Logo
6.02.2006 Wersja do druku

To ja, kołkofob

Rzecz bowiem nie idzie ani o Klatę, ani nawet o histerię wokół niego. Rzecz idzie o coś znacznie poważniejszego i głębszego - o zawłaszczanie literatury przez grono reżyserów, którzy są za mało zdolni, by sobie napisać sztukę, scenariusz czy cokolwiek, zatem wystawiają rzekomo Słowackiego, Wyspiańskiego i co im tam w rękę wpadnie - pisze Wacław Krupiński w swoich "Kulturałkach" w Dzienniku Polskim.

I doigrałem się. Stałem się jednym z "oszalałych krakowskich klatofobów z kręgu Dziennika Polskiego", jak zaszeregował mnie Łukasz Drewniak w "Przekroju". Oszalały mogę być, krakowski byłem zawsze, natomiast ów klatofob - delikatnie mówiąc - mnie wkurza. Jaka fobia, jaki strach? Przed Klatą? Rzekłbym, nadto ona chuderlawa, ale to już byłyby nieeleganckie żarty z nazwiska. A powodów do żartów nie ma. Bynajmniej. Rzecz bowiem nie idzie ani o Klatę, ani nawet o histerię wokół niego. Rzecz idzie o coś znacznie poważniejszego i głębszego - o zawłaszczanie literatury przez grono reżyserów, którzy są za mało zdolni, by sobie napisać sztukę, scenariusz czy cokolwiek, zatem wystawiają rzekomo Słowackiego, Wyspiańskiego i co im tam w rękę wpadnie. Oto w "Polityce" tenże Klata Jan w wywiadzie związanym z przyznaniem mu "Paszportu" tego tygodnika, a zatem wywiadu przeprowadzonego przez autorkę na klęcząco, tak oto rzecze: ...jestem głębok

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Kulturałki: To ja, kołkofob

Źródło:

Materiał nadesłany

Dziennik Polski nr 30/04.02.06

Autor:

Wacław Krupiński

Data:

06.02.2006