„Wypiór” Grzegorza Uzdańskego w reż. Pawła Świątka z Teatru IMKA w Warszawie na Festiwalu Boska Komedia w Krakowie. Pisze Agnieszka Loranc w Teatrze Dla Wszystkich.
„Tylko przekonanych przekonasz” — mówi w jednej z kwestii Łukasz. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta fraza niechcący staje się komentarzem do samego spektaklu. Mnie w tę konwencję uwierzyć było trudno. Może to fatum, że w tym sezonie na scenie teatru, któremu patronuje Juliusz Słowacki, prezentowany jest kolejny średnio udany spektakl z jego rywalem, Mickiewiczem, w tle?
„Wypiór” w reżyserii Pawła Świątka oparty jest na tekście Grzegorza Uzdańskiego, znanego przede wszystkim z internetowych poetyckich pastiszów publikowanych na profilu „Nowe wiersze sławnych poetów”. Tekst wyróżnia to, że napisany jest trzynastozgłoskowcem — metrum kojarzonym przede wszystkim z wielką narodową epopeją. Autor nieprzypadkowo sięga po ten format: oto bowiem w szafie warszawskiego mieszkania przy placu Zbawiciela od setek lat mieszka Adam Mickiewicz (Oskar Hamerski) — tytułowy wypiór, wampirza forma wieszcza, który po ugryzieniu w Stambule przyjął nową karnację i odtąd podtrzymuje egzystencję dzięki krwi ze szpitalnych ampułek wyrzucanych na śmietnik.
O obecności chowanego w szafie trupa przekonuje się para: Łukasz (Mateusz Banasiuk) i Marta (Magdalena Boczarska), którzy, chcąc pogłębiać swoją relację, sukcesywnie pakują ją tam, gdzie Mickiewicz faktycznie powinien przebywać — do grobu. Konflikt, pośrednio związany z nadprzyrodzoną obecnością Mickiewicza, przeradza się w opowieść o zazdrości, wypaleniu miłosnym i zawodowym, zastępowaniu bliskości pornografią oraz dopaminowymi skokami fundowanymi przez potajemne swipe’owanie na Tinderze. Mickiewicz jest więc z jednej strony figurą intruza, z drugiej zaś lustrem. Po pierwsze staje nad obyczajową przepaścią współczesności, której próbuje stawić czoła; po drugie jest kimś, kto nie pozwala bohaterom uciec od niewygodnej prawdy o gryzących ich różnorakich pustkach.
Operowanie przez aktorów formą trzynastozgłoskowca nie przekłada się jednak na dostateczną głębię przedstawienia. Zapowiadany — zgodnie z opisem spektaklu — efekt miał być wyjątkowy, niezwykły, nieoczywisty i niekonwencjonalny… Można wzruszyć ramionami i stwierdzić, że komedia rządzi się własnymi prawami, że taki jest pomysł na „ugryzienie” wierszowanej konwencji, tak właśnie układają się rymy itd. Ostatecznie otrzymujemy teatralny pastisz podszyty mało lotnymi przekleństwami, które sprawiają wrażenie jedynych elementów zdolnych rozbroić męczące próby wyginania tekstu na lewo i prawo. Zmyślna i doceniana powieść Uzdańskiego została wyraźnie osłabiona przez inscenizacyjne niedoróbki, które odebrały jej lekkość i ironię. Myślę tu zarówno o jednotonowej ekspresji Marty, jak i o bohaterce granej przez Monikę Janik-Hussakowską — postaci zawieszonej między komentarzem a ingerencją w akcję, która nie do końca odnajduje swoje miejsce w rytmie spektaklu.
Ciekawość przedstawienia wystawianego na Dużej Scenie Teatru Słowackiego w Krakowie jest łatwo mierzalna. Dopóki nie zaczynam zastanawiać się, na kogo na widowni mógłby spaść kryształowy żyrandol, wszystko jest w porządku. Tym razem zarówno on, jak i złote zdobienia ścian znacznie bardziej pochłonęły moją uwagę.
3/10