EN
5.12.2022, 10:58 Wersja do druku

Tenor od kuchni

Finał 11. edycji Masterchefa, kulinarnego show telewizji TVN za nami. Ceviche z krewetek, barweną sous-vide z duszoną cykorią i toskańskim sosem oraz dekonstrukcją najpopularniejszego włoskiego deseru – tiramisu, popularny śpiewak operowy Bartosz Nowak próbował zachwycić jurorów w finałowej rozgrywce o tytuł Mistrza Kuchni. Z Bartoszem Nowakiem rozmawiał Paweł Finger.

fot. Wiktor Sekuła

Skąd pomysł na start w programie dla amatorów gotowania, którzy - jak się okazuje - potrafią wspiąć się na wyżyny sztuki kulinarnej? Czy kuchnia to miejsce dla śpiewaka operowego?

Kuchnia to zdecydowanie miejsce dla każdego, dlatego też nie rozróżniałbym tutaj będących w kuchni pod względem wykonywanego zawodu. Jemy wszyscy, nie każdy gotuje, ale akurat ja uwielbiam to robić, stąd też pomysł, żeby się rozwinąć w tym kierunku. Poza tym nie jestem jedynym gotującym śpiewakiem, swoimi pomysłami często chwalą się Aleksandra Kurzak, Piotr Beczała czy Jose Carreras, który wydał nawet swoją książkę kucharską.

Pomysł na start w programie zrodził się w wyniku bezsenności. Zabijając bezsenne noce oglądałem Kuchenne rewolucje, które w końcu się skończyły, więc kliknąłem zaproponowany program i... przepadłem. W trakcie miesiąca nadrobiłem braki, a potem z wypiekami na twarzy czekałem na cotygodniowe kulinarne zmagania. Zacząłem wtedy bardziej w kuchni kombinować, uczyć się, rozwijać. Zobaczyłem, że można i często to co nas ogranicza, to nasza niewiedza i brak wyobraźni. Z czasem współlokatorzy i znajomi mówili, że umiem, że mi wychodzi, że bardzo dobrze smakuje. Moją wielką fanką jest moja dziewczyna, od której zawsze mogę liczyć na konstruktywną krytykę. Stwierdziłem zatem, że warto zrobić ten krok i się nie rozczarowałem! 

Przyznam szczerze, że zaskakuje mnie dziecięca wersja programu, Masterchef Junior, gdzie młodzi kucharze zadziwiają wiedzą i umiejętnościami. Gdy Bartosz Nowak był w ich wieku, nie było jeszcze takiego telewizyjnego show. Czy mając 10, 11 lat ciągnęło Cię do gotowania?

Do gotowania ciągnęło mnie zawsze, praktycznie wychowałem się w kuchni. Zawsze lubiłem dobrze zjeść, więc też chęć mieszania w garnkach przychodziła często. Mama – która nota bene świetnie gotuje - zresztą nigdy mnie nie wyrzucała z kuchni i zawsze było tam miejsce na małego pomocnika (który wtedy raczej zajmował się znajdywaniem wszystkich składników, które nie zostały wykorzystane, a można je zjeść). W domowej kuchni nauczyłem się wszystkich podstaw gotowania czy pieczenia, ale przede wszystkim wyniosłem z niej smak. Smak klasycznej polskiej kuchni, smak regionalnych podkarpackich potraw, czy oczywiście najlepszego rosołu. Bez tej bazy pewnie dzisiaj bym nie gotował. 

W domu nie miałem nigdy przeszkody w podejmowaniu swoich prób gotowania, jednak wiadomo – ze składników, które w domu były. Inne zresztą nie przyszłyby mi do głowy, nie miałem bowiem zaplecza w postaci podróży i poznawania kuchni świata. W wieku 10 czy 11 lat nie miałem szans gotować takich rzeczy jak Juniorzy. O niektórych składnikach czy technikach wykorzystywanych przez tych młodych kucharzy dowiedziałem się relatywnie niedawno. Dzieci w kuchni to wspaniałe istoty, od których można czerpać mnóstwo inspiracji! 

Kiedy tak na serio zacząłeś czarować w kuchni? Czy było to jedynie odtwarzanie przepisów, czy raczej od razu eksperymentowałeś? No i oczywiście czy podśpiewujesz przy gotowaniu?

Śpiewam zawsze! A gotowanie to super czas na ćwiczenie nowego repertuaru, czy przypominanie sobie utworów. Jeśli chodzi o gotowanie tak na serio-serio, to chyba zacząłem się bardziej rozwijać na przełomie 2018 i 2019 roku. Szukałem inspiracji i przepisów, jednak rzadko odtwarzałem przepisy. Zawsze od razu wiedziałem, co tu zrobić po swojemu, adaptowałem przepis do warunków, albo zmieniałem składniki, których po prostu nie lubię. Zdarza mi się też wymyślić coś, co może działać... I wtedy sprawdzam. Czasem kończy się to sukcesem, czasem porażką, ale nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Wiadomo, są pewne przepisy, których się nie zmienia i takie oczywiście też przygotowuję. To te wszystkie klasyki. Ale kuchnia zawsze zostawia pole do popisu jeśli chodzi o kreatywność, a ogranicza nas znów własną wyobraźnią i wiedzą. 

Z pewnością Twoja droga na operową scenę była bardziej skomplikowana? 

Moja droga na operową scenę trwa podobnie długo, jak w przypadku historii o gotowaniu, bo od najmłodszych lat. Zawsze starałem się być na scenie, śpiewać, recytować. W szkole był chór i zespół, do których należałem. W kościele schola. Oczywiście też w niej byłem. Śpiewałem wszędzie, gdzie się dało. Kółko teatralne? Jasne! I tak to trwało do końca gimnazjum. Za radą moich nauczycieli stanąłem do egzaminów w szkole muzycznej i... Dostałem się. Bardzo szybko jednak ze szkoły zrezygnowałem, ze względu na dużą ilość nowych obowiązków, dojazdy, itd. Jednak muzyka mnie przyciągała. I przyciągnęła mnie rok później do chóru Filharmonii Opolskiej, który prowadzili wtedy bracia Bartosz i Rafał Żurakowscy. Za namową pana Rafała Żurakowskiego wróciłem do szkoły muzycznej i tak już zostało. Później Akademia Muzyczna we Wrocławiu, gdzie skończyłem studia wokalne o dwóch specjalnościach (pieśniarsko-oratoryjna i wokalno-aktorska) pod kierunkiem prof. Piotra Łykowskiego i dr hab. Olgi Ksenicz. Warto dodać, że publiczność telewizyjna już mogła się ze mną spotkać, gdyż jestem zwycięzcą „VI Bitwy Tenorów na róże”. Obecnie jestem już po studiach i jestem freelancerem. Współpracuję z Warszawską Operą Kameralną i występuję w kraju (i nie tylko) w repertuarze operowym i operetkowym. 

W 11. edycji programu zająłeś drugie miejsce. Zdaję sobie sprawę, że w programie nie ma tytułu wice-MasterChefa i nie zdobywając pierwszego miejsca trzeba „oddać fartucha”, ale z pewnością opuszczając program bez tytułu, nagrody pieniężnej i własnej książki kucharskiej, zabierasz ze sobą coś o wiele ważniejszego...? 

Jasne, tytułu vice-Masterchefa niestety nie ma, jednak życie już mnie nauczyło, że nie zawsze tylko pierwsze miejsce wygrywa. I tego się trzymam. Czasem w konkursach nie udaje się zająć miejsca na podium, ale ktoś nas zauważa i pojawiają się różne propozycje koncertowe. Nie jest powiedziane, że nie wydam swojej książki – pytanie, czy ktoś zaprosi mnie do współpracy. Wszystko na razie jest wielką niewiadomą, bo jesteśmy na świeżo po finale. Czas pokaże. Warto też pamiętać, że Masterchef to przede wszystkim nie nagrody. To niesamowite doświadczenie i uważam, że będąc w programie już wygrałem. Cała reszta to miłe dodatki! 

Masterchef to spotkanie ze wspaniałymi, inspirującymi ludźmi, zarówno uczestnikami, jak i jurorami czy gośćmi odcinków. To też poznawanie nowych smaków, produktów, kuchni. To wspaniały wyjazd do pięknej Toskanii. Wygrałem też rozpoznawalność, która już daje o sobie znać. Można naprawdę wymieniać wiele wygranych jakie mam na swoim koncie nie mając w ręku statuetki czy stu tysięcy na koncie.

Nie mogę nie zapytać o jurorów Masterchefa? Jak pracowało się na planie programu z Magdą Gessler, Anną Starmach i Michelem Moran? Jak odbierałeś pochwały, a jak uwagi dotyczące kucharskich umiejętności?

Gotowanie pod okiem doświadczonych kucharzy i restauratorów jest bardzo rozwojowe. Starałem się zawsze chłonąć to, co mówią jurorzy, gdyż mają dużo więcej doświadczenia niż ja i naprawdę wiedzą o czym mówią. Cała moja edukacja czy rozwój na scenie polega na czerpaniu z doświadczenia i wiedzy osób bardziej doświadczonych, więc czułem się przy jurorach zwyczajnie, normalnie. To dla mnie była sytuacja – można powiedzieć – codzienna, mimo że na innym polu. Pochwały zawsze są mile, szczególnie kiedy się słyszy je od całej trójki jurorów. Bardzo budujące jest, kiedy słyszy się, że się myśli jak profesjonalista, czy że danie jest do wzięcia do profesjonalnej, nawet gwiazdkowej, restauracji. 

Krytyka umiejętności też jest ważna. Wiadomo, na tym etapie nie jestem szefem kuchni i długo nim nie będę. Nie jestem profesjonalnym kucharzem, nie chodziłem do żadnej szkoły, czy nie robiłem stażu w restauracjach przed programem. Wiadomo więc, że nie umiem wszystkiego i popełniam błędy. Jeśli krytyka jest konstruktywna, to jest wyłącznie kopniakiem do pracy i rozwoju.

Skoro dotknęliśmy nieco kulis programu, zdradź proszę, kto zjadał dania przez Was przygotowane?

Jeśli jury nie zjada wszystkiego (co się zdarza), to jest wielu chętnych w ekipie (która jest naprawdę duża), żeby zjeść przygotowane przez nas potrawy. Na pewno nic się nie marnuje! 

Jakie plany na najbliższy czas ma finalista Masterchefa. Pewnie często pytany jesteś o własną restaurację czy chociaż autorskie bistro? Chciałbyś związać się z gastronomią?

Na pewno chciałbym, żeby było kiedyś miejsce, w którym można zjeść dania mojego autorstwa, ale to na pewno jeszcze nie ten moment. Jeszcze przede mną długa droga, zanim zdecyduję się na krok w stronę profesjonalnej kuchni. Na chwilę obecną wiem co umiem, ale wiem też, jak dużo nie umiem, więc czas nadrobić braki i poszukać inspiracji. Chciałbym się teraz rozwijać, pojeździć na warsztaty, kursy, zapoznać się z kuchnią na świecie. Nabrać doświadczenia i znaleźć inspiracje. Szlifować technikę. Na restaurację przyjdzie czas, kiedy już będę mógł na 100% pokazać siebie na talerzu. Restauracja czy bistro to też nieprawdopodobnie duża inwestycja finansowa, na ten moment dla mnie na pewno nieosiągalna. 

Jeszcze jedno pytanie do znawcy opery i operetki: czy według Twojej wiedzy w tego typu dziełach muzycznych są jakieś nawiązania do gotowania, jedzenia, ucztowania? 

Oczywiście, że są motywy jedzenia w operze i operetce. Wystarczy wspomnieć chociażby Don Giovanniego i słynną ucztę w finale II aktu, biesiadowanie w Strasznym dworze czy bale w Eugeniuszu Onieginie lub Traviacie, gdzie o głodzie na pewno nie tańczono. Kawiarnia w Cyganerii nie gościła zapewne zaledwie kawą. Niestety najczęściej posiłki te są zbyt słabo opisane, żeby można je było odtworzyć, chociaż jest to pewne pole do poszukiwań, których może się podejmę. 

Mając za sobą doświadczenie MasterChefa oraz własną pasję do gotowania skłonny jesteś porzucić śpiewanie? A może dałoby się połączyć te dwie pasje?

Pod żadnym pozorem nie planowałem i nie planuję porzucać śpiewania. To mój pierwszy zawód, pierwsza pasja i pierwsza miłość. Dlatego też planuję nadal śpiewać. Gotowanie to drugi pomysł na siebie, jednak nie zamiast. Na pewno chciałbym zarówno śpiewać, jak i gotować. Czy uda się połączyć te dwie aktywności w jeden projekt? Na chwilę obecną sobie tego nie wyobrażam, ale wiele myśli kłębi się w głowie, więc kto wie...

To zapytam jeszcze tak: czy do pracy śpiewaka można zaadaptować coś z pracy szefa kuchni? A może na odwrót?

Chciałbym w kuchni być tak zorganizowany, jak jestem podczas śpiewania. Muzyka nie znosi chaosu i bylejakości, a podczas gotowania ten chaos jeszcze się wkrada. W kuchni czasem brakuje mi opanowania, a w śpiewaniu jest ono konieczne. Jako wykonawca muzyki klasycznej lubię też w kuchni sięgać po klasyczne przepisy. A w drugą stronę? Kuchnia to też praca pod presją, co podczas występów przed widownią jest codziennością, więc to daje odczucie podobnej atmosfery. Należy też pamiętać, że podczas gotowania możemy uwolnić swoją duszę i kreatywność oraz pokazać ją na talerzu, a to stanowi podstawę dobrego śpiewania. Należy zatem stwierdzić, że te zawody bardzo mocno się ze sobą przeplatają. 

[Tekst po autoryzacji]

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Paweł Finger