostaje silnie w pamięci jako przerażająca, profetyczna wizja Różewicza – równie niebezpieczna i prawdziwa dziś, jak przeszło pół wieku temu.


Stara kobieta wysiaduje, Tadeusz Różewicz, reż. Grzegorz Bral, Teatr Polski we Wrocławiu, prem. 9 października 2021.

Źródło:

Materiał własny