„300-millisecond archives” w reż. Aleksandry Nowakowskiej i Andrzeja Józefczyka z Teatru KTO, „BEZDROŻE. wilderness” reż. Magdy Wołowiec z Teatru KTO, „opera.exe” w reż. Eryka Makohona z Krakowskiego Teatru Tańca i „Fidgets” wg scen. i w reż. Grubej i Głupiej (Patrycja Kowańska i Dominika Knapik) z Komuny Warszawa na 3. Festiwalu Ciało i Czas w Krakowie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
To już trzecia edycja Festiwalu Ciało i Czas – ależ te dzieci szybko dorastają. Jeszcze trochę i będę tańczył na weselu tego festiwalu za ręce z moimi wszystkimi nietrafionymi interpretacjami spektakli. Ale zanim do tego dojdzie, pochylmy się nad kilkoma przedstawieniami, które udało mi się zobaczyć w czasie trwania tej edycji wydarzenia, które pod swoimi skrzydłami trzyma Teatr KTO.
1. 300-millisecond archives
Na pierwszy ogień poszedł projekt zwycięzców zeszłorocznej edycji – Aleksandry Nowakowskiej i Andrzeja Józefczyka. „300-millisecond archives” są dla mnie częściowo spektaklem, a częściowo instalacją artystyczną, do której partycypacji zostają zaproszeni widzowie. Twórcy skupiają się w tym projekcie nad pamięcią sensoryczną, ale też głębiej – nad samym faktem pamiętania i magazynowania wspomnień. Dostajemy przestrzeń choreograficzną opowiadającą o tym, że poza faktem bycia biologiczną jednostką każdy z nas jest największym archiwum na świecie, zbierającym w sobie wspomnienia nie tylko otaczającego nas świata, ale też nas samych. Ciekawie buduje się obraz próby dzielenia się wspomnieniami z innymi i ryzyka zniekształcenia ich w trakcie przekazu.
Fajnym pomostem znaczeniowym staje się instalacja, która śledzi poczynania widzów przed startem spektaklu w foyer i przenosi je na ekran ustawiony z boku sceny, jednocześnie mapując ruchy na punkty i linie, niczym na mapie. Dodatkowo tworzy to opowieść o tym, że jako ludzie potrafimy być w swoich doświadczeniach jak samotne punkty, ale czasem, zupełnie przypadkiem, stajemy się linią i drogą łączącą się z powodu wspólnych przeżyć. Jako gatunek potrafimy być momentami właśnie świecącą konstelacją wspólnotowości i taki właśnie moment zdaje się celebrować „300-millisecond archives”.
2. BEZDROŻE. Wilderness
Projekt Marty Wołowiec „BEZDROŻE. Wilderness” rzuca nas w przestrzeń nieokreślonego limbo, w minimalistycznej, ale bardzo frapującej scenografii Anny Oramus – szeroko rozciągnięte płótno z zarysowanym gdzieś w oddali horyzontem. W tej pustce po scenie krąży piątka mężczyzn, którzy tworzą razem zbiór wymijających się i działających bezkolizyjnie figur, po to, by z czasem w końcu się spotkać. To opowieść o tym, jak jednostki zebrane w grupę, połączone wspólnym doświadczeniem, mogą nawzajem się wspierać i asekurować. „BEZDROŻE…” obala wizję mężczyzny twardego i samodzielnego, a otwiera się na opowieść o bardziej ludzkim wymiarze, przedstawiając bycie mężczyzną nie tylko jako spektrum różnych cech, ale przede wszystkim dając przestrzeń na czułość, potrzebę otwarcia się na wsparcie i zrozumienie swojego, czasem słabszego, położenia.
Choreograficznie dość prosty spektakl dostaje mocne dopieszczenie ze strony ciepłego i nastrojowego światła Klaudyny Schubert i mocnej, zapadającej w pamięć muzyki Wojciecha Kiwera. Nie obraziłbym się, gdyby w trakcie trwania wpleciono odrobinę słów do tej przestrzeni, bo momentami miałem poczucie, że ruchowo spektakl powtarza za dużo razy to samo. Niemniej w finale, gdy choreografia obrony zamienia się w choreografię ucieczki, trudno było mi powstrzymać smutne westchnienie, bo ta ucieczka była właśnie tym, co najczęściej pozostaje zostawionym sobie mężczyznom – schowaniem się w skorupę czy to depresji, czy milczenia. Potrzebujemy więcej czułości – kochać wszystkich, nikogo nie oszczędzać.
3. opera.exe
„opera.exe” Krakowskiego Teatru Tańca w reżyserii i koncepcji Eryka Makohona to kosmiczny spektakl, który przenosi klasyczną operę w ramy tańca współczesnego i estetyki cyfrowej. W sumie stawia pytanie o możliwość odzyskania kobiecej podmiotowości z rąk męskich twórców i dlatego właśnie sięga po dzieła operowe, w których mężczyźni rozpisywali postacie kobiece według swojego widzimisię. Na samym starcie śpiewaczka Anna Zawisza pod wpływem laserowego skanu zmienia się na ekranie w cyfrowego awatara i wskakuje do zupełnie odczłowieczonej przestrzeni cyfrowej. W kolejnych solówkach poznajemy cztery bohaterki: Elektrę, Medeę, Salome i Turandot.
Performerki tworzą na scenie choreografię mocno robotyczną, urywaną, pasującą do obranego kontekstu. Najbardziej podobała mi się Tereshonok w roli Salome – zimna i enigmatyczna, momentami przerażająca, ale przede wszystkim świetnie panująca nad swoim ciałem na scenie. Głównie mega wrażenie robiła na mnie przestrzeń zamknięta w ramach scenografii Makohona – świecąca, metalowa rama i kostiumy dodające naprawdę futurystyczną e-wisienkę na torcie. Nie mam jednak poczucia, żeby była w tym spektaklu przestrzeń na oddanie podmiotowości kobiecym bohaterkom. „opera.exe” jest widowiskowa i piękna, ogląda się ją z rozdziawionymi ustami, ale finalnie nie wiem, czy wywiązała się z tego, co naobiecywała.
4. Fidgets
Spektakle Grubej i Głupiej zawsze chwytają mnie za serce swoją autentycznością i bezpośrednim ciepłem pogawędki z koleżaneczką przy kawce albo ewentualnie przy papierochu w kuchni, kiedy impreza w pokoju obok już dogorywa.
W swoim projekcie „Fidgets” Kowańska i Knapik skupiają uwagę na temacie tytułowych zabawek antystresowych, które stają się jedynie pretekstem do szybciutkiej wiwisekcji tematyki ADHD nagle pojawiającej się na horyzoncie dorosłych kobiet. Jednocześnie zestawiają na scenie stereotypowe objawy i wyobrażenia o ADHD z tym, jak realnie mogą one wyglądać. Odzierają też samo fidgetowanie z tiktokowego bycia quirky i cute, obnażając fakt, że może ono przybierać formę samookaleczania.
Innym wątkiem jest też poruszona kwestia tego, jak ADHD zostało przeoczone przez matki twórczyń, które raczej szukały utartych objawów kojarzonych z tym zaburzeniem, niż dostrzegały realne oznaki. Zresztą ADHD u dziewczynek wygląda inaczej niż u chłopców, co poparte zostaje relacjami kobiet będących w spektrum, które zostały zaproszone przez reżyserki do podzielenia się swoimi doświadczeniami w czasie work in progress do spektaklu.
Nie sposób odmówić twórczyniom charakterystycznego humoru, który sprawia, że nawet przez tak niezabawny temat płynie się jak Pingwin w ściekach na napisach początkowych „Batman Returns” Tima Burtona.
Fajnie też Gruba i Głupia łączą warstwę tekstową i choreograficzną tego spektaklu — nawzajem się uzupełniają, tworząc jasne, wynikające z siebie komunikaty. Topka scen to moment, kiedy dwie królowe Elżbiety niańczą niemowlaki uformowane z żakietów. To niepokojący fragment, który dodatkowo skłania nasze oczy w stronę tematu macierzyństwa - może jest tam jakaś zapieczona pretensja o zbyt późną diagnozę.