Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Wszyscy jesteśmy Belén

29.06.2026, 10:10 Wersja do druku

„Wszyscy jesteśmy Belèn” Any Eleny Correi w adaptacji Martyny Wawrzyniak i reż. Katarzyny Minkowskiej w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.

fot. mat. teatru

Jednym ze spektakli, które dosyć długo na mnie czekały, a tak właściwie to ja na nie, jest „Wszyscy jesteśmy Belén” z teatru Jaracza w Olsztynie. To oczekiwanie wynikało z kilku czynników: pierwszym jest to, że Olsztyn znajduje się na drugim końcu mapy i nie mogę tam dojechać na rowerze, a drugim jest to, że nie do końca siadły mi „Sceny z życia małżeńskiego” (ok, i said it) i miałem ochotę odrobinę odpocząć od teatru Minkowskiej, żeby złapać ostrość na jej prace. Ten moment nadszedł, więc rozkład jazdy znany - jazda ze spektaklami.

Katarzyna Minkowska (reżyseria) w prężnej współpracy z Martyną Wawrzyniak (adaptacja i dramaturgia) biorą na bary historię młodej dziewczyny z Argentyny, która zostaje oskarżona o zamordowanie swojego dziecka i trafia za kratki. Sprawa wydaje się prosta, jednak okazuje się, że przez morderstwo wymiar sprawiedliwości rozumie przypadkowe poronienie w szpitalu i za dowody w sprawie bierze zeznania lekarzy, którzy jawnie łamią tajemnicę lekarską. To składa się na trudny obraz, w którym młoda przerażona dziewczyna, będąca pod wpływem znieczulenia i nie wiedząca co się dzieje, zostaje zaprowadzona do więzienia i spędza tam dwa lata życia czekając na rozprawę, która ma jedynie przyklepać to, że jest winna – bo tak postrzega ją cały świat.

W całej tej burej masie rozpaczy pojawiają się jednak: prawniczka, która pro bono postanawia bronić Belén oraz pisarka zainteresowana jej sprawą. Udaje im się nagłośnić całą falę niesprawiedliwości jaka porwała dziewczynę, co stanie się zarzewiem protestów niemalże wymuszających legalizację aborcji w Ameryce Łacińskiej i oddania wreszcie podmiotowości kobietom.

Nie sposób nie doszukiwać się tutaj paraleli do sytuacji w Polsce i fali czarnych protestów kilka lat temu, jednak Minkowska nie tworzy teatru czysto politycznego. Nie chce jedynie się wtrącać, ale konstruuje barwną i dynamiczną opowieść uniwersalnie mówiącą o niesprawiedliwości, korupcji i o tym, że za wielkimi hasłami najczęściej kryje się cierpienie jednostki. Nie jest to spektakl pozbawiony wad, bo nie do końca siedział mi drugi akt, ale to trzeba na spokojnie i po kolei.

Naszą główną bohaterkę poznajemy głębiej w szpitalu, w którym czeka ze swoja matką – ot, poczuła się źle i pojechały na SOR, żeby zobaczyć co się dzieje. Od samego początku reżyserka zgrabnie i z pomysłem buduje świat przedstawiony uderzając w punkty, które znamy dobrze z naszego poletka, czyli na przykład to, że prędzej opieki medycznej dostąpi więzień niż zwykły człowiek w potrzebie, a jednocześnie podejście personelu medycznego pozostawia jak zawsze wiele do życzenia. Minkowska prowadzi narrację bardzo powoli i ze skrupulatną dokładnością, niczym czarna skrzynka w momencie tragedii; rekonstruuje poronienie, odkrycie policji i niedopuszczalne zachowanie lekarzy, po którym trafiamy do więzienia, które zdaje się być wyjęte z zupełnie innej estetyki, ale w moim odczuciu wpisuje się dobrze w obraną konwencję i jest elementem, który czasem pozwala spuścić powietrze w sytuacjach, gdy robi się naprawdę duszno i niewygodnie. Jak to w więzieniu kobiecym, trafiają się sekwencje musicalowe i śmieszne sytuacje, bo jak wiadomo, więzienia dla kobiet istnieją tylko w serialu „Orange Is the New Black". Wszystkie te momenty poprowadzone komediowo niezwykle mocno kojarzyły mi się z tym serialem, bo idealnie wpisywały się w trop zabawnych przygód szalonych babeczek na pryczy. Jednocześnie historie współosadzonych podbijały absurdalność sytuacji, w której znalazła się Belén - siedziała z morderczyniami z powodu poronienia, jej należałaby się pomoc psychologiczna po tym wydarzeniu, a nie odsiadka.

W drugim akcie natomiast reżyserka, przybliżając nam historię formowania się ruchu poparcia na rzecz Belén i pracy adwokatki, pisarki i dziennikarki, zdaje się przypominać sobie nagle, że czas nie jest z gumy, a widzowie mają ograniczoną siłę koncentracji. W związku z tym przyspiesza, ba, to mało powiedziane, leci na łeb, na szyję, byle dopiąć tę opowieść i z dobrze, powoli budowanego dramatu z fajnie poprowadzonymi postaciami robi się nagle odcinek „Brooklyn 9-9”, a całość tematu spłyca się do haseł. I żebyśmy zrozumieli się dobrze - nie mam problemu z estetyką tego aktu drugiego, który czasami ucieka w bardziej komediowe strony, bo jest to jak najbardziej pasujące następstwo aktu pierwszego, który też operował takimi zagraniami i jest to zupełnie spoko, jednak treściowo robi się momentami troszkę zbyt szkolnie i zbyt od linijki. Zaczynało mi brakować tego zniuansowania, które proponowała sobą pierwsza część spektaklu. Co istotne, nie znaczy to jednak, że spektakl nagle się sypie; jest to w moim odbiorze spore tąpnięcie, ale Minkowska z zespołem utrzymuje równowagę lądując jedynie lekko pijanym telemarkiem. A musicalowa scena zamykająca akt pierwszy zostaje w moim serduszku na długo, bo dawno nic mnie tak nie poruszyło jak ten utwór podważający sens użalania się nad sobą i płakania i mobilizujący do wzięcia się w garść i działania.

„Wszyscy jesteśmy Belén” jest nie tyle spektaklem o aborcji i tych innych rzeczach, które gotują krew wszystkim prawicowym politykom, ale przede wszystkim jest historią o samostanowieniu i odzyskiwaniu kontroli nad swoim życiem, a w szerszym kontekście o sprawiedliwości i skurwysyństwie władzy, ale też o bezwzględnych ludziach żerujących na krzywdzie innych. W mojej ocenie mocno wybrzmiewa też głos mówiący o sile zbiorowości i o potrzebie wspierania atakowanych bezpodstawnie jednostek, bo władza zawsze znajdzie nową ofiarę i nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie twoja kolej na bronienie samego siebie. 

Podoba mi się też fakt, jak bardzo w tym spektaklu podobne są kraje – nasz i Argentyna – pod względem religijnego oddania i obecności Boga w polityce i prawie. Pozwala to jeszcze mocniej zauważyć prawidłowości, które działają podobnie, uwypukla cały absurd sytuacji, który prowadzi jednostkę do przerażających konsekwencji.

Ważnym punktem jest obsada aktorska, która dowozi w stu procentach to, co dowieźć powinna. Bardzo podobała mi się Milena Gauer która wcieliła się w Soledad Dezę - zaangażowaną obrończynię Belén, która jako jedyna nie upatrywała w niej okazji do zarobku i wybicia się, ale zobaczyła właśnie człowieka potrzebującego pomocy. Rola bardzo dobrze poprowadzona, bez szarży, w co można było łatwo popaść w drugiej części spektaklu. Bardzo skoncentrowana na swoim celu, urocza i świadoma swojej wartości. Bardzo mocno chwyciła mnie za serce, gdy wygrywała scenę, w której opowiadała o swojej wizycie w nielegalnej klinice aborcyjnej. Ten zaschnięty strach i złość, niczym strup, który nadal haczy o kawałek ubrania, dokładnie tak nieprzyjemne uczucie potrafiła oddać. Jestem zauroczony jej warsztatem aktorskim.

Niezmiennie odkrywam też Macieja Cymorka, który w roli Gastona wymiatał na scenie; to kolejny spektakl z jego udziałem, który dane jest mi oglądać i jestem zafascynowany jego energią. Nie tyle w samej roli, ale jego jako człowieka. W roli współosadzonego jest niepokojący, jednocześnie ciepły, ale chropowaty, nie umiem tego inaczej określić. Staje się dla głównej bohaterki solidnym wsparciem, ale takim, które jest też odrobinę nieobliczalne. Piękna dusza z tego Cymorka.

Od strony technicznej mega podobało mi się światło Jędrzeja Jęcikowskiego. Bardzo przemyślana robota, operowanie barwą światła doskonale podkreślało emocje na scenie, zmieniało temperaturę akcji. Pięknie też sobie poradził w momentach musicalowych. Niezwykle zgrabna reżyseria światłem, która spina całość na poziomie treści.

„Wszyscy jesteśmy Belén” z Teatru Jaracza w Olsztynie jest spektaklem przemyślanym, w zamyśle karkołomnym, bo łączy w sobie wiele estetyk z ciężkim tematem, jednak reżysersko Minkowska dała popis swojego kunsztu. Jestem bardzo zadowolony z tego przedstawienia, nie moja ulubiona Minkowska, ale w topce. Pomimo wspomnianych mankamentów jest to naprawdę spore przeżycie, nie pozostawiło mnie obojętnym i mocno przypomniało emocje jakie panowały i panują także w Polsce. Obudził we mnie spore pokłady złości na świat, a to też jest emocja cenna, bo nie można jej chyba na zbyt długo usypiać.

Źródło:

Teatralna Kicia

Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

27.06.2026

Sprawdź także