„Podróże Guliwera” Jonathana Swifta w reż. Krzysztofa Garbaczewskiego w Teatrze Guliwer w Warszawie. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Czasem budzę się w nocy z krzykiem, spocony jak świnia przed grillem, bo śni mi się koszmar, że z jakiegoś powodu utknąłem na „Podróżach Guliwera” Pawła Miśkiewicza, które kilka lat temu widziałem w Narodowym Starym Teatrze. Od tamtego momentu, kiedy tylko widzę ten tytuł, czuję nieprzyjemne mrowienie na plecach, bo pamiętam, jak bardzo mnie wymęczyło tamto doświadczenie. Dlatego też postanowiłem podjąć się próby odczarowania Guliwerowej kanikuły, gdy tylko zobaczyłem, że pojawiła się inscenizacja kierowana do dzieci – bo taki jest mój poziom. Dopiero potem zauważyłem, że za reżyserię odpowiedzialny jest Krzysztof Garbaczewski, z którym od lat mam jednostronny bif, o którym on nie wie (bo mam wrażenie, że kierunek jego teatru zmienił się z „o kurczę, to ciekawe” na „dziadku, wstawaj, oszalałeś i zjadłeś poduszkę, kołdrę i prześcieradło zaczynasz zajadać”).
Garbaczewski jednak w tym projekcie sięga dość trzeźwo do oryginalnego tekstu i (wyjątkowo jak na siebie) buduje klarowną opowieść, jednak nie odziera spektaklu ze swoich charakterystycznych elementów, jak i wizualnej otoczki, za którą dopowiada Aleksandra Wasilkowska (z którą reżyser tworzy któryś już projekt i nie ukrywam, że jej scenografia była motorem napędowym motywującym mnie, żeby oglądać kolejne spektakle tego reżysera). Twórcy prowadzą nas przez dobrze znaną opowieść o człowieku, który zostaje wyrzucony na brzeg Liliputowa i rozpoczyna swoją podróż po różnych krainach, diametralnie od siebie różnych i pokazujących, jak dziwny potrafi być świat. To jest ten moment, kiedy nie rozumiem, czemu „Podróże Guliwera” nie są tak popularne jak ten irytujący „Mały Książę” i jego romans z krzakiem. Ale do brzegu, niczym Guliwer. Korzystając z wątków książkowej podróży, nakreślona zostaje opowieść bardzo przystępna dla dzieci, pokazująca to, jak istotne jest bycie otwartym na innych i to, że nasza norma nie zawsze musi być normą wszystkich. Jest to historia o potrzebie zrozumienia inności i próbie jej akceptacji, ale tak z sercem na dłoni, a nie z konieczności. Nie ucieka się też tutaj od próby opowiedzenia, skąd może się brać polityczna niezgoda i polaryzacja, ale w przystępny i nienacechowany polityczną agitką sposób.
Co jednak dla mnie było rdzeniem tej inscenizacji i głównym motywem, to budowanie w dziecku siedzącym na widowni ciekawości świata, bo brak ciekawości przecież jest najczęstszą przyczyną zamykania się na drugiego człowieka. „Podróże Guliwera” z Teatru Lalek Guliwer to głównie spektakl o chęci poznania tego miejsca, w jakim przyszło nam żyć, i próba pokazania dzieciom, że warto być dla siebie delikatniejszym, bo przecież tak naprawdę wszyscy siedzimy na skale wirującej w czarnej przestrzeni kosmosu i w sumie z punktu widzenia Drogi Mlecznej wszyscy jesteśmy z zadupia.
W czasie przebiegu tego spektaklu kilkukrotnie też przepraszałem w swojej głowie teatr lalkowy, że podchodziłem do niego z rezerwą i lekkim, drwiącym uśmieszkiem. Okazuje się, że jak się zrobi to dobrze, to kukiełkowe sprawy naprawdę mogą działać, a „Pingwin Pik-Pok” widziany w Grotesce dekadę temu to kiepski punkt odniesienia (no shade dla Pik-Poka – jako kilkuletnie dziecko byłem zabawiony). Praca całego zespołu aktorskiego Teatru Lalek Guliwer naprawdę mi zaimponowała; czy to przy animowaniu maleńkich lalek w Liliputowie, a zwłaszcza w krainie olbrzymów, gdzie budują z pojedynczych elementów ciała jedną, ogromną postać sprawiając, że widz razem bohaterem czuje się jeszcze mniejszy. Do tego scena, w której olbrzym goni Guliwera, trafia na moją listę czystego koszmaru, bo realnie aż mi przyspieszył oddech, gdy ogromne dłonie zaczęły górować nad widownią, a zapewniam, że mam więcej niż 7 lat i mam inne powody do bania się, na przykład inflacja, poniedziałek i ceny dentystów. Wtedy właśnie zapaliła mi się w głowie czerwona lampka z perspektywy dorosłego, czy całość spektaklu w swojej dziwności wynikającej z połączenia specyfiki stylu reżyserskiego Garbaczewskiego i scenografii i lalek Wasilkowskiej nie jest zbyt straszna dla małych widzów. Jednak szybkie zlustrowanie sali uspokoiło mnie, że to, co dla mnie może być zastanawiające, dla dzieci chyba takie nie jest, bo wszyscy śmiali się i dokazywali, a nawet popiskiwali w odpowiednio strasznych momentach. Nie doszło do żadnego tantrum przerażenia.
W ogólnym rozrachunku „Podróże Guliwera” są pierwszym od 2017 roku („Kosmos” w NST i „Chłopi” w Powszechnym) spektaklem Krzysztofa Garbaczewskiego, który realnie mi się podobał i sprawił mi ogromną przyjemność. Otworzył mi oczy na potencjał teatru lalkowego, który raczej do tej pory majaczył mi jedynie na horyzoncie (wybaczcie ignorancję, nie można być ekspertem od wszystkiego, ja jestem na przykład od niczego). Może i momentami ten spektakl upraszcza za bardzo wszystko i kończy się dość kiczowato – wyśpiewanym przesłaniem (aby wszyscy na pewno zrozumieli) w stylu Michaela Jacksona i „We Are the World”, ale w sumie o co ja się czepiam, to spektakl dla najmłodszych, więc powinno być prościej.