Logo
Recenzje

W krzywym lustrze kobiecości

22.06.2026, 12:41 Wersja do druku

„Urojenia” w chor. Izadory Weiss w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie. Pisze Benjamin Pachalski na swojej stronie.

fot. Ewa Krasucka

Świat choreografów naszego kraju jest niezwykle ograniczony. Jeżeli zestawimy trzydzieści osiem milionów mieszkańców do może kilkunastu osób parających się profesjonalnie tworzeniem tańca, to obraz jest przygnębiający. Wśród owego grona niezwykle ważne miejsce zajmuje Izadora Weiss. Jej kariera to pasmo ciekawych spektakli, które wiodły od poznańskiego Teatru Wielkiego poprzez własną formację w ramach opery w Gdańsku – Bałtyckiego Teatru Tańca do dzisiejszej pozycji, której udokumentowaniem jest znalezienie się w trzeciej edycji zbioru z 2021 roku Fifty Contemporary Choreographers. Obecność, jako jedyna Polka, obok Kyle’a Abrahama, Akrama Khana, Marka Morisa, Ohada Naharina czy Sashy Waltz, jest wielką nobilitacją i wyzwaniem. Ukazuje nie tylko docenienie, ale również nadzieję na dalszy rozwój i progres twórczości artystycznej. W przypadku Weiss można zauważyć, że utrata własnego miejsca kreacji, którą niewątpliwie była instytucja Wybrzeża, gdzie mogła w pełni realizować autorką koncepcję teatru tańca, wpłynęła negatywnie dla kształtowania własnego stylu. Jej aktywność stricte choreograficzna ograniczyła się do kilku premier w Polskim Balecie Narodowym z niezwykłym widowiskiem Bieguni-Harnasie do muzyki Karola Szymanowskiego, gdzie przywołując prozę Olgi Tokarczuk stworzyła przejmujący dramat kobiecego losu. Nie jest tajemnicą, że właśnie ona jako jednostka i figura uniwersalna, jej rola w świecie, przemoc wobec niej, a także poszukiwanie dróg ku samostanowieniu, stanowią główną płaszczyznę ekspresji twórczej artystki. Nie inaczej miało miejsce w jej pracy zrealizowanej ze studentami warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina – Antygoną. W tym kameralnym, intymnym przedstawieniu dała upust nie tyle fantazji co wnikliwej analizie dziewczyny postawionej w sytuacji ekstremalnej – sporu, konfliktu i wyborów moralnych. I chyba właśnie owe skupienie, możliwe pełne poprowadzenie postaci ukazało oryginalność stylu Weiss. Nie ulega wątpliwości, że posiada rozpoznawalną kreskę ruchu, która wygląda zjawiskowo, gdy ją się zobaczy pierwszy raz. Gorzej jak jest powtarzana jak mantra w kolejnych produkcjach, wówczas zaczyna nużyć i człowiek pyta sam siebie – gdzie ewolucja, postęp, rozwój? Choreografka wierna jest swojemu zamysłowi tworzenia teatru tańca, gdzie opowieść, historia, jasno skonstruowana narracja jest równie ważna jak wyraz układu. Zatem można powiedzieć, że to świadoma artystka, z jasno skonstruowanym pomysłem kształtu scenicznego, którego wyróżniki stanowią: teatr tańca, narracja, kobiecość i indywidualny styl układu. A co staje się gdy kolejna premiera to próba powielenia już znanej strategii, a zaproponowane rozwiązania zaczynają śmieszyć, a nie wzruszać? Niestety taki wniosek bije z najnowszej produkcji Polskiego Baletu Narodowego. 

Dwuczęściowy wieczór baletowy zatytułowany Urojenia w myśl tekstu programowego Izadory Weiss to „manifest wolności i niezależności kobiet oraz ich prawa do wyboru swojej drogi, nawet jeśli budzi ona kontrowersje”. Problem w tym, że dobór bohaterek nie do końca współgra z owym założeniem. Początkowy fragment zatytułowany Roksana to luźna fantazja zainspirowana librettem Króla Rogera Karola Szymanowskiego, którego obchodzimy stulecie pierwszego wystawienia. Choreografka wybrała postać fikcyjną, a jej los można zinterpretować dowolnie, ale niestety na deskach sceny im. Emila Młynarskiego warszawskiego Teatru Wielkiego-Opery Narodowej ma to wymiar powierzchowny i trywialny. Epizod drugi o tytule Virginia będący quasi biografią Virginii Woolf ma w sobie bezmiar dosłowności i wręcz irytacji niezrozumienia dla życia świetnej brytyjskiej pisarki. Ów dobór bohaterek ma podkreślić zainteresowania artystyczne, które krążą wokół wątku kobiecego – postaci niezrozumiałych, odrzuconych, nieakceptowanych. To także forma pójścia krok dalej specyficznej formy feministycznego teatru tańca, który raczej nie ma w sobie umiejętności pokazania siły kobiet, a raczej jest jej antytezą. Nieustanna rozpacz, ból, cierpienie i zawód stają się głównym tematem owych narracji. Ciemna barwa opowieści, identyczna w tonie muzyka mają w sobie coś przygnębiającego. Nie pokazują w żaden sposób siły kobiet to raczej nieustanny lament, który staje się nie tyle krzykiem rozpaczy, ale raczej niemocy otrząśnięcia się ze schematów, które dawno zostały odrzucone. Nie można realizować widowisk scenicznych jakoby to co wokół zatrzymało się w miejscu. Jeżeli Weiss pragnie komentować rzeczywistość, los kobiet, to musi widzieć, że to nie jest trwały lament, ale raczej siła, walka, tak jak to miało miejsce podczas „Strajku Kobiet”. Dziwi mnie ta nieustanna maniera popadania w apatię i depresyjny nastrój niepowodzenia. Realizatorka mówi wprost – ma być o wolności, wyzwoleniu. A efekt jest mizerny, dalej ukazuje uwiązanie i schematyczne odizolowanie. 

W najnowszej pracy choreografki istotny jest ogół, społeczeństwo, wspólnota. W pierwszej części tytułowa bohaterka zostaje przez nią odrzucona, odizolowana. Ale raczej trudno nazwać to świadomą decyzją. To raczej konsekwencja aktywności grupy, a efektem staje się samotność. To nie świadoma swoboda, a narzucony indywidualizm. Część druga nie ma nic wspólnego z wyzwoleniem. Przecież Virginia Woolf non stop zapadała na załamania nerwowe, które były jasnymi przykładami problemów psychicznych. Ciężko nazwać chorobę dobrowolnym wyborem, przecież nie decydujemy sami o tym kiedy podupadniemy na zdrowiu. Pisarka nie uciekała od społeczeństwa jak pokazuje to Weiss. To właśnie wnętrze, stan niepożądany popychał ją w skrajność izolacji i odosobnienia. Ciężko zatem mówić, że postawiona teza przez Weiss ma jakiekolwiek uzasadnienie w zaprezentowanym przedstawieniu. Zatem bohaterki wieczoru, wedle wizji artystycznej, podejmują własne losy (choć uważam to za nietrafiony argument) jako konsekwencja relacji ze społeczeństwem – raz jako następstwo owych więzów, a drugi staje się ucieczką przed ową grupą. 

Roksana przypomina w warstwie wizualnej, faktycznie jest niemal identycznie, wspomnianą studencką Antygonę. Centralny punkt sceny zajmuje małych rozmiarów dywan koloru fioletowego, który pokrywają płatki kwiatów. We wcześniejszej pracy miał on barwę intensywnej czerwieni analogicznie z pokryciem różanym. Ta minimalistyczna przestrzeń staje się polem akcji. Interakcji Roksany i Rogera. Ową przestrzeń zajmie również tłum, a następnie Pasterz. Dojdzie do zdrady męża z nowo poznanym mężczyzną, a następnie ten opuści kobietę wiedziony przez swoich wyznawców wśród których znajduje się dotychczasowy partner życia. Jest nad wyraz prosto. Jeszcze na koniec solistka zatańczy solo, bo dokonała – w mniemaniu realizatorki – wyzwolenia. No właśnie nie. Nie miała ku temu powodów bo została opuszczona i zdradzona. Trudno aby powędrowała za tym, który wybrał odmienny świat. Weiss posiłkuje się pobieżną historią z polskiej opery, ale ulatuje gdzieś cała metafizyka, głębia dwuznaczności. Zostaje wszech bijąca powierzchowność. Na dodatek podkład muzyczny to wybór kilku otworów, a jedynym odwołaniem do utworu Szymanowskiego jest instrumentalna wersja Pieśni Roksany. Trochę to dziwny melanż wszak muzyka naszego kompozytora idealnie oddałaby klimat owej opowieści, a tak jest nijak – niczym od numeru do numeru, od sceny do sceny. Tanecznie jest prosto i powtarzalnie. Weiss stosuje wszystkie znane schematy ruchowe. Brakuje innowacyjności i oryginalności. Dla tych, którzy będą mieli kontakt pierwszy raz z tą stylistyką może być to spotkanie ciekawe. Gorzej gdy jesteś stałym odbiorcą i znasz te ruchy na pamięć z innych spektakli. W tytułowej roli wystąpiła Yana Shtanhei, ukraińska tancerka związana od kilku sezonów z Polskim Baletem Narodowym. Prezentuje się technicznie znakomicie. Ukazuje pełnię choreograficznego zamysłu, ale brakuje jeszcze emocjonalnej strony przedstawienia uczuć, potencjalnego cierpienia, a może zadowolenia. Partnerują jej – Vladimir Yaroshenko jako Roger oraz Nikodem Bialik – Pasterz. Są jak tło dla Roksany, przypadkowi amanci w życiu pewnej kobiety. Nie można zbyt wiele powiedzieć o ich tańcu, gdyż jest to niezwykle niewiele. To swoisty bryk z Króla Rogera – mało zniuansowany, a na dodatek niedopasowany do zamysłu, który przyświecał kreatorce. 

Virginia niestety nudzi przeraźliwie. Dosłowność pierwszej sceny wystarcza za cały spektakl. Kobieta rozmawia w budce telefonicznej, a wokół niej tańczy masa. Opresyjna i złowieszcza. Wybiega ona z miejsca odosobnienia, samotni i ucieka przed ową wspólnotą. Czyli jasnym jest, że to izolacja konstruuje stan życia. A na dodatek powtarzalna scena szpitalna podpowiada, że to wnętrze, a nie świadomy wybór odpycha bohaterkę od społeczeństwa. I trwa ten epos dosadności, który przeraża swoimi szczegółami – a to zapinaniem koszuli, a to posiłkiem, a to prostymi czynnościami. To puste sceny, które absolutnie nic nie wnoszą do owej opowieści. Ma być o jednej z najważniejszych kobiet dla nurtu feministycznego, a trochę jest jak w obyczajowym dramacie większości rodzin. Trywialna historia nuży i zniesmacza. Zastanawia czemu ma służyć ukazanie owego realizmu i brak metafor, stanów emocjonalnych, wnętrza? Taniec to sztuka, która prosi się o przeżycia, uczucia, wzruszenia. Tu wydestylowana rzecz z finałem gdy Woolf zabiera będące cały czas na scenie kamienie – wszak tak zginęła rzucając się do rzeki Ouse. Na dodatek, nim nastąpi owe wieczne rozstanie precyzyjnie zobaczymy wnętrze domu, gdzie kluczowym stanie się rozłożony pośrodku zielony dywan – kolejny kolor głównego pola tańca, który pokryją fioletowe płatki kwiatów. Klamra. Dokonało się. Woolf żyła, tworzyła, miała męża, chorowała, była w szpitalu, jadła zupę, cierpiała i popełniła samobójstwo. Banał do różnorodnej lamentacyjnej muzyki. A gdzie owa teza o wolności, pogoni za samym sobą, wyzwoleniu? Uleciała, ktoś o niej zapomniał. Nie ma. Tym co ratuje ową rzecz jest partia Darii Majewskiej. Niesamowicie wciela się w rolę pisarki. To nie tylko świetna technika, ale także coś więcej. Mimo, że ów fragment wydestylowany jest z jakichkolwiek doznań to widać i czuć owe odizolowanie oraz niespełnienie życiowe wybitnej pisarki. Ma niezwykłą moc owe wykonanie, siłę artystycznej świadomości i blask tanecznej formy. Ale to naprawdę zbyt mało, gdy założenia były niesamowite a zwieńczone dwoma banałami o kobietach i nieustannym trwaniu w utartych schematach cierpienia oraz szaleństwa. Na dodatek choreografka wyważa dawno otwarte przez nią samą drzwi i to zarówno odnosi się do tematyki jak i do stylu wykonania.

Nie znoszę nieudanych wieczorów teatralnych. Gdy opuszczałem widownię myślałem sobie czemu to wszystko ma służyć? Wówczas spojrzałem na plakat do Urojeń. I zobaczyłem na nim przetworzone zdjęcie Izadory Weiss. Chyba pierwszy raz w życiu spostrzegłem coś takiego. Nigdy nie widziałem żadnego reżysera, choreografa, twórcy aby pojawił się na posterze reklamującym własny spektakl. I chyba wówczas wszystko zrozumiałem. Wiem kto jest najbardziej zadowolony i spełniony. Tu nie chodzi o widownię, tancerzy, kogokolwiek. Wygrany może być i chyba jest, tylko jeden. 

Urojenia, choreografia: Izadora Weiss, Polski Balet Narodowy/ Teatr Wielki-Opera Narodowa w Warszawie, premiera: czerwiec 2026

Tytuł oryginalny

W KRZYWYM LUSTRZE KOBIECOŚCI – „UROJENIA” POLSKI BALET NARODOWY/ TEATR WIELKI-OPERA NARODOWA W WARSZAWIE

Źródło:

benjaminpaschalski.pl

Link do źródła

Autor:

Benjamin Paschalski

Data publikacji oryginału:

22.06.2026

Sprawdź także