Logo
Recenzje

Teksty Źródłowe: Niekończąca się historia

24.04.2026, 15:13 Wersja do druku

„Niekończąca się historia” Michaela Ende w reż. Marcina Wierzchowskiego z Opolskiego Teatru Lalki i Aktora im. Alojzego Smolki na 58. Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Kontrapunkt. Pisze Daniel Źródlewski na blogu Teksty Źródłowe.

fot. mat. teatru

„Niekończąca się historia” Michaela Ende’go pozornie tylko należy do świata fantastyki. Tak naprawdę, to głęboka analiza kondycji współczesnego świata. Sama Fantazjana i jej uniwersum stworzone są z marzeń, pragnień i lęków ludzi. Gdy fantastyczną Krainę zaczyna pochłaniać Nicość, nie możemy mówić o katastrofie geograficznej, lecz duchowej. Nicość jest symbolem utraty zdolności do marzeń, zobojętnienia, cynizmu, a przede wszystkim braku empatii. Ludzi, bo to My nieustannie snujemy „Niekończącą się historię”…

Dzień wcześniej w nurcie „Młodzi na Kontrapunkcie” towarzyszącemu 58. edycji Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Kontrapunkt można było obejrzeć „Wyobraźnię” Julii Szmyt ze stołecznego Teatru Syrena. Tam także mówiono o sile wyobraźni w tworzeniu nowego porządku świata. Inspiracje powieścią Ende’go były wyraźnie widoczne. Zarówno Szmyt jak Michael Ende (oraz oczywiście Marcin Wierzchowski) mówią jeszcze o odpowiedzialności, bo tworzenie nowych światów, choćby jako literackie fantasmagorie, jest aktem tyleż potężnym, co niebezpiecznym. Autorzy wszystkich dzieł opartych na takim zamyśle, muszą być czujni i uważni. W tym procesie potrzebna jest równowaga oraz dialog między fantazją a rzeczywistością. U Ende’go to utrata wspomnień Bastiana w zamian za spełnianie pragnień albo nadanie imienia Dziecięcej Cesarzowej. Świat Fantazjany istnieje, dopóki ktoś ma odwagę go nazwać, opowiedzieć, przywołać. Dlatego „Niekończąca się historia” toczy się bez końca… Jednak fantazja bez pamięci czy pragmatycznego doświadczenia staje się jedynie pustą iluzją. Rzeczywistość bez fantazji, ale też fantazja bez rzeczywistości to martwe mechanizmy.

Krytycy twórczości Michaela Ende’go zarzucali mu propagowanie eskapizmu. Hermann Bausinger, niemiecki krytyk literatury kilka lat po premierze książki (kluczowe) wskazywał na jego powieść jako promocję postawy chętnie przyjmowanej przez wątpiących w przyszłość młodych ludzi, którzy zamiast pracy nad sobą wybierają lot do świata niezobowiązujących relacji i beztroski. Taką funkcję znalazł dla Fantazjany. Pozwolę się z tym nie zgodzić, albo zasugerować, że ci, którzy oskarżali Ende’go o ów eskapizm mówią o filmie Wolfganga Petersena, a nie o powieści. Film nie tyle co uprościł literackie metafory, co pokazywał jedynie pierwszą część powieści. Notabene Ende z filmowego efektu był na tyle niezadowolony, że zażądał usunięcia swojego nazwiska z napisów końcowych. Do obrazu Petersena jeszcze wrócę, teraz chcę pozostać przy dywagacjach krytycznych nad powieścią i zaprezentować intencje samego autora. Michale Ende twierdził, że człowiek dając upust swojej wyobraźni, wyrusza na poszukiwanie samego siebie, swojego prawdziwego ja. To przeczy promowaniu postaw eskapicznych, bo podróż Bastiana do Fantazjany jest ostatecznie osobistym poszukiwaniem tożsamości, które zmusza bohatera do zmierzenia się z problemami, które skutecznie w sobie tłumił. Jeszcze jeden dowód, także z ust samego autora, który miał powiedzieć, że „opowieści nie są ucieczką od świata, lecz jego najgłębszym dopełnieniem. Moja „Niekończąca się historia” nie kończy się właśnie dlatego, że trwa w każdym, kto ją czyta”. To metaforyczny barometr, który może wskazać, ile jeszcze w nas zdolności do marzeń i zachwytu na światami (fantastycznym lub/i realnym), a ile już oddaliśmy Nicości… I sedno, mam nadzieję kończące obronę „Niekończącej się historii” przed zarzutami eskapizmu: marzenia i chwile zapomnienia w fantastycznych światach, generują przecież idee i myśli, które można przenieść do prawdziwego świata, mało tego, one pozwalają dostrzec cuda i tajemnice ukryte w codzienności.

Michael Ende swoją „Niekończącą się historię” pisał niemal w… nieskończoność. To POV przedstawicieli wydawnictwa, którzy wiele lat czekali na jej ukończenie. Rzekomo deadline został przekroczony o kilka lat (sic!). Autor miał tłumaczyć, że „Bastian, kategorycznie odmawia opuszczenia Fantazjany”. Ende znalazł jednak na to sposób, prowadząc swojego bohatera do źródeł Wody Życia, gdzie użył mocy Aurynu oraz siły przyjaźni Atreju i Fuchura.

Cierpliwość się opłaciła, bo powstało niezwykle przemyślane dzieło o bardzo oryginalnym kształcie. Kto miał w ręku książkę, wie o czym mówię. Otóż, oryginalne wydanie książki zostało zaprojektowane jako najprawdziwsza księga magii, zyskując jedwabną oprawę, oraz charakterystyczny dwukolorowy druk i zdobną typografię Roswithy Quadflieg. Książka ma już wiele wznowień, została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków, utrzymując się przez lata na listach bestsellerów w wielu krajach świata. Była wielokrotnie wyróżniana prestiżowymi nagrodami oraz, co równie istotne, stawała się inspiracją dla kolejnych literackich dzieł.

Wieńczące powieść słowa antykwariusza Koreandera „ale to już inna historia i opowiemy ją innym razem” sprowokowały uznanych autorów, którzy w 2003 roku stworzyli 6-tomowy cykl wydawniczy „Legenden von Phantásien” (Legendy Fantazjany). W 1985 roku Wolfgang Fienhold napisał parodie powieści Ende’go: „Michael Anfang – Skończona historia”. Oprócz wydań książkowych w wielu krajach „Niekończąca się historia” pojawiała się jako słuchowiska radiowe, a później jako audiobooki. Na jej podstawie powstały gry planszowe oraz gry komputerowe.

Wielki sukces powieści Ende’go szybko zaowocował sprzedażą praw do jej ekranizacji. Mowa o wspomnianym już filmie Wolfganga Petersena z 1984 roku. Niestety efekt artystyczny oraz dość dowolne i luźne potraktowanie treści książki nie zyskały akceptacji autora. Michale Ende miał uznać film za kiczowaty. Bez większego echa przeszły kolejne dwie części inspirowane przygodami Bastiana i Atreju. Druga część (reż. George Miller) była luźną adaptacją kolejnych rozdziałów powieści, bo Petersen oparł swój film tylko na pierwszej części książki. Trzecia część w reżyserii Petera MacDonald‘a… No cóż, są dzieła, o których lepiej milczeć, a to właśnie jedno z nich. Oprócz wspomnianych produkcji powstały jeszcze seriale – niemiecko-francuska animacja (1996) oraz kanadyjski serial telewizyjny (2001). W 2009 roku Leonardo DiCaprio ogłosił zamiar nakręcenia remake’u „Niekończącej się opowieści”, ale pozostało to w sferze planów. Za to rok temu ogłoszono, że wytwórnia See-Saw Films nabyła od spadkobierców Ende’go prawa do nowej ekranizacji. Zdradzono, że będzie to próba sfilmowania całości książki (!) w kilku filmowych odsłonach. Póki co ambitny projekt nie wszedł jeszcze w fazę realizacji.

Na marginesie: oryginała kukła Falcorna / Fuchura z dwóch pierwszych filmów znajduje się w Bavaria Filmstadt w Monachium (można nawet dosiąść smoka i nagrać filmik z lotu nad Fantazjaną), mniej udaną lalkę z trzeciej części można oglądać w Filmpark Babelsberg w Poczdamie.

No i teatr. Pierwsza adaptacja sceniczna powieści Michaela Ende’go powstała dopiero w 2005 roku dla osobliwego podziemnego teatru w Rübeland, małej miejscowości położonej w sercu Gór Harzu (Höhlentheater in der Baumannshöhle). Tutejsza scena mieści się w naturalnej… jaskini. Swoją drogą lepszego miejsca, dla premiery „Niekończącej się historii” trudno sobie wyobrazić. Później teatralna adaptacja podbiła sceny w Bonn, Stuttgartu, Monachium, Chemnitz, Moguncji (Mainz), czy Bambergu. Najnowsza produkcja to spektakl Niny Mattenklotz w Bremen (Theater Bremen am Goetheplatz). Latem tego roku odbędą się premiery plenerowych widowisk – w maju D'haus w Düsseldorfie, a w czerwcu w Schloss Übigau w Dreźnie. Zaskakująca reaktywacja popularności „Niekończącej się historii”!

W Polsce po opowieść o spełnianiu marzeń w 2009 roku sięgnęła Teresa Kurpias w stołecznym Teatrze Rampa (musical „Świat Bastiana”), kilkanaście lat później (2022), w tym samym teatrze swoją wizję zaprezentowała Magdalena Miklasz. Była jeszcze produkcja w Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy (2010) oraz w Teatrze Lalki „Tęcza” w Słupsku (2023). Przedstawienie Marcina Wierzchowskiego w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora im. Alojzego Smolki jest zatem dopiero piątą polską inscenizacją „Niekończącej się historii”.

Wzorem przyjętego jakiś czas temu „sznytu” nie będę na tych łamach przedstawiać fabuły znanych powszechnie utworów, a pozwolę sobie „Niekończącą się historię” za takowy uznać. Jeśli rzecz czytają młodsi albo nieznający treści powieści czy chociażby filmu Petersena, polecam szybkie przełączenie okienek w internetowej wyszukiwarce i lekturę wikipedyjnego (zaskakująco dokładnego) streszczenia. Szanując Państwa percepcję, a także czas poświęcony na lekturę tak obszernego opracowania skupię się na analizie samego spektaklu opolskiego teatru.

Marcin Wierzchowski wraz z Magdaleną Muchą, autorką scenografii znaleźli znakomity klucz do snucia tej osobliwej historii. Nie ma tu krzty złego eskapizmu! To metoda na samą narrację, ale przede wszystkim jej teatralną formułę czy strukturę. Zacznę od tego drugiego. Choć operują środkami charakterystycznymi dla teatru lalek, to takowych (w tradycyjnym rozumieniu) tu nie zobaczymy. To spektakl planu żywego, czyli aktorskiego. Forma to tutaj sztuka video, z bardzo ciekawie rozwiązanym technologicznie przekazem live (o czym później) oraz Fantazjana zbudowana z… Lego! Woooooooow! Petarda totalna! To nie tylko znakomity pomysł pokazania bajkowych światów, ale także spoiwo między pokoleniami, które wychowały się na „Niekończącej się historii”, a dzisiejszymi dzieciakami. Młodzi przecież dziś tak chętnie korzystają z renesansu duńskich klocków, obiektu marzeń tych pierwszych. Obok zachwytu, dostrzegłem jednak problem. To jak pokazuje Fantazjanę Wierzchowski jest czytelne tylko dla czytelników powieści lub widzów jej ekranizacji. Młodzi widzowie nie znając ich, nie potrafili w aktorce z lupą dostrzec prastarej Morli, a w zmianie bluzy aktora, który gra Bastiana, Smoka Szczęścia Fuchura vel Falkora (łuski na ciele Fuchura są perłowe, lśniąco różowe i białe, ma brodę i bujną grzywę oraz frędzle na ogonie i innych kończynach). W scenie na Bagnach Smutku, dopiero po pewnym czasie „załapali”, że alter ego aktora jest figura Lego, pokazywana na ekranie. Tu zatrzymam się, by rozwinąć ten wątek, a przy okazji uznać tę scenę za jedną z piękniejszych jaką ostatnio widziałem. Dziękuje! Dodam, że fragment, gdy Artaxa wciąga bagno należy do jednej z największych „zbiorowych” traum mojego pokolenia, oczywiście obok Marszu Wilków z Akademii Pana Kleksa. Gdy koń i wierny towarzysz Atreju tonie, na scenie widzimy aktorską sekwencję dopełnioną na początku dość nieczytelną projekcją. Gdy obraz się wyostrza widzimy stojącą w brudnej wodzie figurkę konia z zestawu rycerskiego Lego. Wzruszyło mnie to bardzo, bo posiadałem „Zamek” Lego z takim właśnie figurkami. A mówią, że chłopaki nie płaczą…

Takich wzruszających scen w spektaklu Wierzchowskiego jest znacznie więcej. Reżyser skupił się na nieprzepracowanej traumie młodego chłopaka wywołanej przedwczesną śmiercią mamy. Zarówno w powieści jak w filmie odejście mamy Bastiana, a właściwie jej uporczywy brak, jest… no właśnie czym? Mam wrażenie, że dopiero wrażliwość i uważność Marcina Wierzchowskiego wskazała mi drogę do pełnego zrozumienia „Niekończącej się historii”. Reżyser wprowadza do opowieści trzecią „przestrzeń”, oprócz akcji w Fantazjanie oraz czytającego książkę Bastiana, oglądamy krótkie filmy stylizowane na domowe nagrania VHS. Niejako podglądamy codzienne życie rodziny Bastiana. Są tam chwile przyjemne, rozczulające, ale także kłótnie między rodzicami. To uniwersalny obraz zwyczajnej, kochającej się familii. Choć od dwóch dekad noszę na szyi Auryn i podaje się za obywatela Fantazjany, nie miałem świadomości „w co gram”. Kilkanaście lat temu przedwcześnie straciłem Tatę i mimo, że jestem starszy od Bastiana, czuję to samo co on, targają mna te same emocje. Trudno o tym pisać, bo to bardzo osobiste… Wiem, tylko, że kontrapunktowy poranek w „Pleciudze” z opolskim spektaklem zbliżył mnie do kolejnego etapu „przepracowania” niepowetowanej straty. Po raz drugi w tym tekście użyję słowa: Dziękuję!

Zespolenie emocji rzeczywistego świata z pulsem zdarzeń w Krainie Fantazjany to pełne mistrzostwo. Im więcej tęsknoty, smutku i zagubienia Bastiana w realnym świecie, tym gęstsza akcja w Fantazjanie. Intrygujący algorytm. Wierzchowski wspaniale zsynchronizował pozornie tylko niemożliwe do połączenia światy. Każdy późniejszy sukces Bastiana albo Atreju w Fantazjanie przekładał się na sukces procesu akceptacji samego siebie i trudnej tęsknoty.

Choć świat powieści Ende’go jest widowiskowy, to spektakl Wierzchowskiego ma raczej kameralny charakter. Także albo przede wszystkim, w liczbie aktorów. Każdy z niech odtwarza po kilka postaci. Aleksandra Mikołajczyk jest Mamą Bastiana, wciela się także w Urgl, Ujulalali oraz Dziecięcą Cesarzową. Klaudia Kręcisz to Gmork, Ren i Morla, a Łukasz Bugowski – Tata Bastiana oraz Chajron, Artax, Ygramul, Engywuk. Doceniam ich aktorski kunszt, doceniam ich fascynujące poświęcenie, ale… Ten zabieg znacznie utrudnia zrozumienie powieści laikom. To zmultiplikowanie postaci gubi sensy i znaczenia „Niekończącej się historii”. Te dziwne konfiguracje nakazują szukania powiazań między postaciami, a tych często po prostu nie ma. Szczytem tego jest powierzenie roli Bastiana i Fuchura Jakubowi Kowalczykowi. To burzy baśniowe sensy albo nie pozwala ich potraktować poważnie. Mimo to Kowalczyk znakomicie sportretował 11 letniego Bastiana, szczególnie w drugiej części spektaklu. Nie uległ pokusie budowania rozhisteryzowanego nastolatka, a stworzył pełną doraźnego smutku i wątpliwości, empatyczną figurę. Świetna rola! Atreju zaś okazał się kobietą! Karolina Gorzkowska buduje postać totalną i totalnie. To znakomita kreacja! Pamięta w niej o baśni, ale też współczesnej „wojnie” płci, w której łupami są świadomość i tożsamość. Gorzkowska wielokrotnie w roli chłopięcego (męskiego) bohatera upomina się o kobiecość! Najpierw mnie to raziło, później dziwiło, w finale… Tak, Gorzkowska przekonała mnie, że Atreju może być dziewczyną. Silniejszą i lepszą od chłopaka-wojownika. Choć były momenty nachalnej „propagandy” tego zabiegu, to całość się serio zgodziła. Skoro w Fantazjanie szukamy pełnej równowagi sił oraz akcentów, to ów feministyczny klin wpisuje się weń idealnie. Ja to kupiłem! Zdanie odmienne szanuję.

Łukasz Bugowski w każdym swoim wcieleniu jest nie tylko przekonujący, ale też… przejmujący. Klaudia Kręcisz w swoich postaciach musiała być powściągliwa i wiarygodna i takowa była. Na szczególną uwagę zasługuje jej interpretacja pokrętnego Gmorka. Duże aktorskie zdanie miła Aleksandra Mikołajczyk jako przede wszystkim Mama Bastiana. Każde jej pojawienie się na scenie budziło wielkie wzruszenie… Brawo!

Nie przekonała mnie telewizyjna formuła „Pragnienia za wspomnienie”. Pochodząca z drugiej części powieści Ende’go „gra” jest trudna do teatralnej adaptacji. Niestety pomysł Wierzchowskiego okazał się zbyt… infantylny. Debilny teleturniej stał się dużym kontrapunktem do przejmującej pierwszej części spektaklu.

Na osobne uznanie zasługuje multimedialna przestrzeń spektaklu. Wrócę do analizy tej formy. Widzowie Kontrapunktu kilkukrotnie mogli oglądać mistrzowskie produkcje teatralne z wykorzystaniem sztuki video Agrupación Señor Serrano. To co pokazuje Wierzchowski jest znacznie skromniejsze technologicznie, ale równie sugestywne. To nie tylko prowadzenie kamer przez bohaterów po makiecie Fantazjany, ale także transmisja on-line. Ta odbywała się przy pomocy zainstalowanych nad publicznością kamer przemysłowych. Absolutnie genialnym (!) zabiegiem było pokazanie publiczności z wykorzystaniem ludzików Lego wraz z „powidokiem” prawdziwych widzów.

Ciekawie zaaranżowana także przestrzeń dźwiękową. Część głośników znajdowała się za publicznością tworząc świat fantazyjny jeszcze bardziej tajemniczym. Oczywiście nastrój budowała także bardzo dobra muzyka i ilustracja dźwiękowa Marty Zalewskiej. 

Wierzchowski nie stroni także od współczesnych inklinacji. W obliczu trwających konfliktów zbrojnych – choćby w Ukrainie czy Iranie, buduje cholernie wymowną scenę, gdy Atreju decyduje się na misję uratowania Fanzjany i zanim na nią wyruszy, udaje się po mentalne (!) wsparcie od widowni. Żegna się z publicznością, bo idzie na wojnę… Mocne! Są w spektaklu Wierzchowskiego jeszcze kolejne „ukryte” metafory. Choćby ta, że twarzami Sfinksów Południowej Wyroczni są rodzice Bastiana. Nieco gorzej wypada druga, mniej „ograna” także w przestrzeni popkultury druga część powieści, a tym samym spektaklu. Jakaś niezborność się tutaj wdała… Mimo to wszystkie „programowe” cele ważne dla fabuły powieści Michaela Ende’go udało się Wierzchowskiemu zrealizować.

W jednej z ostatnich scen Tata Bastiana pyta go, „dlaczego jesteś swoim największym wrogiem”. Ale tym razem Bastian, zna już na to odpowiedź. Wtedy też Marcin Wierzchowski zaprasza nas do wspólnego tańca przy utworze Maanamu „Chcę ci powiedzieć coś…”.

Spektakl Marcina Wierzchowskiego to wnikliwe i przede wszystkim czułe wczytanie się w powieść Michaela Ende’go. To odważna próba uwspółcześnienia wymowy baśni. Ende i Wierzchowski pokazują, że siła ludzkiej fantazji jest nieskończenie ogromna. Podróż do Fantazjany gwarantuje każdemu rewolucje światopoglądu. Człowiek naprawdę odnajduje siebie dopiero wtedy, gdy ma odwagę marzyć, ale i wziąć odpowiedzialność za swoje pragnienia. Fantazja daje siłę, lecz bez jej zakorzenienia w rzeczywistości łatwo się w niej zagubić. Dorosłość, albo dojrzałość (!), polega przede wszystkim na tym, że już nie można odwrócić się i z krzykiem wybiec do swojego pokoju.

Jako postscriptum, albo dopełnienie tego wszystkiego co napisałem powyżej, pragnę dodać słowa samego reżysera. Oto Marcin Wierzchowski w pięknej wizji teatru zapisane w tegorocznym Orędziu z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru: Jeżeli więc teatr jest zwierciadłem, to jest on zwierciadłem dwustronnym: ja wnoszę na scenę opowieść o pokręconym życiu, której zapleczem jest moje pokręcone życie; a ty siedzisz naprzeciwko mnie ze swoim pokręceniem. Nasze spotkanie wymaga zaufania i odwagi. Moja odwaga to szczera sceniczna opowieść o ranie, którą dzielę z opowiadaną przeze mnie postacią. Twoja odwaga – wcale nie mniejsza, mimo ciemności, która cię na widowni otula – to odsłonić się na tyle, by płynąca ze sceny opowieść dotknęła twojej rany. Jesteśmy naprzeciwko siebie i oboje stoimy przed szansą: bo jeśli odważymy się na bezbronność, to miękkim gestem zetrze ona granicę pomiędzy ja i ty. Musimy tylko zaryzykować.

Źródło:

Teksty Źródłowe
Link do źródła

Sprawdź także