„Księżyc nad Buffalo" Kena Ludwiga w reż. Tadeusza Kabicza w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Nie ukrywam od samego startu, że farsy teatralne nie są moim wyborem, ani pierwszym, ani żadnym, a na „Księżyc nad Buffalo” wybrałem się totalnie dla fabuły życiowej. Dodatkowo, moja gorsza połówka gustuje bardziej w takich rozrywkach, więc jak wiadomo: na dobre i na złe (znajdę miejsce), trzeba czasem zagryźć zęby i iść zobaczyć coś, co znajduje się zupełnie poza prywatną orbitą komfortu. Zresztą, jak wiadomo, czasem to działa w drugą stronę i wtedy kto inny cierpi. Hihi, hehe, hejże hola.
„Księżyc nad Buffalo” to prosta opowieść wpisująca się wszystkimi punktami w farsowe prawidła gatunku. Poznajemy historię George’a i Charlotte Hay, małżeństwa przebrzmiałych aktorów, którzy lata świetności mają już za sobą, a w sumie tak naprawdę chyba nigdy ich nie mieli. Żyją w swoim objazdowym teatrze wystawiając na okrągło dwa spektakle, chałturując w najlepsze i kompensując sobie znudzenie życiowe i zawodowe i ukryte pretensje romansami. Ich życie wywraca się na lewą stronę w momencie, gdy dowiadują się, że znany reżyser po kontuzji jednego ze swoich aktorów postanawia odwiedzić miasteczko Buffalo, żeby zobaczyć ich na scenie i najprawdopodobniej zatrudnić do swojego nowego projektu. To otwiera przed naszą dwójką bohaterów totalnie nowe możliwości i szanse na powrót na szczyt lub chociaż na osiedlowy pagórek do jazdy na sankach.
Wszystko komplikują dwie sprawy - odwiedza ich córka Roz, która postanawia przedstawić im swojego nowego narzeczonego ignorując fakt, że w teatrze z jej rodzicami pracuje jej były. Jednocześnie na jaw wychodzi romans George’a z jedną z aktorek ich trupy. Jak już widać, nawarstwienie kłopotów jest idealną podstawą do piętrzenia absurdalnych wydarzeń i interakcji. Kabicz nie stara się wynaleźć koła na nowo i reżyseruje kielecki „Księżyc nad Buffalo” idąc wszystkimi tropami, które potrzebne są przy wystawianiu farsy: mamy przesadzoną grę aktorską, historię momentami szytą grubymi nićmi, znalazło się nawet miejsce na peak mojego humoru, czyli pogoń pomiędzy drzwiami na scenie (a jest ich aż 6) niczym w Scooby Doo.
Całość tej opowieści dość zgrabnie poubierano w ładne kostiumy Mateusza Karolczuka i zamknięto w scenografii Kornelii Dzikowskiej-Demirskiej. To są akurat niewątpliwe plusy tego spektaklu, bo bywają momenty dynamicznych zmian na scenie i ze dwa razy pozwoliłem sobie powiedzieć „wow” na widok zjeżdżających elementów scenografii.
Aktorsko jak zawsze w Kielcach jest super; aktorzy wpisują się bez krindżu w ten obraz komedii i prowadzą siebie i widzów za rękę w ten absurdalnie durny świat, podając kolejne kwestie jak z karabinu i często ratują nie do końca fajne żarty swoją grą i ekspresją. Uwielbiam Dagnę Dywicką w roli Eileen, dystyngowana dama z podupadłego domu w Pierdziszewie Dolnym. Ubrana jakby uciekła z odcinka „Dynastii” i znalazła się w zupełnie nieodpowiednim miejscu. Jej finałowe wygranie uśmiechu pełnego czekoladowych zębów było naprawdę zgrabne i przypominało mi najlepsze momenty głupawych seriali wpisanych na moją listę dziedzictwa Pyciesco (np.: „Little Britain”).
Nie mam do czego się przyczepić – poza samym faktem, że to była farsa, ale głupio czepiać się bigosu, że jest bigosem, bo jak wiadomo, gdybym była inna nie byłabym sobą. Kabicz w Kielcach wystawił z rozmachem troszkę zramolały tekst, któremu momentami przydałby się lifting, bo żarty o wysyłaniu kobiet do kuchni nie do końca chyba dziś wypada opowiadać. Powtarzałem sobie, że to po prostu „Aktorzy prowincjonalni” w edycji z Temu.
Nie wiem po co wystawia się takie rzeczy, ale w sumie na pewno są dla nich odbiorcy, skoro teatry tak robią. Więc tak szczerze, jeśli jest się fanem tego gatunku to śmiało można iść i będzie się człowiek bawił jak małpa w kąpieli, czyli bardzo dobrze. Jeśli farsy to nie wasz kubek herbaty to nie ma co się męczyć, bo kielecki spektakl nie zmieni waszego postrzegania tego rodzaju spektakli.
Obyło się bez ekscesów i bez zbędnego darcia włosów z głowy. Na wesoło, z uśmieszkiem i klaunowo, parafrazując wielką krakowską fotografkę Elę Gawin: „może nie dla mnie i nie dla was, ale dla kogoś na pewno”.
Moja tak naprawdę lepsza połówka nie narzekała przesadnie, więc najwyraźniej dla osób zainteresowanych tym tematem będzie to dobra zabawa.