„Szkoła uwodzenia” wg scen. i w reż. Magdy Szpecht w Komunie Warszawa. Pisze Wiesław Kowalski.
Magda Szpecht coraz wyraźniej interesuje się tym, co dzieje się na styku prywatności i polityki. Jej teatr wyrasta z rzeczywistości, ale nie próbuje jej po prostu referować. Raczej rozkłada ją na części, sprawdza działanie jej mechanizmów i szuka dla nich scenicznego odpowiednika. W „Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” wojna była doświadczeniem konkretnej kobiety, jej ciała, języka i codzienności. W „Wracać wciąż do domu” reżyserka szukała wyobrażenia świata, który po katastrofie potrafi urządzić się inaczej. „Szkoła uwodzenia” jest może najbardziej bezpośrednim spotkaniem tych dwóch zainteresowań: z jednej strony mamy bardzo osobistą sferę relacji między kobietą a mężczyzną, z drugiej — mechanizmy dominacji, propagandy i politycznej władzy.
Punkt wyjścia jest niemal groteskowy. Do Warszawy przyjeżdża rosyjski guru podrywu, który prowadzi szkolenie dla mężczyzn chcących nauczyć się zdobywać kobiety. Jeden z uczestników okazuje się amatorem prowadzącym własne śledztwo. Wraz z nim wchodzimy w środowisko internetowych coachów, influencerów, inceli i samozwańczych ekspertów od męskości. Początkowo można mieć wrażenie, że oglądamy satyrę na szczególny rodzaj internetowego idiotyzmu. Szybko jednak okazuje się, że stawka jest znacznie większa.
Szpecht interesuje bowiem nie tyle sam fenomen „guru podrywu”, ile logika, która pozwala mu działać. Jeśli drugiego człowieka można potraktować jak zadanie do rozwiązania, jeśli uczucie daje się sprowadzić do zestawu technik, a relację do bilansu zysków i strat, to bardzo łatwo przejść od uwodzenia do sprawowania kontroli. W tym sensie „Szkoła uwodzenia” okazuje się spektaklem nie tylko o kobietach i mężczyznach, lecz przede wszystkim o władzy. O potrzebie jej zdobywania, utrzymywania i demonstrowania.
I właśnie tutaj przedstawienie robi się naprawdę ciekawe. Szpecht nie poprzestaje na pokazaniu absurdalności toksycznej męskości. Próbuje sprawdzić, co łączy jej internetowe, pozornie groteskowe odmiany z dużo poważniejszymi formami politycznej przemocy. Prywatna relacja staje się miniaturą systemu, w którym drugi człowiek nie jest partnerem, lecz obiektem działania. To nie jest szczególnie subtelna analogia, ale przedstawienie nie potrzebuje subtelności za wszelką cenę. Jego siłą jest raczej konsekwencja, z jaką przeprowadza tę myśl przez kolejne teatralne sytuacje.
Największą zaletą „Szkoły uwodzenia” jest przy tym forma. Szpecht znalazła sposób, żeby temat, który bardzo łatwo mógłby zamienić się w publicystyczny wykład, uczynić materią teatru. Mamy tu dokument, fikcję, performans, filmową narrację, elementy komediowe, choreografię, muzykę, songi i wideo. Wszystko nieustannie zmienia swoją funkcję. Raz scena przypomina szkolenie, za chwilę plan filmowy, innym razem koncert albo rodzaj eksperymentu społecznego.
Ta zmienność nie jest ozdobnikiem. Odpowiada światu, o którym spektakl opowiada — światu, w którym rzeczywistość miesza się z autokreacją, transmisją internetową, reklamą i spektaklem. Człowiek funkcjonujący w sieci bez przerwy coś odgrywa, coś sprzedaje i coś komuś udowadnia. Szpecht przenosi tę zasadę na scenę, dzięki czemu widz nie tylko słucha opowieści o manipulacji, ale sam zostaje wciągnięty w jej mechanizm.
Bardzo dobrze działa także obecność publiczności. Nie jesteśmy tu bezpiecznie oddzielonymi od sceny obserwatorami. Zostajemy potraktowani jako potencjalni uczestnicy szkolenia. Ta sytuacja ma w sobie coś zabawnego, ale pod powierzchnią żartu pojawia się lekki dyskomfort. Bo skoro dajemy się prowadzić regułom zaproponowanej gry, to gdzie właściwie przebiega granica między teatralną zabawą a zgodą na cudze zasady?
Szpecht umie tę granicę przesuwać bez nachalnego podkreślania, że właśnie coś ważnego się wydarzyło. W tym sensie „Szkoła uwodzenia” jest przedstawieniem inteligentnym: zamiast nieustannie dopowiadać własne tezy, buduje sytuacje, w których widz może sam zobaczyć działanie określonego mechanizmu.
Duża w tym zasługa aktorów. Lena Schimscheiner i Jan Sobolewski bardzo dobrze odnajdują się w konwencji, która wymaga nieustannego przechodzenia między postacią, performowaniem i komentowaniem tego, co właśnie się dzieje. Nie próbują psychologizować materiału tam, gdzie psychologia byłaby pułapką. Potrafią być groteskowi, bez popadania w farsę, i serio, bez niepotrzebnego patosu. Ich gra jest podporządkowana rytmowi całego przedstawienia, ale nie oznacza to utraty aktorskiej indywidualności.
Szczególnie interesujące jest to, że oboje muszą właściwie przez cały czas zmieniać tryb obecności. Raz są bohaterami opowieści, za chwilę jej prowadzącymi, innym razem uczestnikami performansu. Ta płynność dobrze współgra z tematem przedstawienia: skoro tożsamość w świecie internetowym jest czymś, co można dowolnie konstruować i przestawiać, aktor również nie może na długo osiąść w jednej roli.
Ważną częścią tej konstrukcji jest muzyka Krzysztofa Kaliskiego. Nie stanowi jedynie tła dla działań scenicznych, lecz współtworzy ich rytm i temperaturę. Podobnie choreografia Katarzyny Szugajew nie pełni funkcji ilustracyjnej. Ciało zostaje tu potraktowane jako kolejny język, którym można opowiadać o atrakcyjności, dominacji, podporządkowaniu czy autoprezentacji. Wideo Michała Rogulskiego z kolei pozwala przedstawieniu wejść w logikę obrazu ekranowego, a scenografia, kostiumy i światło Janka Simona pomagają stworzyć przestrzeń, w której granica między szkoleniem, show i politycznym widowiskiem jest płynna.
To wszystko składa się na przedstawienie bardzo współczesne, ale nie dlatego, że używa internetu jako dekoracji. Jego współczesność polega na czymś głębszym: na rozpoznaniu, że dzisiaj władza coraz częściej działa poprzez atrakcyjność. Nie zawsze przychodzi z rozkazem. Czasem przychodzi jako porada, coaching, obietnica sukcesu, instrukcja budowania pewności siebie. Najpierw mówi: „pokażę ci, jak wygrać”, a dopiero później okazuje się, że ktoś wcześniej ustalił reguły gry.
W tym sensie „Szkoła uwodzenia” dobrze wpisuje się w dotychczasową drogę Szpecht. W „Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” dokumentalny materiał zostawał przepuszczony przez bardzo osobistą obecność performerki. W „Wracać wciąż do domu” reżyserka budowała natomiast rozległy, niemal utopijny świat, w którym można było wyobrazić sobie inne zasady wspólnoty. Teraz bierze rzeczywistość znacznie bliższą codziennemu doświadczeniu: język podrywu, internetowe poradniki, męskie kompleksy i pragnienie bycia kimś bardziej atrakcyjnym, silniejszym, skuteczniejszym.
I właśnie dlatego „Szkoła uwodzenia” wydaje mi się jedną z najlepszych realizacji Szpecht. Nie dlatego, że mówi coś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy o patriarchacie czy rosyjskiej propagandzie. Jej siła leży gdzie indziej. Reżyserka znalazła dla tego materiału formę, która nie jest dodatkiem do tematu, lecz jego przedłużeniem. Można powiedzieć, że sama konstrukcja spektaklu działa trochę jak internetowy algorytm: podsuwa kolejne obrazy, zmienia perspektywę, podkręca emocje, prowadzi widza w miejsce, którego na początku się nie spodziewał.
A przy tym przedstawienie nie traci przyjemności oglądania. Jest w nim energia, poczucie humoru, rytm i teatralna pomysłowość. Szpecht nie rezygnuje z polityczności, ale też nie pozwala jej zdominować sceny.
„Szkoła uwodzenia” zaczyna się od pytania, jak zdobyć czyjeś zainteresowanie. Kończy się znacznie poważniejszym pytaniem: po co właściwie chcemy zdobywać władzę nad drugim człowiekiem? Odpowiedź nie jest pocieszająca. Tym bardziej warto ją usłyszeć właśnie w teatrze, gdzie uwodzenie widza również jest częścią gry. Szpecht tym razem nie tylko opowiada o uwodzeniu. Sama pokazuje, jak ono działa.