„Przestańcie udawać, że jest wam dobrze, skoro wasza dusza zalewa się łzami” w reż. Aleksandry Popławskiej w Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie filii we Wrocławiu. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Pora na mój typowy wstęp o tym, że ciekawią mnie dyplomy AST i w sumie to lubię chodzić podglądać na scenie jak się kształtuje nowe pokolenie aktorów, którzy prędzej niż później wyruszą w świat, żeby podbić szturmem sceny różnych instytucji. Niemniej, zawsze jest dla mnie sporym wydarzeniem kiedy na scenę AST w Krakowie przyjeżdża gościnnie jakieś przedstawienie z innych filii tej szkoły. Dzięki temu mogłem sobie pozwolić na obejrzenie kilku produkcji wrocławskiej części Akademii. Tym razem swoją obecnością zaszczycił nas spektakl dyplomowy w reżyserii Aleksandry Popławskiej: „Przestańcie udawać, że jest wam dobrze, skoro wasza dusza zalewa się łzami”. I, kochani współpasażerowie, jakim zaskoczeniem było to co zobaczyłem na scenie.
Zespół twórczy bazował na tekstach Hanocha Levina (głównie na „Chefecu”) i zachował w swoim przedstawieniu typowy dla tego autora przesadny gest w rysowaniu relacji międzyludzkich i absurdu sytuacji. Uznano najwyraźniej, że nie ma sensu walczyć z materią tylko przyjąć ją z całym dobrem inwentarza. Otrzymujemy więc spektakl, który wygląda jak nieślubne dziecko „Rocky Horror Picture Show” i „Kabaretu” – przestylizowany, cekinowy, umalowany niczym Liza Minnelli. Dokręcenie tej estetycznej śruby przy samym temperamencie tekstu Levina doprowadza nas niemalże do ściany wytrzymałości na campową przesadę i hałaśliwość, ale jest to dojmująco spójne z treścią, jeśli pochylimy się na dłuższą chwilę nad całością.
„Przestańcie udawać, że jest wam dobrze, skoro wasza dusza zalewa się łzami” opowiada historię biednego Chefeca, który mieszka kątem u swojej rodziny, a ta z pasją poświęca całą swoją energię i wolny czas, aby mężczyznę upokorzyć i uprzykrzyć mu egzystencję. Pomimo ciągłej próby odzyskania własnego ja, prawa do życia i cieszenia się nim, mężczyzna uznaje, że nie ma już na to siły i postanawia zaprosić wszystkich swoich bliskich i znajomych na uroczyste rzucenie się z dachu. W głębi duszy ma nadzieję, że ktoś go przed tym powstrzyma, jednak najwyraźniej staje się to jedynie sensacją i okazją do rozrywki dla wszystkich i nikt nie zamierza przeszkadzać mu w realizacji własnego planu.
Spektakl ucieka od politycznych paralel widocznych w materiale wyjściowym i jest to z mojej perspektywy totalnie spoko; zespół twórczy skupia się bardziej na relacjach międzyludzkich i poddaje analizie to, dlaczego ludzie jako zwierzęta stadne znajdują tak ogromną przyjemność w upokarzaniu słabszych jednostek; jednocześnie bada do czego są w stanie się posunąć, aby poczuć przyjemność i czemu właśnie to staje się bezrefleksyjną motywacją do tępienia innych. Zostaje nam przedstawiony obraz świata i społeczeństwa, w którym rozkosz i płytka rozrywka stają się jedyną wartą uwagi walutą. Pada także istotna diagnoza, że okrucieństwo często napędzane jest brakiem zrozumienia złożoności człowieka i jego unikalności.
Z drugiej strony „Przestańcie udawać…” to spojrzenie na potrzebę akceptacji i przynależenia, która - jeśli jest ignorowana wystarczająco długo - staje się kamieniem u szyi ciągnącym na dno. Istotny staje się wątek ślubu Fogry, która podchodzi do tematu entuzjastycznie i przebojowo dopóki nie dociera do niej, że staje się jedynie zabawką w rękach swojego męża i, podobnie jak Chefec, przeistoczy się w stworzenie, którego poniżanie ma być jedynie katalizatorem satysfakcji dla współmałżonka. W tej perspektywie jej finałowy czyn popchnięcia Chefeca z dachu jawi się dla mnie dwojako – czy jest to moment otwarcia jej oczu i zabójstwo z miłosierdzia, aby oszczędzić mu dalszych upokorzeń czy jednak jest to ponowna próba odzyskania kontroli i pokazanie rodzinie, że nie da sobą pomiatać w przyszłości i nadal należy do grupy dominującej? W tej teatralnej interpretacji finał jest dla mnie naprawdę intrygująco zagadkowy i nadal o nim myślę.
Aktorsko studenty mnie zachwyciły; bardzo zgrany zespół, który bezproblemowo napędzał ten prawie 2,5 godzinny spektakl bez przerwy i dzięki ich pracy i zaangażowaniu nie czułem znużenia ani na chwilę. Bardzo przypadł mi do gustu Szymon Ozymko w roli Chefeca, zahukanego i wyalienowanego człowieka, który jest pogodzony ze swoją pozycją i stara się jedynie przemykać w kącie oka pozostałych ludzi, aby ich nie drażnić. Smutny i samotny, przykra rola, ale doskonale poprowadzona: z lekką dozą humoru i słodkiej bezradności.
Warto wspomnieć o postaci Szukry – w tej roli Maksymilian Termin, demoniczny wodzirej tego całego świata, wprawiający go w ruch i popychający bohaterów w kolejne sytuacje, które nie do końca są tym, czym mogą się wydawać na początku. Przerażająco poprowadzona postać, z ogromną energią, zakotwiczona mocno w „Kabarecie” Fossego, czerpiąca garściami z estetyki tamtego świata. Z wielką gracją współistniała z nim na scenie Wiktoria Glińska jako Chana Czerlicz, która wyglądała kropka w kropkę jak Patricia Quinn w roli Magenty z Rocky Horror Picture Show. Uderzające podobieństwo, ale przede wszystkim mega potencjał komediowy i dramatyczny. Docisnęła mnie chociażby w scenie kawiarnianej, gdzie grała zmęczoną kelnerkę. Pyszna rola i chyba dodaję ją do listy postaci do śledzenia.
Na tym spektaklu dyplomowym bawiłem się szampańsko, było nieprzyjemnie, było zabawnie, campowo do bólu, ale też nie bezmyślnie. Będzie to na pewno jeden z tych dyplomów, za którymi będę tęsknił i chyba marzyłoby mi się, żeby jakiś teatr repertuarowy wykupił to przedstawienie i wciągnął na swoją scenę. Piękny to był przebieg i wspaniale spędzony czas. Przez chwilę przestałem czuć się samemu w moim wyalienowaniu i samotności. Idę na dach kochani, to już nie ten czas, kiedy wszystkie drogi prowadzą na tory jak w piosenkach Happysad.