05.03.2021, 16:36 Wersja do druku

Uszyła z koleżankami 24 tysiące maseczek

Pani Jolanta mówi, że została krawcową, bo szycie to jej wielka pasja. Skończyła szkołę zawodową w Sosnowcu, przez jakiś czas pracowała w Teatrze Dzieci Zagłębia w Będzinie, a od 13 lat w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, bo teatr dramatyczny zawsze najbardziej ją pociągał. Jest brygadzistką w pracowni, w której powstają kostiumy dla aktorów. Jednak kiedy w czasie epidemii spektakle się nie odbywały, pani Jolanta, aby nie siedzieć bezczynnie, wraz z dwiema innymi krawcowymi zabrała się za szycie maseczek.

Jolanta Trzcińska pracowni Teatru Zagłębia / mat. teatru

W marcu zeszłego roku okazało się, że dramatycznie brakuje ich stacji pogotowia ratunkowego w Sosnowcu. - A przecież lekarze i ratownicy medyczni są na pierwszej linii frontu w walce z wirusem. Maseczki potrzebne są także innym instytucjom w mieście, które nie mogły zawiesić działalności - mówi pani Jolanta.

Natychmiast z koleżankami zaczęła więc szyć. Materiał - płótno i fizelinę medyczną - dostarczyły teatr, urząd miejski i samo pogotowie. Na początku pandemii przez dwa miesiące pani Jolancie i jej dwóm koleżankom pomagały garderobiane, pani z pralni, suflerka, panie sprzątaczki - w sumie 11 osób. Nie miały wprawy w szyciu, więc ucinały gumki, prasowały gotowe maseczki, przekładały je na prawą stronę. Potem krawcowe musiały poradzić sobie same. Pani Jolanta z koleżankami nad maszynami spędzała do siedmiu i pół godziny każdego dnia.

- Dla mnie jako koordynatorki nawet osiem godzin to za mało, ale kierownik mnie wygania do domu - śmieje się pani Jolanta. Pytam, dlaczego tak ciężko pracuje. - A kto to zrobi, jak nie my? Czy nie wolałabym siedzieć w domu, zamiast ryzykować codzienne wyjścia do pracy? No pewnie, ale nie chcę być bierna! - odpowiada.

Ponieważ sama choruje na astmę, jest w grupie ryzyka. - Mam też inne problemy zdrowotne, nie jestem najmłodsza, zostały mi dwa lata do emerytury. Ale nie zamierzam się poddawać i zamartwiać. Codziennie mierzę sobie temperaturę, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku. Do pracy jeżdżę na siódmą, ale wstaję już po piątej, bo rano muszę wziąć wyziew i kilka tabletek. Potem muszę się porządnie wykasłać, a to zabiera trochę czasu, zanim doprowadzę się do porządku. Potem ruszam do pracy - opowiada.

Początkowo, aby nie ryzykować zakażenia, przesiadła się z tramwaju do samochodu. Ale od grudnia znów jeździ tramwajem. - Jakoś odporna jestem. Nie zakażam się. Czasem nawet zazdroszczę tym, którzy chodzą na zwolnienia lekarskie, że mogą trochę odpocząć - śmieje się krawcowa.

Początkowo szyła najprostsze maseczki, na zakładkę. Teraz szyje profilowane, z przestrzenią na nos, ze szwem przez środek. Lepiej się w nich oddycha. Maseczki trafiają nie tylko do pogotowia, ale też do domów pomocy społecznej, domów dziecka, hospicjów.

Ostatnio pani Jola szyje ich nieco mniej, bo nareszcie wolno organizować spektakle. Dzieli więc czas między maseczki a szycie kostiumów do „Wujaszka Wani".

Za to w wolnym czasie nadrabia, szyjąc maseczki dla męża, rodzeństwa i sąsiadów z bloku. - Mam dziewięcioro rodzeństwa, a każdy z moich braci i sióstr ma co najmniej czwórkę dzieci. Najstarszy brat dochował się aż dziewiątki. Szyję maseczki dla wszystkich i wysyłam paczki do Zachodniopomorskiego, gdzie mieszkają wszyscy moi krewni, oprócz siostry, którą mam pod ręką, w Będzinie. Noszą je, a ja jestem spokojniejsza o ich bezpieczeństwo - mówi pani Jolanta.

Tytuł oryginalny

Uszyła z koleżankami 24 tysiące maseczek

Źródło:

Gazeta Wyborcza - Katowice nr 53

Wątki tematyczne