EN
21.12.2021, 15:33 Wersja do druku

To nie ja, to Tennessee Williams

"Tramwaj zwany pożądaniem" Tennessee Williamsa w reż. Małgorzaty Bogajewskiej w Teatrze Ochoty im. Haliny i Jana Machulskich w Warszawie. Pisze Konrad Pruszyński na swoim blogu.

fot. Artur Wesołowski

„Love and the marriage

try to separate them

it’s an illusion”

Frank Sinatra - “Love and Marriage”

“Tramwaj zwany pożądaniem”, czyli wielokrotnie realizowana sztuka amerykańskiego dramaturga Tennesseego Williamsa, wydana została w 1947 roku. Dziś, blisko siedemdziesiąt pięć lat później, twórcy reinterpretacji tego dzieła z Teatru Ochoty zadają pytania o niesłabnącą aktualność podejmowanego tekstu oraz o możliwość wykreowania nowej rzeczywistości pozbawionej „przemocowo-seksistowskiego schematu myślenia”, w której bylibyśmy w stanie zrezygnować ze ścisłego określania ról społecznych oraz schematów emocjonalnych narzucanych innym ludziom.

Kierunek: demaskacja

Fanom tytułu fabuła jest świetnie znana, ale pro forma należy wspomnieć, że wszystko zaczyna się od niespodziewanej wizyty Blanche DuBois w nowoorleańskim domu swojej siostry Stelli oraz jej męża Stanleya Kowalskiego. Twórcy spektaklu od samego początku sygnalizują widzom, z czym będą mieć do czynienia. Już w pierwszych sekundach da się wyczuć pewne napięcie panujące w pomieszczeniu scenicznym, w którym przestrzeń aktorska oraz ustawiona niemal w prostokąt widownia tworzyły komplementarną całość. Aktorzy regularnie przysiadali na wyznaczonych pośród widzów miejscach i zwracając się przez nich lub bezpośrednio do nich, aktywizowali sposób emocjonalnego uczestnictwa publiczności w spektaklu.

Początki wizyty Blanche w domu siostry nie należały do najprzyjemniejszych, jednak atmosfera „Tramwaju...” ma to do siebie, że gęstnieje z każdą minutą. Stanley początkowo snuje domysły dotyczące bogactwa szwagierki, mającej jakoby ukrywać zyski płynące ze sprzedaży rodzinnego majątku DuBois, by w końcu zdemaskować prawdziwą przeszłość Blanche przed Stellą i zakochanym w niej Mitchem.

Demityzacji nie ulega tu jednak tylko wstydliwa przeszłość głównej bohaterki. Podobnemu zabiegowi poddane jest również pozornie szczęśliwe i uporządkowane życie młodego małżeństwa, którego najpoważniejszym problemem jest przemoc domowa. Blanche od dawna przeciwna związkowi Stelli i Stanleya (określanego przez nią polaczkiem czy prymitywem) podejmuje próbę interwencji w tej sprawie. To ona nazywa incydent po imieniu i ostrzega siostrę, że podobne sytuacje mogą się w przyszłości powtarzać. Dziewczyna jest jednak głucha na rady Blanche, usprawiedliwia zachowanie męża, tłumaczy, że „nie wiedział co robi” i podważa kompetencje siostry sądzącej Stanleya wyłącznie po tym, jak „zobaczyła jego najgorsze oblicze”.

Połączenie bezpośrednie

Realizacja popularnego tytułu w wykonaniu Małgorzaty Bogajewskiej (dyrektorki krakowskiego Teatru Ludowego), to propozycja niewątpliwie charakterystyczna dla młodego teatru - z jego energią, bezkompromisowością i bezpośredniością środków artystycznego wyrazu. Owszem, problem przemocy w domu Kowalskich zaprezentowany został za pomocą wymownej, choć nie zupełnie pozbawionej subtelności metafory (automat bokserski), ale już scena następująca bezpośrednio po wspomnianym incydencie do wydelikaconych na pewno nie należy. Podobnie jak świetnie rozegrana scena przygotowania i „skonsumowania”, a może bardziej zużycia czy alternatywnego sposobu wykorzystania, urodzinowego tortu Blanche. To samo można powiedzieć o niezwykle intensywnej scenie pomiędzy dziewczyną a Mitchem w samej końcówce spektaklu.

Gra aktorska zespołu Teatru Ochoty stoi na naprawdę dobrym poziomie. Duża w tym na pewno zasługa sprawdzonego i świetnie skonstruowanego tekstu Williamsa, jednak aktorom oddać trzeba, że emocje w przedstawieniu buzują niczym wstrząśnięte Leszki (żeby nie było - bezalkoholowe), opróżniane tutaj na potęgę.

Szczególnie chciałbym podkreślić uznanie dla kreującego rolę Stanleya Michała Pawlika, świetnie operującego emocjami zarówno w wysokim, jak i niskim rejestrze oraz Krzysztofa Oleksyna, który wypracował niezwykle rozbudowaną fizycznie i emocjonalnie postać Mitcha, budzącego we mnie ogrom współczucia. Zagubienie bohatera Oleksyna, w obliczu mylnych sygnałów oraz manipulacji jakiej poddaje go Blanche, a także chorobliwej chęci zaimponowania drugiej osobie, odczuwalne jest niemal w zmaterializowanej, organicznej formie.

Ciekawą, wewnętrznie rozdartą postać wykreowała również Malwina Laska-Eichmann (Stella). Największy problem sprawiła mi natomiast ocena Blanche Irminy Liszkowskiej, której emocjonalność, może za sprawą reżysersko-aktorskiej koncepcji, a może ze względu rodzaj estetycznej rozbieżność, nie do końca do mnie przemówiła.

Blanche kreując się  na damę z wyższych sfer, tworzy swoistą baśń, pisze alternatywną rzeczywistość, w której „nie można nazywać jej biedną, ponieważ ma w sobie wiele bogactwa rozrzucanego przed wieprze”. Jej sposób radzenia sobie z rzeczywistością nie przynosi oczekiwanych efektów. Historia pani DuBois, Mitcha oraz małżeństwa Kowalskich może być za to punktem wyjścia do wspomnianej już refleksji dotyczącej narzucanych ludziom ról społecznych, związanej z tym procesem opresji emocjonalnej oraz przemocowo-seksistowskiemu językowi, z którym każdy przyzwoity człowiek powinien raz na zawsze skończyć. Tutaj rodzą się pytania o powody, a przede wszystkim sposoby zerwania z wymienionymi powyżej atawistycznymi nawykami, ale to już raczej zadanie dla tęższych głów. Ja apeluję - znajdźcie czas na Ochotę!

Tytuł oryginalny

To nie ja, to Tennessee Williams

Źródło:

kpruszynski.blogspot.com
Link do źródła